piątek, 4 marca 2016



(53) Krok ku samodzielności: w kamasze!

    W ostatnich dniach sierpnia Niemcy przypomnieli nam, że bynajmniej nie są rozbici i mogą jeszcze dotkliwie kąsać. Zaczęło się ostrzeliwanie miasta z ciężkich dział kolejowych, umiejscowionych za Wisłą. Było to coś znacznie gorszego od nalotów powietrznych. Podczas nalotu niebezpieczeństwo groziło, dopóki samoloty krążyły nad głową. Gdy odleciały - wracał spokój, znikało ryzyko śmierci. Ostrzał artyleryjski natomiast zagrażał nieustannie. Nigdy nie było wiadomo, kiedy się zacznie i kiedy skończy. Pocisk spadał dosłownie jak grom z jasnego nieba, bez żadnych ostrzegawczych szumów czy świstów, wybuchając to tu, to tam, w miejscach najmniej spodziewanych. Niemcy wystrzeliwali serię kilkunastu pocisków, po czym mieliśmy kilkadziesiąt godzin spokoju. Ponieważ wybuchy poszczególnych pocisków następowały mniej więcej co pięć minut, był czas, aby się ewentualnie schować lub oddalić z prawdopodobnej osi strzelania. Przy tej odległości rozrzut był jednak tak znaczny, że w praktyce na znalezienie bezpiecznego ukrycia nie starczało czasu. Trzeba by w tym celu opuścić jak najszybciej miasto a zwłaszcza uciec jak najdalej od torów kolejowych, gdyż na ich zniszczenie wróg zużywał najwięcej energii. 

Dworzec Kolejowy w Mińsku Mazowieckim, 1945 (www.sulejowek.info)

      W drugiej połowie sierpnia stacja została odbudowana, pociągi ze wschodu rozładowywano właśnie w Mińsku. Nic dziwnego, iż najgorliwiej ostrzeliwano tereny stacyjne. Niekiedy wieczorami płonęły wagony z amunicją, migotały na niebie piekielną grą świateł niesamowite fajerwerki. Ten stan ciągłego zagrożenia bardzo wyczerpywał nerwowo. Nigdy nie było wiadomo, czy wychodząc do miasta, powróci się całym lub czy po powrocie zastanie się jeszcze dom i rodzinę. Liczyliśmy, że po zdobyciu Pragi, co nastąpiło w połowie września, działo niemieckie zamilknie. Nic z tych rzeczy. Dalej pustoszyło miasto, jeszcze długo po wyjeździe moim i rodziców. Odetchnąłem, gdy wreszcie zorganizowano w Mińsku Rejonową Komendę Uzupełnień, przeprowadzającą pobór do wojska. Zarejestrowałem się i otrzymałem skierowanie do 9 Zapasowego Pułku Piechoty w Lublinie.

Niemieckie działo kolejowe "Gustav", kaliber 210 mm, zasięg 115 km (http://panzerschreck.strefa.pl/niem_artyleria_duz_kal.html)
   Wojsko Polskie przybyłe ze Związku Sowieckiego było na tych terenach witane przez niektóre grupy ludności bez entuzjazmu a nawet z wyraźną niechęcią i nieufnością. Uważano, że jako całkowicie zależne od Armii Czerwonej, jest ono zbolszewizowane, nie zapewnia odzyskania prawdziwej niepodległości i stanie się narzędziem w rękach komunistów dla przyłączenia Polski do ZSSR w postaci 17-tej republiki. Prawdziwe Wojsko Polskie - to oddziały na Zachodzie i Armia Krajowa. Ponieważ zaś rząd emigracyjny traktował wojska sowieckie jako armię państwa nieprzyjaznego, więc i oddziały polskie współdziałające z tą armią były uważane za formację wrogą. Członkowie i sympatycy AK czynili wszystko, aby uniknąć poboru. Mnożyły się dezercje, zdarzały się napady na pojedynczych żołnierzy i oficerów. Z kolei propaganda PKWN nawoływała do spełnienia patriotycznego obowiązku. Wszystko to razem powodowało, iż znajdowałem się w niemałej rozterce. To fakt, jeszcze na początku wojny przeżyłem wielki szok a przede wszystkim głębokie rozczarowanie do naczelnego dowództwa z Rydzem Śmigłym. Nie mogłem im darować ucieczki za granicę, uważałem to za przejaw haniebnego tchórzostwa. Honor wojska ratowali żołnierze, oficerowie i ci z generałów, którzy pozostali do końca na polu walki, gdzie potrafili zginąć z bronią w ręku. Byłem też uprzedzony do zachodnich aliantów, którzy nas ordynarnie oszukali, rozmyślnie pozostawiając Polaków na pastwę Hitlerowi.

(en.wikipedia.org)
   Z drugiej strony nie miałem żadnego powodu, aby z entuzjazmem witać wkraczające wojska sowieckie. Zbyt silna była jeszcze pamięć doświadczeń z lat 1939-41. Stanąłem jednak nieuchronnie przed koniecznością wyboru. Trzeba było przede wszystkim ustalić, co ma w tej chwili znaczenie najważniejsze. Wydawało mi się, iż nie może być nic ważniejszego niż ostateczne pokonanie Niemiec, nawet w sojuszu z samym diabłem. Wszystko a więc i kształt Polski i nasz dalszy los zależał od wykonania tego zadania. A potem?
   Nie ulegało wątpliwości, że głoszona często teoria dwóch wrogów, którą po trosze wszyscy uznawaliśmy, w naszej rzeczywistości zagrażała na dalszą metę bytowi narodowemu. Nie wchodziła też w rachubę przedwojenna neutralność, trzeba było bowiem zadbać o to, aby potężni sąsiedzi nie porozumieli się kiedyś ponownie ponad naszymi głowami. Zachodziła więc konieczność wyboru jednego z nich na sojusznika, co niestety musiało spowodować poddanie się jego wpływom. Inna droga prowadziła z powrotem do jakiejś odmiany Września - tym razem jeszcze bardziej zgubnej. Wszystko to stanowiło przykrą konieczność, ale nie było rady. A więc pierwszy krok - do wojska. Zrobić wszystko, co do mnie należy, aby przyczynić się do zwycięstwa. Ucieczkę od tego obowiązku uważałem za objaw złej woli, niezależnie od motywów. Co miało nastąpić po wojnie - miałem o tym mgliste pojęcie. Jakieś zmiany powinny zajść w stosunku do czasów przedwojennych, to oczywiste. Ale ustrój wzorowany na sowieckim nie śnił się wówczas ani mnie, ani znacznej większości mych rówieśników, przybyłych wraz ze mną do punktów mobilizacyjnych.
   Tak więc 14 października zarzuciłem na ramię węzełek ze zmianą bielizny, kawałkiem chleba i konserwą mięsną, pożegnałem się z rodzicami, którzy za kilka dni mieli wyjechać do Białegostoku - i poszedłem szosą warszawską do najbliższego posterunku kontroli drogowej. Tam najłatwiej można było zabrać się na jakiś samochód ciężarowy w kierunku Lublina, sposobem "na łebka". Zielona karta mobilizacyjna była traktowana jak pilny rozkaz wyjazdu.
   Od tego dnia rozpocząłem właściwe samodzielne życie. Dotychczas bowiem, mimo iż zarabiałem na siebie a w pewnych okresach nawet utrzymywałem rodziców, byłem jednak "przy ojcu i matce", w ich domu. Głową był ojciec, on podejmował najważniejsze decyzje. Teraz wkroczyłem na własną drogę. Ognisko domowe rodziców, które odtworzyli po wojnie w Sławie Śląskiej, odwiedzałem już tylko jako gość. Zawsze czułem się u nich bardzo dobrze i swojsko, ale jednak nie byłem tam całkiem jak u siebie. Taki jest naturalny bieg rzeczy. A jednak ze wzruszeniem i tęsknotą wracam w myśli do owego ogniska, choć tak przecież skromnego i pod koniec tułaczego. Niewidzialne nici, które je spajały, były mocniejsze od lin stalowych, były to bowiem nici miłości, przywiązania i poświęcenia. W domu założonym przez siebie ma się obowiązki i przywileje, wygodę i swoje miejsce na ziemi, lecz nie ma już takiego poczucia bezpieczeństwa i beztroski.
   Pierwsze godziny samodzielnego żywota spędziłem na beczkach z benzyną, wiezionych ciężarówką w kierunku Lublina. Nie była to jazda przyjemna, nie tylko ze względu na niewygodą pozycję. Szosę na niektórych odcinkach ostrzeliwano zza Wisły, a tu na każdym skrzyżowaniu korki. Ruch regulowały z zimną krwią dziewczyny sowieckie w twarzowych furażerkach, z karabinem na plecach i chorągiewkami w rękach. Czyniły to z gracją a zarazem stanowczo, ujarzmiając z miejsca niesfornych, wrzeszczących kierowców. Nieraz kilkanaście minut musieliśmy czekać, przepuszczając prostopadły strumień samochodów, czołgów, furmanek i kolumny piechoty... a pociski rozrywały się to z lewej, to z prawej strony szosy, wywołując ciarki na plecach. Z podziwem obserwowałem spokój regulującej ruch dziewczyny. Ja na mojej ciężarówce za chwilę odjadę w bezpieczne miejsce, ona pozostanie na swym denerwującym posterunku przez godzinę lub dwie, zanim będzie mogła zejść do schronu. Czyżby się nie bała? W każdym razie umiała już opanować uzewnętrznianie strachu. Miała tę przewagę nade mną, ale ja przecież nie byłem jeszcze żołnierzem...

Sowiecka ciężarówka GAZ-AAA używana w czasach wojny.
   Na skrzyżowaniu szos w Kołbieli miał miejsce wypadek, tak charakterystyczny dla owych czasów. Z przeciwka brzegiem szosy szedł w naszym kierunku starszy człowiek. Kilkadziesiąt metrów przed skrzyżowaniem nadjechał całym pędem samochód pancerny, uderzył w mężczyznę, którego zmiotło do rowu, i - nie zwalniając - popędził dalej. Koło skrzyżowania kręciło się sporo ludzi, ale prawie nikt nie zwrócił uwagi na to zdarzenie. Śmierć była w piątym roku wojny sprawą tak zwykłą, że nie budziła już nawet zaciekawienia. Oczywiście, nikt nie usiłował zatrzymać sprawcy wypadku.
   W pobliżu Dęblina ciężarówka skręcała z szosy, więc ja i kilka innych osób wysiedliśmy, a ponieważ wieczór zapadał, poszliśmy przenocować do najbliższej wsi. Spaliśmy pokotem na niepościelonej podłodze. Całą noc dudniła artyleria, nurkowały samoloty, migotały po niebie jakieś błyski. Rano złapaliśmy inną ciężarówkę i wkrótce trafiliśmy na lubelskie Krakowskie Przedmieście. Lublin wydał mi się miastem wielkim i wspaniałym: monumentalne gmachy, wielkomiejskie witryny sklepów, tłumy w kawiarniach (co tam właściwie podawano wówczas do picia?), tłumy na ulicach, ludzie lepiej ubrani niż w Brześciu czy Mińsku. Krótko jednak mogłem nacieszyć się nowym dla mnie widokiem, dotarliśmy bowiem wkrótce do bramy byłego obozu koncentracyjnego na Majdanku.
   Tu stacjonował 9 zapasowy pułk piechoty. Ze wszystkich stron płynęły gromadki cywilów z węzełkami, kuferkami i plecakami: kandydaci na żołnierzy Rzeczypospolitej, zmobilizowani do wypędzania fryców. Przy bramie stolik, kilka osób w mundurach - rejestracja, skierowanie do kompanii w jednym z baraków. Dziwne - wcale nie miałem wrażenia, że jestem w miejscu, które jeszcze trzy miesiące temu było obozem śmierci. Zdawało mi się, iż przybyłem do zwykłych, choć prymitywnych, koszar wojskowych. Gdy znikli Niemcy, wszystko nabierało normalnych kształtów i wyrazu. 

Brama główna obozu na Majdanku, stan współczesny (fot. Radosław Liczmański).

  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz