niedziela, 5 lipca 2015



(28) Szkółka - święta, dzwonki i nauczyciele

   Nauka odbywała się zwykłym, od lat ustalonym trybem: wykłady nauczycieli, przepytywanki, zadania domowe, klasówki. Te ostatnie mieliśmy tylko z polskiego, matematyki i z języków obcych. Obowiązywała dość wąska skala ocen, od "piątki" do "dwójki", więc niektórzy pedagodzy stosowali dodatkowo "plus" i "minus". Rok szkolny dzielił się na cztery okresy a świadectwa otrzymywaliśmy dwa razy w roku - przed feriami zimowymi (22 grudnia) i na koniec roku szkolnego, w czerwcu. Pozostałe dwa okresy kończyły się wywiadówkami. Wakacje zimowe trwały dwa tygodnie, na przełomie grudnia i stycznia, wiosenne - tydzień w okresie świąt Wielkanocy, letnie - przeszło dwa miesiące. Poza tym w ciągu roku szkolnego wypadało wiele świąt kościelnych i państwowych. Niektóre z nich, jak 2 lutego czy 2 listopada były dniami wolnymi tylko w szkołach. Tak więc świętowaliśmy:
- 2 lutego - Matki Boskiej Gromnicznej,
- 19 marca - imieniny Marszałka Piłsudskiego,
- 3 maja - rocznicę Konstytucji,
- maj, czerwiec - Boże Ciało,
- czerwiec - Wniebowstąpienie,
- czerwiec - Zielone Świątki,
- 23 czerwca - św. Piotra i Pawła,
- 1 listopada - Wszystkich Świętych,
- 2 listopada - Dzień Zaduszny,
- 11 listopada - Święto Niepodległości,
- 8 grudnia - święto Matki Boskiej.
Oprócz tego na wiosnę, w okresie Wielkiego Postu, trzy dni wolne od nauki przeznaczano na wspomniane wyżej rekolekcje.


   Na rozpoczęcie każdej lekcji dzwoniono dwa razy: pierwszy raz - szereg zwykłych, rytmicznych uderzeń (dyń-dyń-dyń), jako sygnał do wchodzenia do klas i zajmowania swych miejsc. Po dwóch minutach dzwonek rozbrzmiewał powtórnie, po dwa uderzenia na raz (dyń-dyń, dyń-dyń). Był to tak zwany dzwonek dla nauczycieli.
  Dzwonek szkolny! Rekwizyt niezbędny, stosowany chyba od stuleci. Ile razy wywoływał bicie serca, gdy zbliżała się trudna klasówka lub "pytania na stopień"... Ileż razy czekaliśmy z napięciem na jego dźwięk kończący lekcję, gdy nauczyciel, zaglądając do dziennika klasowego lub notesu, zbliżał się nieubłaganie do naszego nazwiska a my czuliśmy akurat ogromną lukę w pamięci i strach paraliżujący nogi, ręce i język... Czas płynął wówczas tak wolno, modliliśmy się aby siła wyższa kazała woźnemu chwycić za rękojeść dzwonka jeszcze przed końcem lekcji. Nareszcie! Nigdy jego dźwięczny, choć niezbyt melodyjny ton nie wydawał się tak piękny! Dziś wspominam go ze wzruszeniem, był przecież częścią naszego życia, odmierzał w nim ważne chwile, cieszył i wyzwalał.

   W szkole podstawowej pisaliśmy przeważnie stalówkami maczanymi w atramencie, znajdującym się w kałamarzu na każdej ławce. Niektórzy przynosili ze sobą własne buteleczki. Nadmiar szklanych naczyń w tak niespokojnym środowisku nierzadko skutkował niewłaściwym ich użyciem: fruwały w powietrzu znacząc czarnymi bryzgami ściany, ławki, podłogę a także nasze nosy, dłonie i ubrania. 
   W dostojnym gimnazjum używaliśmy już prawie wyłącznie "wiecznych piór", napełnianych w domu. Powodowało to niekiedy małe dramaty, gdy atramentu w piórze zabrakło właśnie w środku klasówki. Wówczas prosiło się kolegę: "Pożycz kroplę!" i stykając ze sobą pióra, przelewało się kropelkę, która na ogól wystarczała do końca lekcji tego dnia. Piór kulkowych ("długopisów") nie znaliśmy - pojawiły się dopiero po wojnie.

   Opłata za naukę wynosiła 200 zł rocznie. Mój ojciec, jako pracownik państwowy, płacił tylko połowę. Ale i ta suma była zbyt wielka na chudą kieszeń urzędnika. Chwytaliśmy się więc wszelkich sposobów w celu uzyskania całkowitego zwolnienia. Rada pedagogiczna posiadała np. prawo zwalniania z czesnego pewnej liczby uczniów wykazujących bardzo dobre wyniki w nauce. Znając doskonale sytuację finansową rodziców, starałem się uzyskiwać dobre stopnie. Najczęściej więc unikaliśmy tych opłat, wystarczało podanie do dyrekcji, bez "załączników". Nie zawsze jednak było to możliwe. Wówczas ojciec starał się o zaświadczenie lekarskie stwierdzające, iż leczenie jego wymaga dodatkowych kosztów, np. specjalnego wyżywienia, wyjazdu do sanatorium itp. Oczywiście, do uzdrowisk nigdy nie wyjeżdżał - nie mieściło się to w domowym budżecie. Wspominam o tych perypetiach, gdyż dziś są one całkowicie nieznane.

   Nasi nauczyciele, których mieliśmy obowiązek tytułować profesorami, byli zapewne tacy, jak w innych szkołach: lepiej lub gorzej znający swój przedmiot, lepsi lub gorsi psychologowie. Niektórzy z powodzeniem utrzymywali dyscyplinę na lekcji, inni okazywali swoją bezsilność wobec narastającego bałaganu. Żaden z nich jednak nie potrafił obudzić w nas autentycznego zapału dla wykładanej przez siebie nauki. Widocznie prawdziwe zdolności pedagogiczne to rzadki talent. Uczyliśmy się więc z konieczności i tylko nieliczni mieli swoje prywatne zamiłowania do jakiejś dziedziny wiedzy. Należał do nich mój kolega Władek Kozłowski, który obrywał dwóje garściami i powtarzał klasy, a przecież samodzielnie zbudował radiostację krótkofalową i spędzał przy niej wszystkie wolne chwile.
   Niektórych nauczycieli lubiliśmy i oni nawzajem starali się o popularność. Należeli do nich: polonista i łacinnik Janusz Łopuski, gimnastyk Żeleźnicki, instruktor PW por. Medyna, łacinnik Radziszewski. Ja osobiście lubiłem też panią Zofię Nowakowską, polonistkę. Była zgrabną blondynką o delikatnym obejściu, potrafiła jednak  również bezlitośnie traktować tych, którzy wykazywali notoryczną niechęć do postępów w nauce - toteż miała i swych zawziętych wrogów.
   Moim matematykiem przez wszystkie lata pobytu w gimnazjum i liceum był profesor Michał Szubkin, zwany powszechnie "Dziadzia Szubkin" lub "Dziadzia Puszkin". Nazywali go tak również między sobą nauczyciele. Słowo "dziadzia" nie miało nic wspólnego z dziadkiem; było to spolszczone wyrażenie rosyjskie "diadia" - wujek. Szubkin był Rosjaninem i to starej daty. Niewysoki, dość tęgi, wąsaty, z łysiną i opadającymi na kark włosami, czesanymi trochę "na popa". Nosił okulary i słynął ze swej kamiennej twarzy. Nikt nigdy nie widział "dziadzi" uśmiechniętego. Był bardzo surowy w ocenach; mieć u niego czwórkę oznaczało, że jest się dobrym matematykiem, bez żadnego naciągania. Opowiadano o nim, że własną córkę zostawił w którejś klasie na drugi rok. Mówił po polsku dobrze, ale z wyraźną wymową wschodnią ("nu, proszu was..."). Niewątpliwie doskonale znał swoją dziedzinę, nie był jednak elokwentny i jego wykłady nie odznaczały się jasnością. Na prowadzonych przezeń lekcjach - za wyjątkiem klasówek - bywało niekiedy dość głośno, co "dziadzię" wyraźnie denerwowało, więc rzucał od czasu do czasu wymówki w rodzaju: "Nu, na ostatniej ławce flirtują", jednak za drzwi nie wyrzucał.
   Tę metodę stosował natomiast często geograf, Mikołaj Ćwikiewicz. Był to Polak, ale wychowany w szkołach rosyjskich, używał też niekiedy rusycyzmów, zwłaszcza gdy był zirytowany a unosił się łatwo, gdyż na jego lekcjach panował harmider. Bawiliśmy się bajecznie, obserwując jego reakcje. Najpierw milknął i zaczynał się wpatrywać nieruchomo w jakiś punkt klasy, gdzie jego zdaniem najgłośniej rozrabiano. Nagle wykonywał gwałtowny ruch ręką, zgiętą w łokciu, krzycząc stentorowym głosem np.: "Okołowicz, chodźcie tu!", "Stańcie słupem!" lub, wyrzucając z klasy, wołał: "Idźcie do dyrektora, powiedźcie, że wy cham!" Na co delikwent tylko czekał, aby urwać się z lekcji. Skarżył się też często na nas wychowaczyni, pani Bielińskiej, nauczycielce niemieckiego. Zdaje się jednak, że i w gronie pedagogicznym nie traktowano go zbyt poważnie. Kiedyś przylgnął do niego przydomek "Cias" (zapewne od niewyraźnie wypowiadanego wyrażenia "czas średnio-europejski") i tak już pozostało. Ułożono o nim nawet piosenkę:
"Siekiera motyka, piłka, graca,
Niech Cias głowy nie zawraca..."
Prawdopodobnie lepszy malarz niż nauczyciel (wspomniałem już, że w auli wisiały portrety dostojników państwowych jego pędzla), nie był jednak złym człowiekiem. Nie znam przypadku, aby kogoś oblał i kazał repetować klasę.
---------------------------------------------------------------------
Mikołaj Ćwikiewicz (1888–1979) – płocki nauczyciel, absolwent rosyjskiego gimnazjum w Brześciu Litewskim, w latach 1927– 1939 nauczyciel w brzeskiego Gimnazjum Traugutta (Wikipedia).

"Urodził się 10 listopada 1888 w Pieskach, województwo białostockie. Gimnazjum ukończył w Brześciu Litewskim. Studiował w Kijowie, kończąc studia wyższe na Wydziale Historyczno-Filozoficznym Uniwersytetu św. Włodzimierza. Pracę nauczycielską rozpoczął w 1913 r. w Gimnazjum Rządowym w Ostrogu nad Horyniem. W gimnazjum tym, które po I wojnie światowej otrzymało nazwę Marii Konopnickiej, pracował do 1927 roku. W latach 1927-1939 pracował w Państwowym Gimnazjum im. Romualda Traugutta w Brześciu nad Bugiem. Po zajęciu tych terenów w 1939 przez ZSRR przeniósł się do Warszawy. W czasie okupacji pracował w szkołach średnich Warszawy. Mając uzdolnienia malarskie i fakultet z dziedziny nauk plastycznych, udzielał pomocy studentom pragnącym po wojnie wstąpić do Akademii Sztuk Pięknych.
Od marca 1945 roku znalazł się w Płocku i podjął pracę w Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Króla Władysława Jagiełły. W 1951 roku przeszedł na emeryturę.
Przez wiele lat projektował i wykonywał wzory pomocy naukowych z geografii, które zakupywał Cezas i rozpowszechniał w kraju. Szereg pomocy naukowych wyprodukował własnym nakładem środków i zaopatrywał w nie płockie placówki oświatowe. Wiele malował na zlecenie szkół, instytucji i osób prywatnych. Początkowo były to pejzaże, potem zasłynął z malowania portretów. Malował dziesiątki portretów bohaterów narodowych, królów, pisarzy. Posługiwał się wielu technikami malarskimi, ale wyspecjalizował się w technice piórka i tuszu. Stworzył w wielu szkołach całą galerię postaci historycznych. Znane są jego portrety i obrazy Tadeusza Kościuszki, Fryderyka Chopina, Mikołaja Kopernika, szereg królów polskich, pisarzy.
W wielu placówkach oświatowych można jeszcze dziś spotkać obrazy pędzla Mikołaja Ćwikiewicza. Znane są także pejzaże z okolic Łącka, Słupna, Wisły pod Płockiem.
Był aktywnym członkiem Związku Nauczycielstwa Polskiego. Był patriotą, służył ojczyźnie gorącym sercem pełnym ofiarności, myśli i czynu dla Polski. Zawsze był gotów nieść pomoc wszystkim, którzy tej pomocy potrzebowali.
Wyróżniał się wiedzą, ale i kulturą osobistą, szeroko pojętą tolerancją dla przekonań człowieka, szacunkiem dla różnych postaw tak niezwykle ważnych dla poczynań ludzi. Splot cech charakteru Mikołaja przy wysokim jego wykształceniu, twórczym intelekcie i głębokim humanizmie i pełna życzliwość dla drugiego człowieka czyniły z niego postać o szczególnym uroku."
(Wspomnienie Tadeusza Kurpiewskiego,  http://archive.is/oLAAn#selection-1113.0-1100.32).
------------------------------------------------------------------------
  
   Przyrody z anatomią uczyli mnie w różnych okresach profesorowie: Borecki, Radomski, Schingera i Karpowicz. Stanowili barwną mozaikę charakterów i sposobów bycia. Borecki - niski, krępy, z surowym spojrzeniem spod gęstych brwi, budził strach i respekt. Krążyły o nim legendy, że w latach młodości służył w łodziach podwodnych, zwiedził wiele portów świata, w jakiejś bójce złamano mu lewą rękę, którą odtąd nosił założoną do tyłu. Trudno dociec, ile było w tym wszystkim prawdy, ale gdy uczeń nie odpowiadał zgodnie z wymogami profesora i ten, wpijając w niego groźny wzrok, zbliżał się powoli, sycząc jakieś niepochlebne epitety, nieszczęsny delikwent truchlał, bladł i do reszty bałwaniał.
   Profesor Borecki mieszkał w tej samej kamienicy, co ja. Miał dwie córki - bliźniaczki, które zawsze chodziły razem, pod rękę. Rozpoznawało się je z daleka. Gdy po wojnie znalazłem się w pułku stacjonującym w Jarocinie koło Poznania, ujrzałem kiedyś na ulicy, daleko przed sobą, dwie identycznie ubrane, drobne figurki dziewczyn, idących pod ramię. Poznałem je od razu, chociaż nieco się zmieniły. I rzeczywiście, Borecki uczył w tamtejszym gimnazjum. Bardzo się jednak postarzał i nic w nim nie zostało z dawnego budzącego strach "marynarza". 
   Radomski stanowił jego przeciwieństwo. Wysoki, tęgi, jowialny, mówił tubalnym głosem i cieszył się popularnością. Korzystaliśmy z jego podręcznika botaniki, który do dziś jest w użyciu (1973). W pracowni dbał o porządek i surowo nas przestrzegał, abyśmy nie uszkodzili mikroskopów ("Powtarzam głośno, jeden z drugim: niosę pięćset złotych; jeżeli upuszczę na podłogę, ojciec da mi takie lanie, że popamiętam do końca życia!...").
   Schingera, zawsze elegancko ubrany, wysoki, postawny, miał krzaczaste brwi i mówił cichym głosem. Trudno było zarobić u niego dobry stopień. Karpowicz był chyba spośród nich najłagodniejszy. Miał tendencję do jąkania się, co pokrywał zabawnym grymasem twarzy.
   Lekcje przyrody lubiłem, choć materiał można ocenić jako trudny. W pracowni jeden mikroskop przypadał na dwóch uczniów, więc możliwości pracy były doskonałe. Preparaty roślin przygotowywaliśmy sami. Często chodziliśmy na wycieczki za miasto - jesienią oglądać mchy, porosty i paprocie, wiosną - określać trawy i rośliny kwiatowe według "Przewodnika do oznaczania roślin" Józefa Rostafińskiego. Pracę pamiętam jako żmudną i skomplikowaną, ale zajmującą. Bardzo wiele skorzystaliśmy na tych lekcjach. Okazało się, że w jednolitym gąszczu traw jest tyle indywidualności, co w ludzkim tłumie...
   Nauka botaniki obejmowała też prowadzenie obserwacji w domu. Z botaniki badaliśmy rozwój nasiona grochu, fasoli i różnych zbóż, umieszczonych w szklanym naczyniu, na nawilżonej bibule. Z zoologii - hodowanie skrzeku żabiego i gąsienic bielinka - kapustnika. W tym celu musiałem robić wyprawy do stawów i na pole kapusty, gdzie zbierałem liście z żółtymi jajeczkami, złożonymi przez motyle. Matka niezbyt chętnym okiem patrzyła na te eksperymenty, obawiając się nie bez powodu, aby "to" nie rozlazło się po mieszkaniu.
   Na lekcjach anatomii za eksponat służył oryginalny szkielet ludzki, stojący w kącie pracowni. Początkowo wzbudzał nasze obawy. Przy szkielecie widniał napis: "Do szczątków człowieka należy się odnosić z szacunkiem." Gdy jednak oswoiliśmy się z jego obecnością, często dla zabawy potrącaliśmy nim, aby usłyszeć suchy klekot kości. Dolną szczękę umocowano na sprężynkach; przy poruszeniach groźnie kłapała ku naszej wielkiej uciesze. Tylko dziewczyny uciekały wtedy z piskiem. Nazwanie jednak wszystkich kości i kosteczek nie było fraszką i złośliwy kościotrup w odwet za nasze głupie dowcipy niejednemu przysporzył dwóję.
   Łacina stanowiła postrach większości uczniów gimnazjum, ale i tu próbowaliśmy znaleźć łatwy w naszym wieku element zabawy, przy odmianie zaimka "hic, haec, hoc" lub przy stosowaniu przyimka "apud" (czytaj odwrotnie). Profesor Orsztynowicz był filologiem z powołania. Opowiadano o nim, że w domu ubierał się w białe prześcieradło na kształt togi i godzinami recytował mowy Cycerona i poezji Horacego w oryginale. Wśród braci sztubackiej nosił przydomek "Oxymoron", co oznacza po grecku "pozornie niedorzeczne zestawienie wyrazów" (np. "pracowite próżnowanie").
   Historię wykładał profesor Franciszek Guściora. Nie pokrzykiwał, nie podnosił głosu, ale na jego lekcjach panowała idealna cisza. Był znany z tego, iż nigdy nie wyjmował notesu ani nie wpisywał stopni do dziennika. Miał doskonałą pamięć i wszystkich znał po nazwisku. Zapamiętałem go jako nauczyciela wymagającego; żądał nie tylko recytowania treści poszczególnych czytanek, ale i omawiania faktów historycznych, ich oceny i analizy. Nie bardzo byliśmy do tego intelektualnie przygotowani.
   Fizyki i chemii uczyli Wrońska i Mikołaj Klimowicz. Oboje obficie rozdzielali dwóje - pani Wrońska z miłym uśmiechem, Klimowicz na ponuro. Miał on bzika na pukcie malowania paznokci przez kobiety i przy każdej okazji wygłaszał swój pogląd, iż osoby używające lakieru są leniwymi nierobami i pasożytami. Te i podobne wypowiedzi wyrobiły mu opinię lewicowca. Po zajęciu Brześcia przez wojska sowieckie, został mianowany dyrektorem "Polskiej Szkoły Średniej", w jaką zamieniono naszą szkołę.
   Prawdziwy respekt graniczący z obawą wzbudzał dyrektor gimnazjum i liceum, Leon Nanowski. Z żelazną konsekwencją przestrzegał dyscypliny wśród uczniów i krótko też trzymał całe grono nauczycielskie. Nie znosił najmniejszego nieporządku na lekcjach i w czasie przerw. Biada tym, których zaskoczył na ślizganiu się na korytarzu lub na podpowiadaniu. Za najlżejsze wykroczenie wzywał rodziców, obniżał stopnie ze sprawowania a nierzadko usuwał ze szkoły. Sztywny i kostyczny sposób bycia, brak jakiejkolwiek serdeczności, nie zjednywał mu sympatii. Był matematykiem i wykładał w niektórych klasach, ale mnie, na szczęście, nigdy nie uczył.  Natomiast spotykaliśmy się ze sobą w okolicznościach dość niezwykłych. W równoległej klasie był kolega, Andrzej Wędziagolski, jakoby podobny do mnie. Ja nie widziałem w nim bynajmniej swojego sobowtóra, lecz dyrektor nie mógł nas odróżnić i wciąż mylił - oczywiście wówczas, gdy miał do któregoś z nas pretensję. Pewnego razu w czasie jego wizytacji na lekcji odezwałem się półgłosem do sąsiada. Dyro usłyszał i natychmiast zawołał: "Wędziagolski, spokój!" - co wywołało powszechną konsternację. Innym razem oświadczył mej wychowawczyni, że odesłał mnie do domu za brak krawata. Pani Bielińska zatrzymała mnie na korytarzu z wymówkami, ku memu zdumieniu. Z trudem wytłumaczyłem, że chodziło pewnie o Wędziagolskiego, gdyż ze mną pan dyrektor wcale nie rozmawiał. Kiedyś znów, po lekcjach, stuknąłem w szatni po przyjacielsku kolegę teczką po głowie. Nagle poczułem twardą dłoń na ramieniu - dyrektor, który napatoczył się nie wiadomo skąd, pociągnął mnie do swojego gabinetu, gdzie wyjął swoją słynną "czarną księgę" i szykując się do wpisania nazwiska, spytał dla formalności: "Wędziagolski, prawda?" Z żalem musiałem sprostować... Zarobiłem wówczas czwórkę ze sprawowania na świadectwie półrocznym!