środa, 30 marca 2016





(58) Żołnierskie życie w Jarocinie.

   W Jarocinie rozpoczęła się służba zbliżona do normalnej. Wraz z naszymi czołgami pułk liczył już komplet maszyn bojowych - dwadzieścia jeden, ustawionych w dużym pomieszczeniu garażowym. Kompanie rozlokowały się w koszarach, sztab w oddzielnym, piętrowym budynku. Funkcjonowała tu również stołówka żołnierska, sala odpraw, izba chorych, wartownia z aresztem, warsztaty naprawcze - słowem pełne wyposażenie, jakkolwiek niezupełnie przystosowane dla jednostki pancernej. 
Autor jako oficer dyżurny pułku, Jarocin 1945.
   Kilkaset metrów od koszar, w kierunku miasta, znajdowało się kasyno oficerskie, w którym jadaliśmy posiłki. Większość młodych oficerów zakwaterowano w położonym na przeciw koszar klasztorze. Był to budynek nowoczesny, ale bez urządzeń grzewczych. W zimie musieliśmy w pokojach - celach zainstalować żelazne piecyki a drzewo i węgiel podkradać w kuchni pułkowej. Umeblowanie stanowiły prymitywne leżanki, skrzypiące poniemieckie szafy i stoliki. Ubikacje w zimie były stale zamarznięte. Wodę do mycia przynosiliśmy z zewnątrz i grzaliśmy na piecykach. Mieliśmy, można powiedzieć, warunki zbliżone do polowych.
Hotel-restauracja Kasyno w Jarocinie, stan obecny (http://www.nocowanie.pl/noclegi/jarocin_3/hotele/57844/)

   Zaczęły się zajęcia w salach wykładowych, w terenie, w parku czołgowym i na placu koszarowym. Służba w pułku, służba w garnizonie, służba wartownicza... Z tą ostatnią kłopoty były największe, gdyż wielu żołnierzy posiadało buty tak zniszczone i dziurawe, że na dobrą sprawę nie nadawały się do noszenia. Trudno bosonogich wypędzać na wartę... Naciskaliśmy kwatermistrza, ale ten w odpowiedzi pokazywał pusty magazyn.
Autor z kolegami przed kasynem. Jarocin 1945.



   W gruncie rzeczy wszyscy byliśmy obdarci i brudni. Ten sam drelichowy mundur służył jako ćwiczebny, do wyjścia i do prac parkowych. Zimą otrzymaliśmy wreszcie pierwsze w naszej karierze mundury sukienne. Było to sukno poniemieckie, przefarbowane na kolor kawowy i trawiasto-zielony. Wyglądaliśmy w tych kolorkach dość osobliwie - ni to straż przemysłowa, ni to służba leśna. Ale mieliśmy wreszcie coś, co można nazwać ubiorem wyjściowym.
   Z butami natomiast trwał klops. Moje kirzowe nie nadawały się już do chodzenia, nakładałem więc jakieś gumiaki, używane przez hydraulików. Nie przeciekały i nie uciskały, lecz dalej niż do kasyna wstydziłem się w nich chodzić - nie wyglądały reprezentacyjnie. Dopiero pod koniec zimy wyfasowałem skórę i dałem do uszycia buty kroju "angielskiego", z wysokimi zapiętkami. Szykowne, choć trudne w zakładaniu i zdejmowaniu. Za ich uszycie musiałem zapłacić szewcowi całomiesięczne pobory.
   Należy podkreślić, że w dziedzinie umundurowania panował wówczas kompletny chaos. Każdy zamawiał u krawca fason munduru, jaki dyktowała mu własna fantazja: zapinany pod szyję i do krawata, kroju polskiego, angielskiego, francuskiego... Podobnie było z otokiem na garnizonówce - w zasadzie używano przedwojenny kolor pomarańczowy, ale niektórym wydawał się zbyt krzykliwy, więc umieszczali otok czarny, jak w sowieckich wojskach pancernych. Podobnie z gwiazdkami: haftowane, blaszane polskie, blaszane sowieckie a nawet własnego wyrobu, wycięte z puszek po konserwach. Większość nosiła orzełki przedwojenne (z tarczą u dołu), z koroną lub bez. Wielu jednak w dalszym ciągu paradowało z orłami "sieleckimi", przypinając je nawet do garnizonówek, co wyglądało dość pociesznie. Jeśli dodać do tego różnorodność obuwia, pasów, koalicyjek (zdarzały się nawet esesmańskie!) i rękawiczek, pstrokacizna była, jak nie przymierzając, w partyzantce. Nikt nie zwracał na to uwagi. W naczelnym dowództwie dopiero rozważano różne projekty i wciąż brakowało ostatecznej decyzji.

Przegląd stylów umundurowania. 2 kompania czołgów. Stoją od lewej: szer. Czerniak, plut. Zbierański, plut. Pluta, ppor. Walczuk, por. Solski, ppor. Zabiełło, ppor. Grodzicki, ppor. Matczak, ppor. Delor, ppor. Kołodyński. U dołu od lewej: st. strz. Witkowski, plut. Orłowski, strz. Zając, sierż. Gabruk, plut. Klejszta. Plac koszarowy, Jarocin, 1945.


Plac koszarowy obecnie 16 Jarocińskiego batalionu remontu lotnisk, stan obecny (http://16brl.wp.mil.pl/pl/1/11.html).
   Nasza czwarta kompania, wcielona do 4 pułku, trzymała się razem i była traktowana trochę jak obca. Pułkiem dowodził wówczas pułkownik Mikołaj Janczelenko, znany z walk o Kołobrzeg, oficer sowiecki o surowym wyrazie twarzy i bezceremonialnych manierach. Gdy coś nie wychodziło w służbie, potrafił nie przebierać w słowach, czego sam doświadczyłem na sobie.  Poza tym jednak był to człowiek sprawiedliwy i obdzielał zarówno pochwałami jak i karami, zgodnie z zasługą. Nosił zazwyczaj polski mundur polowy i sowiecką furażerkę, na uroczyste okazje wkładał rogatywkę - garnizonówkę z czarnym otokiem, noszoną na sposób rosyjski, równo nad czołem i nasuniętą na oczy. Jak wspomniałem, nie był zły, musiał jednak twardą ręką trzymać towarzystwo, którego co najmniej połowa miała dość służby, wojny i koszar, czekała niecierpliwie na demobilizację, a w oczekiwaniu na nią wszelkimi sposobami okazywała, iż ma wszystko w nosie. Tylko obawa przed nadal działającym i ferującym surowe wyroki sądem wojennym, powstrzymywała najbardziej krewkich hultajów przed poważniejszymi ekscesami. Dowodzenie pułkiem i kompaniami wymagało łączenia siły autorytetu, a niekiedy nawet brutalności, z pewnego rodzaju dyplomacją, w warunkach, gdy areszt nie stanowił żadnej kary (szeregowcy i podoficerowie woleli iść do mamra, bo to zwalniało od zajęć i służby wartowniczej) a nagany przyjmowano z uśmieszkiem lekceważenia. Nie skutkowało też wstrzymywanie przepustek do miasta, bowiem jedni nie mieli rzeczywiście w czym wychodzić poza rejon koszar, inni, nie zważając na zakazy, wymykali się przez różne dziury w płocie. Sytuację poprawiło dopiero stopniowe zwalnianie do cywila weteranów i przybycie pierwszego pokojowego poboru. Nastąpiło to wiosną 1946 roku.

   W listopadzie 1945 kompania nasza uzyskała w pułku pewien rozgłos i uznanie. Stało się to po ćwiczeniach w strzelaniu z karabinu maszynowego, które odbyło się na podmokłych łąkach za miastem. Z każdej kompanii wyznaczono po jednym czołgu, który wyruszył na strzelnicę. Z początku wszystko przebiegało normalnie. Pod wieczór jednak ziemia pod ciężarem pięćdziesięciotonowych kolosów rozmiękła i maszyny poczęły grzęznąć. Najgorsza sytuacja nastąpiła na odcinku naszej kompanii, gdyż obejmował on teren najbardziej bagienny. Pod koniec strzelania czołg pogrążył się w błocie do połowy kół. Gdy usiłowaliśmy ruszyć z miejsca, nadbiegł Janczelenko i zaczął dyrygować wyciąganiem maszyny, ale robił to tak nerwowo, że zdezorientowany kierowca ugrzązł jeszcze bardziej. Dowódca pułku machnął więc ręką, kazał nam dawać sobie radę samym i odjechał. Inne kompanie nie miały takich trudności i szybko powróciły do koszar. Nasza czwarta kompania - kilkanaście osób, pozostała sama. Czołg tkwił po osie w błocie i sprawa wydawała się beznadziejna. Zapadła noc, ciemność rozjaśniały tylko reflektory maszyny. Postanowiliśmy ułożyć przed nią drewniany pomost, po którym mogłaby przejechać na twardy grunt. Po drewno musieliśmy biegać do lasu około kilometra. Był to piekielny wyścig z czasem, gdyż czołg pogrążał się coraz bardziej. Mimo dotkliwego zimna nasze koszule szybko namokły, a za nimi mundury. Zasapani, głodni i śmiertelnie zmęczeni dopięliśmy jednak swego - przód czołgu wreszcie drgnął i z wysiłkiem wtoczył się na pierwszą belkę. Wydaliśmy okrzyk radości i ulgi. Minęło jeszcze pól godziny a pięćdziesiąt ton żelastwa z rozpaczliwym chrzęstem wgramoliło się w całości na pomost. Teraz zaczęliśmy na wyścigi wybierać z bagna tylne belki i biegiem układać je przed wolno sunącym czołgiem. Od twardego gruntu dzieliło go około dwustu metrów, które przejechał w ciągu trzech kwadransów. Wreszcie zmordowani do ostateczności, obsiedliśmy wieżę jak muchy. Potępieńczy zgrzyt gąsienic na szosie brzmiał najpiękniejszą muzyką. W koszarach bez kolacji padliśmy nieżywi na łóżka. Na drugi dzień było mnóstwo roboty z oczyszczaniem maszyny, szczególnie gąsienic, ale dowództwo spojrzało na drugą kompanię całkiem innym okiem. Wielokrotnie wyrażano podziw i uznanie dla naszego uporu i wytrwałości. Odnosiło się wrażenie, że zdaliśmy jakiś egzamin: podnieśliśmy z bagna czołg, nie zostawiliśmy broni na pastwę losu. To się w wojsku liczy. W następnych miesiącach wielu oficerów kompanii powołano na różne stanowiska dowódcze w pułku, co świadczyło, iż o wartości jej kadry wyrobiono sobie wysokie pojęcie. Ja wkrótce po tych wypadkach zostałem mianowany dowódcą plutonu w mojej kompanii. Ponosiłem teraz odpowiedzialność za dwa ciężkie czołgi. W zasadzie przybyło mi niewiele obowiązków, gdyż nadal poza obręb koszar wyjeżdżał najwyżej jeden czołg z każdej kompanii.
   
   Nadszedł rok 1946 - pierwszy powojenny Sylwester. O północy wystrzeliliśmy, ile się dało, pocisków rewolwerowych i rakiet, po czym pomaszerowaliśmy do centrum miasta, do kawiarni, w której zabawa rozkręcała się w najlepsze. Miejscowi mieszczanie obrzucali ironicznym wzrokiem nasze kawowo - trawiaste mundury i kirzowe kabury do naganów, przypominających trochę kowbojskie colty. Mężczyźni w większości patrzyli krzywo, ale dziewczyny były innego zdania i niejedną jarociniankę wywieźli potem chłopcy - kresowiacy, gdy pułk przeniesiono do Elbląga. 
Rynek w Jarocinie, stan dzisiejszy (http://zabytki-jarocin.blogspot.com/2012/03/rynek.html)

   Rok zaczął się nieszczęśliwie. Jednego z pierwszych dni stycznia, wieczorem, wartownik przy bramie miał wypadek z bronią. W przewieszonej przez szyję pepeszy zerwał się pas, automat uderzył o ziemię. Nastąpił wystrzał, pocisk trafił żołnierza z dołu w brzuch, przeszedł przez cały tułów i utkwił w płucach. Stałem kilkanaście metrów od miejsca zdarzenia. Natychmiast przybiegła żona płk Janczelenki, lekarz pułku. Wszelka pomoc była jednak spóźniona - ranny zmarł tej samej nocy. Kilka miesięcy później wydarzył się następny incydent - żołnierz kompanii remontowej spawał blaszaną beczkę po benzynie. W pewnym momencie w beczce nastąpił wybuch gazu, skutkiem którego kawał blachy prawie całkowicie odciął mu głowę. Podczas wojny wypadki takie nie wywoływały większego wrażenia. Żyliśmy już jednak w okresie pokoju i każdą gwałtowną śmiercią interesowała się natychmiast prokuratura. Odpowiedzialność dowódców za życie podwładnych od czasu zakończenia działań wojennych niepomiernie wzrosła.
    W ogóle w owym czasie nie mogliśmy narzekać na brak wrażeń. Pewnego wieczoru ogłoszono w pułku alarm. Co tchu ruszyliśmy na plac apelowy. Okazało się, że przed chwilą znaleziono ciężko postrzelonego oficera finansowego, który właśnie przywiózł z Poznania pieniądze na wypłatę pułkowych poborów. Zeznał on, że gdy wrócił z torbą do mieszkania, do środka wdarł się jeden z młodych oficerów, ppor. Walczak, strzelił do niego, zrabował torbę z pieniędzmi i zbiegł. Natychmiast obstawiono wszystkie drogi i dworzec kolejowy, ale na próżno. Epilog tej sprawy rozegrał się kilka miesięcy później, gdy przebywałem na kursie w Modlinie. Walczaka dopadły władze bezpieczeństwa w Białostockiem, gdzie uczestniczył w działalności antysowieckiego podziemia. Sądzono go na terenie naszego pułku, podczas sesji wyjazdowej wojskowego sądu okręgowego. Otrzymał wyrok śmierci. Został rozstrzelany na cmentarzu w Jarocinie.
   Wcześniej, bo na wiosnę, odbyła się w pułku rozprawa sądowa przeciw kilku podoficerom, którzy po służbie przebierali się, zakładali na twarze maski i udając "ludzi z lasu" oraz grożąc bronią, rabowali mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek. Proceder uprawiali przez szereg miesięcy, zanim ich aresztowano. Otrzymali wyroki wieloletniego więzienia. Jak widać, różni ludzie, niekiedy z własnej nieprzymuszonej woli dbali o to, abyśmy w monotonii koszarowego życia miewali rozrywkę a ciche miasteczko Jarocin - trochę sensacji.

2 kompania 4 pułku wyjeżdża na ćwiczenia. Autor pierwszy z prawej.
Jarocin, 1945.
   W marcu w mojej sytuacji zaszła poważna zmiana: zostałem mianowany dowódcą drugiej kompanii, dowodzonej dotychczas przez podporucznika Rotensteina. Flegmatyczny Żyd, krawiec z zawodu, nie miał powołania do służby zawodowej w wojsku i żadnego autorytetu u podwładnych. Kompania uchodziła za najgorszą w pułku. Objąłem jej dowództwo na miesiąc przed wyjazdem na poligon. Niewiele miałem czasu, aby się do tego wydarzenia przygotować. Prowadziłem treningi strzeleckie bez złudzeń i marzyłem tylko o nocie dostatecznej.
   Do strzelań w Biedrusku odkomenderowano, jak zwykle, po jednym czołgu z każdej kompanii. Starałem się wybrać jak najlepszy, o stosunkowo najsprawniejszych mechanizmach działa i karabinu maszynowego. Na poligonie brakowało czasu - przybyliśmy po południu a następnego dnia rano miało się odbyć strzelanie z dział. Stan przyrządów celowniczych sprawdziłem osobiście. Wyglądało to w następujący sposób: po wyjęciu iglicy z zamka działa, u wylotu lufy naklejało się na krzyż dwie czarne nitki, następnie lufę kierowano  na jakiś odległy punkt - na przykład szczyt wieży kościelnej, starając się ustawić ostry wierzchołek wieży tkwił dokładnie w skrzyżowaniu nitek. Następnie przechodziło się do przyrządu celowniczego. Jego środek powinien wypadać dokładnie w tym samym miejscu, co środek lufy działa, to znaczy na wierzchołku wieży kościelnej. Ewentualne odchylenie likwidowało się przy pomocy pokrętła.

Poligon Biedrusko, 2010 (http://sq3mka.bikestats.pl/285440,Poligon-Biedrusko.html)
   W czasie tej operacji przypomniałem sobie rady, jakich udzielał nam w szkole sowiecki kapitan, doświadczony frontowy wyga. Mówił on: "gdy będziecie robić <wywierkę>, pamiętajcie, aby położenie lufy sprawdzić przez lornetkę, a nie gołym okiem. Przecież przyrząd celowniczy, to również rodzaj lunety; i lufa i celownik powinny być nastawione z jednakową dokładnością." O lornetce na ogół zapominano lub nie chciano sobie zadawać trudu, bądź wreszcie nie zdawano sobie sprawy, że jej zastosowanie pozwala na maksymalnie precyzyjne sprzężenie lufy z przyrządem celowniczym. Najpierw więc nastawiłem lufę gołym okiem, potem sprawdziłem przez lornetkę - była dość znaczna różnica. Po wykonaniu poprawki skontrolowałem przyrząd celowniczy i również stwierdziłem odchylenie, które skorygowałem zwykłym sposobem. W ten sposób uzyskałem maksymalną dokładność sprzężenia celownika z lufą działa. Opłaciło się to na drugi dzień. Strzelałem jako pierwszy. Pocisk rozerwał się przed tarczą. Wziąłem poprawkę, podnosząc lufę o centymetr i drugim pociskiem rozbiłem tarczę w drzazgi (strzelaliśmy na odległość 1,5 km). Następni po mnie, otrzymawszy dokładny instruktaż, trafiali najczęściej pierwszym pociskiem. Wkrótce musiano ustawić nową tarczę, tę również rozbiliśmy. Potem tarcz na naszym stanowisku zabrakło, były już tylko jakieś ich strzępy - i one dostały swoją porcję odłamków. Sukces był całkowity - wszyscy odstrzelali z oceną bardzo dobrą! Dowództwo pułku nie ukrywało zdumienia. Nasza kompania pobiła na głowę nie tylko wszystkie pododdziały czwartego pułku - wkrótce okazało się, że byliśmy najlepsi również w całym okręgu wojskowym. 9 maja, w czasie uroczystego apelu na placu koszarowym, odczytano rozkaz dowódcy okręgu, gen. Strażewskiego, zawierający pochwałę dla drugiej kompanii i osobiście dla mnie, jej dowódcy, za wzorowe strzelanie z dział i zajęcie pierwszego miejsca w okręgu. Było to wielkie wyróżnienie. Sądzę, iż przyczyniło się ono do otrzymanego przeze mnie wkrótce awansu na porucznika. Wraz z drugą gwiazdką poczułem się "starym" oficerem.
Autor wkrótce po otrzymaniu awansu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz