sobota, 10 października 2015




(34) Rok 1939

   Tym razem do wojny nie doszło, sytuacja się uspokoiła a my rozpoczęliśmy decydujący, czwarty okres roku szkolnego. Miałem więc roboty po uszy, cisnąłem też moich uczniów, by jakoś dobrnęli do zwycięskiego końca, to znaczy bez dwójki na świadectwie. Nie pamiętam już, czy mi to się udało, w każdym razie za zarobione pieniądze uszyłem sobie od dawna wymarzone, "cywilne" ubranie z beżowego samodziału. Wisiało na mnie jak worek, ale byłem z niego zadowolony, gdyż wreszcie mogłem (na wakacjach, oczywiście) zrzucić mundur szkolny, który już nie pasował do wewnętrznie odczuwanej dojrzałości.
   Trzeciego maja odbyła się w Brześciu ostatnia przedwojenna wojskowa defilada, w której również brałem udział w szeregach przysposobienia. Rano wszystkie jednostki uczestniczyły w mszy polowej na placu apelowym 82 pułku piechoty, po czym wojska wyciągnęły się na przestrzeni kilku kilometrów, przygotowując uroczysty przemarsz. Długo czekaliśmy na naszą kolej, zmarznięci i zmęczeni. Wreszcie ruszyliśmy. Całe znużenie przeszło nagle, gdy wkroczyliśmy na ul. Unii Lubelskiej, obstawioną gęstym szpalerem publiczności. Szliśmy dziarsko, z bronią na ramieniu, chcąc się zaprezentować jak najbardziej okazale. W miarę podchodzenia do trybuny honorowej szpalery gęstniały, tu i ówdzie rozbrzmiewały okrzyki. Bęben orkiestry ustawionej na przeciw trybuny grzmiał coraz donioślej, grano marsza 82 pp, my wypinaliśmy dumnie piersi, gdyż wiele dziewczyn patrzyło na nas z ciekawością. Przed trybuną zapomnieliśmy jednak o dziewczynach, bo oto spoglądał na nas łaskawie sam generał a z nim mnóstwo oficerów i notabli naszego miasta. Biliśmy w bruk obcasami z taką siłą, że niejedna wątła zelówka pękła i szewcy mieli potem wiele roboty. Odnieśliśmy jednak sukces, gdyż porucznik Medyna pochwalił nas i stwierdził, iż dowództwo było zadowolone. Bicie kopytami stanowiło, zdaje się, najlepszy sprawdzian gotowości bojowej w owych czasach.
   Minęły ostatnie klasówki, byliśmy odprężeni. Wróciła chęć do zabawy. Okazji nie brakło. Oto nasz kolega z liceum matematycznego, Andrzej Wędziagolski, mieszkający sam w obszernym mieszkaniu, bo rodzice przebywali w Warszawie, sprosił kolegów i koleżanki na bibkę i potańcówkę. Lała się wódka, my pląsaliśmy w jej oparach przy dźwiękach patefonu. Nie wszyscy zachowali miarę; jedna z koleżanek, córka profesora K., wychylona z balkonu jechała do rygi wprost na chodnik ulicy Dąbrowskiego. A wszystko działo się kilka kroków od gimnazjum! Ja prawie nie piłem, zajęty obtańcowywaniem mej sympatii, Eli, która - jako harcerka - wystrzegała się alkoholu. Późnym wieczorem odprowadziłem ją do domu. Rozmawialiśmy o obojętnych sprawach. Byłem przejęty tym sam na sam i chętnie powiedziałbym jej coś intymnego, ale miałem tremę, jak przed klasówką z matematyki. Zaprzepaściłem okazję...
Od lewej: Czesław Ostrowski, Ada Wiśniewska, Jerzy Zabiełło. Czerwiec 1939 r.
   Prywatek u Wędziagolskiego było kilka i wszystkie w dość hucznym stylu. Nic dziwnego, że w końcu wieść doszła do najwyższego szczebla. Zdaje się, iż koleżanki, których nie zaproszono, z zemsty doniosły super-cnotliwej pannie Jawdyńskiej, nauczycielce francuskiego, a ta, przejęta świętą grozą, poleciała natychmiast do dyrektora. Na kilka dni przed rozdaniem świadectw rozpętała się burza. Wędziagolskiego wyrzucono ze szkoły a uczestnicy wyuzdanych sabatów otrzymali trójki ze sprawowania, wśród nich również Ela. Wszyscy - oprócz mnie! Wątpię, by mojej obecności nie zauważono. Sądzę raczej, że znalazłem łaskę u donosicielek, które pominęły mnie w wykazie delikwentów. W ogóle dowiedziałem się o wszystkim już po rozdaniu świadectw, gdy ten i owa zaglądali, jaki mam stopień ze sprawowania - i nie mogli ukryć odruchu zawiści i zdumienia. Miałem doprawdy szczęście, chociaż, jak się wkrótce okazało, świadectwa te nie miały wpływu na nasz dalszy los.
   Koniec roku szkolnego! Tym razem nie mogliśmy wykorzystać od razu nadmiaru wolnego czasu. W ostatniej dekadzie czerwca wyjechaliśmy bowiem na obóz przysposobienia wojskowego w Duryczach nad Bugiem, około 30 km od Brześcia. Pisałem o tym wcześniej. Warto tylko dodać, iż w trakcie trwania obozu zaczęły znów coraz wyraźniej dochodzić odgłosy grzmotów zbierającej się burzy dziejowej. W czasie obiadu organizowano prasówki, na których odczytywano aktualne wiadomości ze świata. Prawie codziennie powtarzały się te same: prowokacje wobec Polaków w Gdańsku i w Rzeszy, pogróżki niemieckie, manewry Wermachtu nad granicą z Polską - i demonstracje naszej gotowości, zbiórka na Fundusz Obrony Narodowej, przekazywanie wojsku zakupionych ze składek społeczeństwa karabinów maszynowych... Do wiadomości tych stopniowo się przyzwyczailiśmy. Nie wiązaliśmy ich z ewentualnym wybuchem wojny, która wciąż uchodziła za coś niemożliwego i nierealnego.
   Obóz zakończył się w połowie lipca. Wreszcie można było rozpocząć prawdziwe wakacje. Co robić? Koledzy rozjechali się, pozostałem właściwie sam. Pociągała mnie przygoda, pragnienie doznania jakichś bardziej urozmaiconych przeżyć. Postanowiłem wyruszyć rowerem na wycieczkę do Białegostoku. Trasa wiodła przez Białowieżę, Hajnówkę i Bielsk Podlaski - w sumie około 150 km. Szlak do Białowieży był urozmaicony. Kilkanaście kilometrów za Brześciem kończyła się gładka, szutrowana szosa a zaczęła wyboista droga, tylko miejscami wyłożona kamieniem polnym. Rowerem można było jednak wygodnie jechać dróżką na poboczu. Za Kamieńcem Litewskim droga kończyła się w ogóle a po minięciu małej wioski i przejechaniu rzeczki rowerzysta wjeżdżał w ciemno-zieloną ścianę gęstego boru. Puszcza wyrastała tak niespodziewanie, jakby ktoś ją odkroił nad rzeczką nożem. Po kilkuset metrach jazdy leśną drogą ciszę przerywał jedynie wesoły świergot ptaków i poważny szum kołyszących się koron drzew. Kilometrami nie widziałem duszy ludzkiej - byłem zdany wyłącznie na siebie. W tej leśnej głuszy przebiłem dętkę. Miałem już jednak doświadczenie w wycieczkach rowerem i nigdy nie wyruszałem bez apteczki oraz kompletu narzędzi. W wodzie z przydrożnego rowu sprawdziłem miejsce przebicia, zakleiłem, założyłem koło i po napiciu się do syta owej wody z rowu (i połknięciu przy okazji wielu milionów bakterii, które jednak nie uczyniły mi żadnej krzywdy), ruszyłem w dalszą drogę.
   Przenocowałem w hoteliku w Bielsku i około godziny dziewiątej rano następnego dnia zajechałem do Białegostoku. Spędziłem tam około dwóch tygodni. Hucznie obchodziliśmy imieniny ciotki Miry (26 lipca). Było kilka młodych panien, które obtańcowałem i wycałowałem bez żenady, zdobywając ostrogi w średnio zaawansowanym flircie. Jeździłem kąpać się w rzeczce Supraśli, odwiedzałem krewniaków oraz dawnych znajomych: Wodzyńskich (patrz tom I) i Pierzchałów, gdzie moje pojawienie się w cywilnym ubraniu wywołało pewną sensację. "Już po maturze?" - wykrzyknęli. (Rysiek, mój rówieśnik, nie dojechał jeszcze do liceum). Leszek, mały, rozpieszczony chłopczyk o długich włosach, najchętniej przesiadywał mi na kolanach. Złożyłem też wizytę stryjowi Sztachelskiemu - który bardzo się postarzał - oraz Nunie i Jurkowi. Poznałem przy okazji bardzo miłą panią - "Chinkę" (córka Chińczyka i Polki) o egzotycznych rysach. Podobała mi się niezwykle. Zapewne bawiło ją uwielbienie sztubaka i usiłowała mnie trochę uwodzić, w niewinny zresztą sposób.
   Z żalem opuszczałem Białystok, nie bardzo wiedząc, jak spędzić resztę wakacji. Przeczytałem w prasie, że w połowie sierpnia zostaną otwarte w Pińsku "Targi Poleskie" i wzięła mnie chęć zobaczyć, co to takiego a przy okazji odwiedzić stryja Lucjana. Rodzice, jak zwykle, nie mieli nic przeciwko. 13 sierpnia rano wyjechałem rowerem szosą kobryńską. Cały czas wiał silny wiatr wschodni, więc za Janowem, u kresu sił, po przebyciu trzech czwartych drogi, byłem zmuszony poszukać noclegu.
   Po raz pierwszy i ostatni w życiu zobaczyłem wówczas z bliska autentyczny dwór i autentycznego ziemianina. Zatrzymałem się przy zabudowaniach rozrzuconych w okolicy szosy i spytałem stojących w gromadce ludzi, czy nie można gdzieś przenocować w stodole. Powiedzieli na to: "A idźcie panoczku do dworu." Poszedłem. Skierowano mnie na obszerną werandę, na której siedział w trzcinowym fotelu i coś popijał tęgi jegomość w średnim wieku, w białym kitlu i z obfitymi wąsami a la Piłsudski. Przedstawiłem mu moją prośbę, wręczając jednocześnie legitymację szkolną. Obejrzał ją dokładnie i zaprosił do stołu. Wkrótce postawiono przede mną talerzyk doskonałych lodów a za pół godziny zaproszono na kolację. W wielkiej jadalni zasiadło kilkanaście osób. Kolacja składała się z wielu dań, zimnych i gorących. Tyle jedzenia wieczorem widywałem tylko na Wigilię. Położono mnie spać w pokoju gościnnym. Na drugi dzień, po śniadaniu, wyruszyłem w dalszą drogę i około południa dotarłem do Pińska.

Panorama Pińska, lata trzydzieste.
   Stryja odwiedziłem w banku. Dał mi karteczkę do swej gospodyni, Oli Terleckiej, u której też wkrótce się zameldowałem. Byłem nieco zaskoczony, zobaczywszy dziewczynę 22-letnią, zaokrągloną, ale dobrze zbudowaną. Wkrótce byliśmy w dobrej komitywie. Miała dużo sprytu życiowego i beztroski, właściwej swojemu wiekowi. Jak wszyscy Rosjanie w miastach, mówiła świetnie po polsku; chętnie też używała słów obcych, nie zupełnie rozumiejąc ich sens. Na przykład, pokazując swoje zdjęcie na plaży, powiedziała: "Prawda, jaka jestem filuterna?" Poczęstowała mnie jajecznicą. Nie chcąc odmawiać, zjadłem po raz pierwszy w życiu i odtąd polubiłem to jajeczne danie.

Lucjan Zabiełło. 1939 r.
   "Targi Poleskie" okazały się ekspozycją tych samych towarów, sprzedawanych codziennie w pińskich sklepikach żydowskich, z domieszką białoruskiego folkloru. To też zwiedziłem je tylko raz a resztę czasu spędzałem w mieszkaniu stryja, korzystając z uprzejmej gościny jego młodej gospodyni. Pod nieobecność stryjka zabawialiśmy się oboje wesoło i przyjemnie, w sytuacji całkiem dla mnie nowej. Czy stryj domyślał się? Ola twierdziła, że nie - i jestem skłonny jej wierzyć, gdyż była dobrym znawcą męskiej psychiki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz