czwartek, 1 października 2015




(32) Interludium - życie rodzinne

   Oszczędności w używaniu prądu i panująca wówczas moda na wielki abażur wiszący na środku pokoju powodowały, że życie rodzinne koncentrowało się wieczorem wokół stołu, gdyż tam było najjaśniej. To tam ojciec przeglądał akta przyniesione z biura, mama czytała leżąc na tapczanie, ja przesiadywałem z książką w głębokim fotelu. Tam też słuchaliśmy radia, najchętniej słuchowisk, doskonale reżyserowanych i w dobrej obsadzie aktorskiej, które mimo braku wizji pozwalały przeżywać wielkie emocje. Szczególnie lubiliśmy niedzielną audycję "Na wesołej lwowskiej fali" - dowcipne skecze dwóch kupców: Aprikozenkranca i Kutenbauma (przesycone nieraz zjadliwą satyrą polityczną), rubaszne rozmówki Szczepcia i Tońka oraz rzekomo podsłuchiwane w różnych mieszkaniach jednego domu rozmowy,. których urywki łączono w zabawną całość, dającą efekt komicznego paradoksu. Powodzeniem cieszyły się również piosenki w wykonaniu chóru Dana (modnych wówczas "rewelersów"), Zimińskiej, Mankiewwiczówny, Ordonki. Mama słuchała z zajęciem gawęd "Starego Doktora" (słynnego pedagoga i działacza Janusza Korczaka, zamordowanego podczas wojny w Treblince) na tematy wychowania dzieci i młodzieży. Radio już wówczas po części zastępowało gazety, przynosząc najświeższe wiadomości ze świata. W ogóle audycje słowne były w tamtym czasie słuchane z daleko większą uwagą niż dziś, przez co kształtowały opinię publiczną i gusty, podnosiły ogólny poziom kultury.
---------------------------
Wesoła Lwowska Fala - Szczepcio i Tońcio
--------------------------
   Prowadząc siedzący tryb życia, ojciec odczuwał potrzebę ruchu. Rzadko jednak wychodzili oboje z matką na spacer. Widocznie po zgiełku wielu godzin spędzonych w biurze atmosfera spokoju domowego była szczególnie ważna dla regeneracji sił. Toteż w domu, po obiedzie i przed kolacją, ojciec codziennie spacerował po pokoju, z założonymi do tyłu rękoma, mrucząc jakąś melodię. Obraz ten głęboko utkwił mi w pamięci.
   Moi rodzice nie mieli łatwego życia. Urodzeni i wychowani w niewoli, pochodzili z niezamożnych i wielodzietnych rodzin i z trudem zdobywali wykształcenie. Rozwój ich kariery życiowej zatrzymał się na samym początku pracy zarobkowej. Przeżyli dwie ciężkie wojny, z których zwłaszcza druga zabrała im cały ubogi dobytek i poważnie podkopała zdrowie. Mimo to zachowali zawsze pogodę i optymizm. Nie żądając wiele od życia, nauczyli się cieszyć z drobnych przyjemności, dzięki czemu atmosfera w domu tchnęła zawsze spokojem i ciepłem, tak niezbędnym dla trwałości i mocy domowego ogniska. Podłoże tej korzystnej atmosfery stanowiła miłość i przywiązanie rodziców. Ich wzajemny stosunek był zawsze nacechowany wysoką kulturą. Nigdy nie rozmawiali ze sobą podniesionym głosem, nie słyszałem też kłótni, wyrzutów czy pretensji - ani do siebie, ani do ludzi i losu. Zdarzały się oczywiście drobne nieporozumienia i tak zwane ciche dni, ale mijały szybko. Ojciec odnosił się do matki zawsze z wielką delikatnością i dbałością. Stosunek ten nie zmienił się w ciągu lat. Role w życiu rodziny zostały podzielone tradycyjnie: ojciec zajmował się głównie dostarczaniem środków utrzymania, matka prowadziła dom i budżet domowy a w mych wczesnych latach szkolnych czuwała nad przebiegiem mojej edukacji. Oboje byli religijni i w tym duchu wychowywali również mnie. Ich fideizm był jednak pozbawiony zarówno bigoterii jak i fanatyzmu, nie wyrażali zgorszenia wobec cudzych, odmiennych poglądów, wcześnie przestali kontrolować moje zewnętrzne objawy wyrażania uczuć religijnych, pozostawiając mi w tym względzie całkowitą swobodę. Unikali też natrętnego moralizowania, które było tym bardziej niepotrzebne, iż sami stanowili dostateczny wzór do naśladowania, nie zachodziła więc żadna sprzeczność między ich postawą życiową a głoszonymi poglądami. Podobna swoboda towarzyszyła wprowadzaniu mnie na zawiłe ścieżki dojrzałego życia. Nie przeszedłem w domu żadnego uświadomienia seksualnego - tematy te byłe widocznie krępujące dla obojga. Okrężną drogą starali się jednak przekonać mnie o przestrzeganiu właściwej kolejności etapów życiowych: najpierw nauka i zdobycie zawodu, potem dopiero poważne zaangażowanie uczuciowe i założenie rodziny. Rozumiałem to zresztą dobrze, mając otwarte oczy i pilnie obserwując otoczenia.

Irena i Wacław Zabiełłowie, Brześć 1938 rok.
   Wobec rodziców zawsze odczuwałem głęboki szacunek i pewną nieśmiałość, jakkolwiek nigdy nie byli wobec mnie nadmiernie surowi. Ich miłość do mnie nie przejawiała się w żywiołowym rozpieszczaniu, ale raczej w serdeczności, która jednak nie pozwala mi na przekraczanie pewnych granic poufałości.Była to tradycja wielu pokoleń i chociaż dawne rygory, kojarzące absolutną dyscyplinę dzieci niemal z czołobitnością wobec starszych, zostały już bardzo w owych czasach złagodzone, rodzice starannie dbali  o to, abym znał swoje miejsce w hierarchii rodzinnej i wiedział, co mi wolno a czego nie. To powodowało, że nigdy przez myśl mi nie przeszło odezwać się do rodziców niegrzecznie, wtrącać się do ich dyskusji, gdy mnie o to nie proszono lub gwałtownie domagać się jakichś swoich wyimaginowanych praw czy realizowania zachcianek. Obowiązek posłuszeństwa i kulturalnego odnoszenia się do rodziców miałem wpojony od wczesnego dzieciństwa. Toteż ich polecenia wykonywałem bezwzględnie, nawet gdy czasami wątpiłem w ich słuszność. Przekonałem się jednak z czasem, iż zawsze były głęboko uzasadnione i miały na względzie jedynie moje dobro. Wzmacniało to zaufanie do ojca i matki a chociaż nie ze wszystkich ich doświadczeń chciałem korzystać - przekora jest przecież typową cechą młodości - nie uzewnętrzniałem przynajmniej swojej dezaprobaty. Miałem naturę raczej skrytą, szczególnie w okresie dojrzewania, wcześnie też zacząłem unikać zwierzania się z wewnętrznych przeżyć. Mimo wszystko łączyło nas wszystkich głębokie przywiązanie i zrozumienie.
   Dość wcześnie - chyba już od 17 roku życia - traktowano mnie w domu jako dorosłego członka rodziny; przynajmniej takie wrażenie sprawiali rodzice. Nie kontrolowali mych lektur ani towarzystwa, w którym się obracałem, nie mieli nic przeciwko mym randkom ani samotnym wycieczkom rowerowym do innych miast, ufając najwyraźniej mej rozwadze a może też uważając, że i tak muszę w końcu zacząć samodzielnie zdobywać doświadczenia.
   W takich warunkach i w takiej atmosferze wzrastałem i dojrzewałem, kształtował się mój charakter, rozwijała osobowość. Spokój tego domu i prawdziwe ciepło rodzinne odegrały wybitnie dodatnią rolę w tych procesach. Prawość charakteru rodziców i ich bezkompromisowa uczciwość nie mogły nie wywrzeć głębokiego wpływu i na mnie. Dom stanowił zawsze dla mnie ostoję, w której czułem się bezpieczny i szczęśliwy. Chętnie w nim przebywałem, nabierając już w dzieciństwie zamiłowań domatorskich. Ciepło własnego ogniska domowego pozwoliło przetrwać późniejsze ciężkie lata, a dziś wracam pamięcią do tego okresu ze wzruszeniem przeświadczony, iż wówczas właśnie rozpoczynający się start życiowy wyprowadził mnie na drogę, której tylko nieliczne zakręty wyprostowałbym, gdyby dane mi było przejść nią od nowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz