niedziela, 20 marca 2016




(56) Twierdza Modlin i gwiazdki.

   W Modlinie, po zajęciu wyznaczonych budynków, znów przystąpiliśmy do organizowania sal wykładowych i parku maszyn. Było tu więcej miejsca niż w Chełmie i więcej ludzi do roboty. Zbliżały się egzaminy końcowe. Znów chadzaliśmy "pieszo po czołgowemu" na zajęcia z taktyki, tym razem w stronę Pomiechówka i Zakroczymia. Szła wiosna, coraz łatwiej było wytrzymać trudy szkolenia i służby. Mimo to czas dłużył się niemiłosiernie i truchleliśmy, gdy ktoś przynosił plotkę, że nasz kurs ma być przedłużony o rok, w związku z bliskim końcem wojny. Na szczęście okazało się to nieprawdą, promocję wyznaczono na drugą połowę maja. Gdyby wojna potrwała kilka tygodni dłużej, zdążylibyśmy trafić na front i niejeden jeszcze wyciągnąłby kości na polu chwały. 

Autor w maju 1945
   Wojna dobiegła końca bez naszego udziału. Ósmego maja wieczorem - pełniłem właśnie służbę w kompanii - rozeszła się wieść o zakończeniu działań bojowych. Na zewnątrz rozlegały się krzyki i wystrzały. W salach dyskutowałem z dyżurnymi o tym, czy zasłaniać okna. Nikt już nie chciał tego robić, ale zarządzenia o zaciemnianiu nie odwołano. Dowództwo znikło, chłopcy wrzeszczeli i popijali tęgo samogon, który w tajemniczy sposób wypłynął w koszarach. Panował niesamowity rozgardiasz, jakby nagle rozwiązano tę całą instytucję zwaną wojskiem.
   9 maja rano garnizon Modlina zebrał się na centralnym placu apelowym. Był ładny, bezchmurny dzień, ale wiał chłodny wiatr. Zastępca komendanta szkoły do spraw politycznych odczytał rozkaz naczelnego dowódcy Wojska Polskiego, marszałka Roli-Żymierskiego o zakończeniu wojny z Niemcami. Zdawałem sobie sprawę, że chwila jest historyczna. Mimo to nie mogłem jakoś w sobie wzbudzić odpowiedniego nastroju. Już od szeregu miesięcy przewidywaliśmy krach Trzeciej Rzeszy i koniec działań wojennych. Była to zatem znacznie mniejsza niespodzianka niż wybuch wojny 1 września 1939 roku. Poza tym od dawna przebywaliśmy w kraju wyzwolonym spod okupacji, nie przeżywaliśmy więc tego momentu tak silnie, jak ci, którzy do ostatnich dni żyli pod grozą śmierci - w obozach koncentracyjnych, czy na froncie. Wreszcie wojna trwała tak długo, iż drążąca nas przed laty niecierpliwość stępiała, przeszła niemal w przyzwyczajenie...
   Zresztą to ważne w skali świata wydarzenie nie wniosło do naszego życia żadnej zmiany. Zbliżała się promocja, poprzedzona wytężonym okresem powtórek, ostatnich ćwiczeń i wreszcie egzaminów. Dowódcy kompanii, dowódcy plutonów, wykładowcy - wszyscy wyciskali z nas siódme poty, abyśmy dobrze wypadli na egzaminach. W szkole wojskowej nie ma "drugoroczniaków", nie powtarza się kursu. Nie spotkałem się też z wypadkiem, aby ktoś otrzymał ogólny wynik niedostateczny. Jednakże w skład komisji egzaminacyjnej wchodzili oficerowie spoza szkoły, więc egzamin słuchaczy stanowił jednocześnie swego rodzaju sprawdzian kadry, stąd usilne starania o wysoki poziom.
Twierdza Modlin, stan przedwojenny.
   Dziwna rzecz, z tych przełomowych, pełnych zdenerwowania i napięcia chwil, nie utkwiło mi w pamięci prawie nic, z wyjątkiem egzaminu z techniki czołgowej, który zdałem zaledwie na trójkę. W każdym razie inne przedmioty musiały wypaść lepiej, skoro ostatecznie uzyskałem wynik ogólny dobry, dający awans do stopnia podporucznika.
   Kilka dni przed uroczystym dniem wyfasowałem nowy mundur z drelichu, płaszcz, czapkę polową, buty kirzowe (z cholewkami "tekstylnymi"), dwie koszule, dwie pary kalesonów, ręcznik, pas skórzany i torbę polową. Takie było w owym czasie całe wyposażenie młodego oficera - i w praktyce cały mój majątek, gdyż ubrania cywilne matka sprzedała, aby mieć w Białymstoku na życie.
   Nadszedł 25 maja, dzień pasowania na oficerów sporej gromady około siedmiuset podchorążych skróconego kursu Oficerskiej Szkoły Broni Pancernej. Jak zwykle w takich nerwowych dniach, wyprowadzono nas na plac apelowy o wiele za wcześnie, ale tym razem nie odczuwaliśmy zniecierpliwienia, chłonąc każdy szczegół niecodziennego widowiska, w którym graliśmy główną rolę. Na uroczystości promocyjne przybył marszałek Żymierski w towarzystwie premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego oraz mnóstwa generałów i wyższych oficerów, wśród nich generała Mariana Spychalskiego. Zgromadziło się też wielu oficerów sowieckich, z ciekawością obserwujących nieznaną sobie ceremonię. 

Promocji dokonuje marszałek Rola-Żymierski. Z lewej gen. Spychalski i premier Osóbka-Morawski, 25 maj 1945 r.
   Na placu apelowym ustawiono drewniane podium, do którego podchodziliśmy ósemkami i przyklękaliśmy na jedno kolano. Marszałek Żymierski dotykał szablą ramienia podchorążego, wymawiając formułkę: "Mianuję was podporucznikiem  (chorążym) Wojska Polskiego". Mianowany wstawał i wymieniając uścisk dłoni z ministrem obrony, mówił: "Ku chwale ojczyzny, obywatelu Marszałku!" Po promocji ostatniego w ósemce wszyscy robili zwrot w lewo i maszerowali na koniec ustawionej na placu kolumny. Tu dopiero wybuch radości, wzajemne gratulacje i przypinanie sobie blaszanych gwiazdek do naramienników. Byliśmy oficerami! Aż uwierzyć trudno, że wreszcie mieliśmy to za sobą...
   Po promocji i defiladzie odbył się tradycyjny wspólny obiad żołnierski. Na rozległym trawniku ustawiono stoły i ławy, na których zasiedliśmy rzędami. Menu nie różniło się zasadniczo od codziennego - zupa, gulasz i ziemniaki, jakieś ciasto na deser. Dla spełnienia toastu każdy biesiadnik otrzymał "100 gramów" wódki, którą wlewano do dekli od menażek. Któż by w owych czasach dostarczył osiemset szklanek lub kieliszków!

Defilada świeżo promowanych oficerów i chorążych. W pierwszej ósemce drugi od lewej ppor. Jerzy Zabiełło.
   Rodziny i znajomi nie brali w tej uroczystości udziału. Komunikacja prawie nie istniała, zwłaszcza z dala od większych ośrodków miejskich. W wielu okolicach paraliżowały życie oddziały antysowieckiej partyzantki lub zwyczajni maruderzy. Zresztą, jak to bywa tuż po wojnie, wszyscy mieli inne sprawy na głowie, służby zawodowej w wojsku nie traktowano jako kariery życiowej, nie mówiąc już o tych wszystkich, którzy na wojsko "ludowe" patrzyli wrogo i nie chcieli mieć z nim nic wspólnego. Iluż takich było wśród rodzin promowanych dziś oficerów!
   Sami więc popiliśmy, zjedliśmy i spacerowaliśmy po pięknie zazielenionych alejach, co chwila zerkając na własne ramiona. Jakże byliśmy dumni z tych gwiazdek, symbolizujących naszą nową sytuację! W ciągu jednego dnia z najniższego szczebla wojskowej hierarchii wspięliśmy się do jednej trzeciej drabiny, mijając po drodze korpus podoficerów. Droga do buławy marszałkowskiej stała otworem...
   Chwilowo jednak w naszej sytuacji zmieniło się niewiele. Z wyjątkiem służby wartowniczej, wszystkie obowiązki pozostały, łącznie ze sprzątaniem, myciem podłóg, dyżurami w kompanii i czyszczeniem broni. Szef kompanii, przedwojenny podoficer, który aż do ostatniego dnia przed promocją dawał nam w kość, znajdując w tym  niewątpliwie złośliwą uciechę, po promocji był nieco zmieszany, ale nie tracił rezonu i komenderował nami jak dawniej, gdyż do chwili otrzymania przydziału do jednostek, podlegaliśmy dotychczasowym władzom. Musiał jednak nas tytułować zgodnie z nadanym stopniem. Wyglądało to dość zabawnie i wprowadzało nieco zamieszania, ponieważ niektórzy usiłowali odgrywać się na kompanijnym satrapie. Dowódcy plutonów nie mieli takich kłopotów, gdyż byli oficerami a my pozostaliśmy ich podwładnymi. Im jednak też trudno było się przestawić z dnia na dzień i nie wyrażali ochoty na traktowanie młodych ofoicerów jak kolegów.

27 maja 1945, świeżo upieczeni oficerowie (od lewej): ppor. Henryk Styś, ppor. Jerzy Iwasyna, ppor. Jerzy Zieliński, ppor. Jerzy Zabiełło, chor. Karol Pakulski.

   Trwało to krótko. W najbliższych dniach rozjechaliśmy się do pułków w różne strony kraju. Czekały nas nowe przeżycia, trudny początek pracy na samodzielnych stanowiskach, odpowiedzialność za ludzi i sprzęt, nowe obowiązki. Chcieliśmy wreszcie szeroko zaczerpnąć oddechu, wykazać się w działaniu i rozpocząć... życie osobiste.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz