poniedziałek, 8 sierpnia 2016




(70) Koniec historii


   Jerzy Zabiełło pogodził się z chorobą. Jakiś czas pracował jako zastępca kierownika ośrodka szkolenia wywiadu, gdzie napisał kilka podręczników dla agentów wywiadu i ich przełożonych.



   18 września 1962 r. został przeniesiony w stan spoczynku. Pod decyzją podpisali się: Szef Głównego Zarządu Politycznego WP gen. W. Jaruzelski oraz Minister Obrony Narodowej, marsz. M. Spychalski. 5 stycznia mianowano go na stopień pułkownika. Nieco wcześniej rozpoczął studia zaoczne na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, na Wydziale Geografii. Brał udział w zjazdach na wózku inwalidzkim. 11 czerwca 1964 r. uzyskał tytuł magistra geografii.


Dyplom ukończenia studiów.

      Rozpoczął również pracę tłumacza literatury z języków włoskiego, francuskiego i niemieckiego. Przełożył m. in. znaną swego czasu publikację Charles'a Ailleret'a "Francuska <przygoda> atomowa."



   Współpracował jednocześnie z Akademią Sztabu Generalnego, dla której napisał podręcznik z geografii Francji i wiele innych prac. Otrzymał za to podziękowania.



    W styczniu 1971 r. zmarła Irena Zabiełło. Odeszła cicho, we śnie, w szpitalu na ul. Barskiej.
Ostatnie zdjęcie Ireny Zabiełło, lata sześćdziesiąte.
 Udając się do szpitala, w czasie słynnych wydarzeń grudniowych, powiedziała matce, że już nie wróci.... Wspominam ją jako ciepłą, serdeczną babcię, zawsze gotową do pomocy. Kiedy w ostatnich latach jej życia, wobec pogarszającego się stanu zdrowia, ojciec zadecydował, że przejmie od niej obowiązek przygotowywania obiadów, po raz pierwszy i jedyny za mojego życia popłakała się i odmówiła udziału we wspólnych posiłkach. Rodzice nie wiedzieli, co z tym fantem zrobić i w rezultacie zostałem wysłany do pokoju babci z misją dyplomatyczną, która zakończyła się, jakżeby inaczej, całkowitym sukcesem. Babcia wróciła, ale obiady robił już ojciec.
 
Jerzy, Maria, Tomasz Zabiełłowie, połowa lat siedemdziesiątych.
   Choroba stopniowo doprowadzała do osłabienia organizmu i  kolejnych powikłań. Śmierć nastąpiła 10 września 1982 r. w Warszawie. 26 października 1986 r. zmarła Maria Zabiełło. Oboje zostali pochowani na Cmentarzu Komunalnym (d.Wojskowym).

Pogrzeb Jerzego Zabiełło
   Nawet jednak po śmierci nie dane im było zaznać spokoju. Kilka lat temu okazało się bowiem, że grób umiejscowiono nad mogiłami pomordowanych ofiar reżimu stalinowskiego (tzw. "Łączce"). Twierdzenia niektórych zacietrzewionych publicystów, jakoby rodziny zmarłych świadomie chowały swoich bliskich nad grobami bohaterów walki antykomunistycznej świadczą albo o niekompetencji, albo o niekontrolowanej nienawiści. W rzeczywistości wszystkich formalności po śmierci ojca, a zapewne i w przypadku innych zmarłych, dokonywała powołana ad hoc komisja socjalna jednostki wojskowej, z której odszedł na rentę. A że w tym czasie wojsko miało więcej do powiedzenia, niż zwykle (prawie cała kwatera została zapełniona w czasie stanu wojennego), to miejsce załatwiono bez zbędnej zwłoki. Matka z kolei w 1980 wstąpiła do "Solidarności" i do końca była wierna jej ideałom. W 1982 r. nie ugięła się nawet przed groźbami mieszkającego pod nami sąsiada, wiceprezydenta Warszawy czasu stanu wojennego, któremu przeszkadzało zbyt głośne słuchanie przez nią Radia "Wolna Europa". Pan pułkownik narzekał, że zmuszony jest słuchać wrogiej, antypaństwowej audycji, ale żadne reperkusje z tego tytułu nie nastąpiły.

   Za kilka dni dojdzie do ekshumacji, szczątki rodziców zostaną przeniesione do nowego grobu. Niech spoczywają w spokoju.

Tomasz Zabiełło
8 sierpnia 2016 r.




(69) Pamiętnik Ludmiły - Gruzja 1962


   Pożegnalny dansing w hotelu i nazajutrz czas wolny na obejrzenie sklepów. Jeśli występują braki w zaopatrzeniu, to na pewno nie widać ich w Moskwie. Widzieliśmy tanie ciuchy z doskonałych materiałów, może mniej atrakcyjne w formie futerka w cenie od 100 rubli. Moc zabawek, zatrzęsienie wyrobów elektrycznych i bardzo uprzejma obsługa. Kupiliśmy tylko „Zorkę”, bo dotąd zdjęcia robiliśmy pożyczonym aparatem, Paweł twardo dusił ruble w kieszeniach i nie chciał słyszeć o żadnych zakupach. Pożegnaliśmy naszego sympatycznego Wołodię – „do zobaczenia 5-go sierpnia”, zostaliśmy przekazani na lotnisko Szeremietowo  załodze turbośmigłowca AN.
   Bractwo nasze zmęczone wrażeniami drzemało, a ja siedząc przy oknie miałam uczucie, że stoimy, zawieszeni wysoko w przestrzeni. Podczas poprzedniego lotu również byłam przy oknie i zaczęłam w przeróżnych kłębowiskach chmur nad nami upatrywać baśniowe postacie, siedziby smoków, zamczyska. Lecąc nad chmurami widziałam ten świat zaczarowany pod sobą, a lazur nieba był tak mocny, że musiałam ubrać przeciwsłoneczne okulary, aby móc patrzeć. Teraz miałam gwiazdy pod nami i nad nami – światła miast, Zagłębia Donieckiego, a nad pułapem chmur silny blask podniebnych gwiazd. Nagle jakby czarodziej odrzucił swą gwiaździsto-granatową pelerynę i odsłonił skrzącą złotem szatę. Złoty blask musnął horyzont, brunatne rysy skał ożywił i zatańczył wkoło ukazując chabrową nieskończoną dal zamkniętą klamrą zielonych palm, eukaliptusów, białymi wstęgami serpentyn nad piekielnymi przepaściami nadmorskiej promenady. Oniemiała z wrażenia prawie wstrzymałam oddech, jakby w obawie, że zbudzę się ze snu. Ale nie, zniżaliśmy się do lądowania. Pod nami lotnisko odrzutowe w Adlerze na Kaukazie. Wysiadamy. Sceneria bajeczna, temperatura o 20 o wyższa niż w Moskwie, ale powietrze cudowne, z lubością dające się wciągać. Z samolotu przesiadamy się do autokaru, mamy przed sobą około 160 km jazdy wzdłuż wybrzeża, cudownie błękitnego Morza Czarnego przez Soczi, Chostę, Gagrę, Tagrę, Picundę, Nowy Afon do Suchumi.
    Większości oczarowanie zatykało oddech, krzyki rozlegały się na ostrych zakrętach, pani „artylerzystowa”  mdlała i spazmowała tak, że  walczyłam z pokusą wyrzucenia babska z autokaru. Ja się upajałam smakiem jazdy. Kierowcy tych małych odkrytych autobusików mknących nad przepaściami, to nie kierowcy, to nie kierowcy, tylko wirtuozi! Nasza apteczka bardzo się przydała. Pułkownik z Łodzi (artylerzysta) faszerował żonę aviomarinem, bromem i dokończyła jazdę ze szczelnie nakrytą twarzą, na śpiąco. Wtedy i mąż łyknął brom, a nawet młoda żona kapitana z Gdyni Krysia Czarnecka trzymała się za głowę, a Zosia Śliwińska za serce, ale dowcipkowały, więc nie wiadomo, czy rzeczywiście miały stracha. Paweł westchnął:
- Ja tu zdechnę w takim upale.
A ja wcale nie czułam upału, był przewiew orzeźwiający, pachnący jakby migdałami i byłam jak w cudownym letargu. Nie mamy przecież na co dzień takich plenerów. Czy można pozostać na nie obojętnym? Jak pięknie jest tam, gdzie króluje słońce!
Wysiadamy już w mieście. Nie wytrzymuję, daję znak, że pragnę wysiąść. Inni także. Nasze bagaże jadą do sanatorium, my jak stado zajmując całą szerokość chodnika idziemy gapiąc się na wszystkie strony. Wtem mija nas z trudnością wysoki Gruzin mrucząc, ze chodnik jest dla wszystkich. Mitygujemy się i formujemy parami. Wraca „nasz” Gruzin. Kłania się, kryguje, przeprasza, ze on „takoj gruboj, takoj niekulturnyj”, ze mu sąsiad zwrócił uwagę, że obraził cudzoziemców. My tłumaczymy, że wcale się nie gniewamy, że on miał rację, ale on ściska nam ręce i mówi, że  nam nie wierzy i musimy przyjąć jego gościnę na znak naszego przebaczenia. Patrzymy pytająco na szefa naszej wycieczki gen. Śliwińskiego, kiwa głową – idziemy. Uszczęśliwiony gospodarz prowadzi do pobliskiego domu, gdzie pod bananowcem wyleguje się młody człowiek. Wchodzimy do obszernego pokoju z zasłoniętymi adamaszkowymi storami oknami. Dookoła miękkie sofy, stołu brak. Zjawia się tęga gospodyni z ukłonami, uśmiechnięta z ukontentowania:
- Co za szczęśliwy dzień – mówi – z dalekiego wschodu dziś na urlop przyjechała córka – lekarka i syn – inżynier z Kamczatki, a tu jeszcze zagraniczni goście.
   Wnoszą stół, zastawiają dzbanami wina, ½ litrowymi kuflami, plackowatym chlebem z niesamowicie białej mąki, winogrona, pomarańcze, kiszone ogórki, żółte sery. Gospodyni znika, gospodarz wznosi toast na nasze zdrowie. Ja nie mogę opanować pragnienia i drewnianym widelcem zabieram ogórka i z rozmachem pakuję go do ust, których już nie mogę zamknąć – tak się musiał czuć smok po wypiciu smoły gorącej… ogórek jest jak ogień, piecze mnie całe podniebienie, przełyk, język, płaczę gęstymi łzami, tchu nie mogę chwycić, ślina mi cieknie po brodzie, piekło w gębie. Twarze moich rodaków radośnie drgają ze śmiechu, wiem, co myślą – rewanż za chińskie przyjęcie. Przytomnym ruchem porywam swój kufel z półlitrową jego zawartością gasząc straszliwy pożar. No, mogę się już odezwać. Z załzawionym okiem przepraszam gospodarza za incydent, on wznosi rozpoczęty toast, który wypijam duszkiem. Już mi dobrze. Od gospodarza dowiaduję się, że oni kiszą ogórki z ostrym pieprzem w strąkach i takąż papryką. Proszę, aby przyszła gospodyni. Słyszę odpowiedź, że niewiasty nie zasiadają do stołu, tylko obsługują.  Upieram się, żeby choć toast z nami wychyliła i znowu słyszę odpowiedź:  
- U nas niewiasty nie piją wina.
Huragan śmiechu moich rodaków. 
- O Boże, a ja wypiłam dwa kufle – wstałam przerażona.
   Gospodarz rozpromieniony mi odpowiada, że wielkim dla niego zaszczytem jest, że wino z jego winnicy tak mi smakuje. Smutnieję, wcale mi nie smakuje, jest cierpko – kwaśne, a ja lubię słodkie, ale czym miałam ugasić ten okrutny pożar w ustach?
   Zjawia się syn inżynier, piękny chłopak, piją jeszcze wszyscy, ja kapituluję, już się dostatecznie skompromitowałam. Uściskani przez gościnnych tubylców, zaproszeni do częstych odwiedzin, idziemy. prowadzeni przez nich do sanatorium. Nasze bagaże zastaliśmy już w przydzielonych nam domkach, które malowniczo ukrywały się wśród zieleni. Śliwińscy, Czarneccy, pułkownikostwo z Łodzi (nie pamiętam nazwiska) i my dostaliśmy po dwa pokoje z werandą, apartamenty w dwóch sąsiednich domkach kapitanostwo (też nie pamiętam nazwiska) 1 pokój bez werandy (demokracja?).
W parku sanatoryjnym rosła tropikalna roślinność i niezwykłej piękności kwiaty, przez cały rok kwitnące oleandry, olbrzymie kwiaty magnolii o niespotykanych u nas kolorach, kilka gatunków palm, cytrusów. Kwitnące drzewa, owoce „laurowej wiszni”  (liście bobkowe) skubałam jako bardzo smaczne, choć ostrzegano, że wiśnie trują (ja sobie myślałam, że jeśli liście nie są trujące, to dlaczego owoce mają być toksyczne?). Bananowce mnie rozczarowały, myślałam, że wyżej rosną. W sąsiednich domkach mieszkali Niemcy, Czesi, Węgrzy. Rosjanie zajmowali blok sanatoryjny. W parku było kino, sala teatralna, kiosk i piękna jadalnia, tuż przy nadmorskiej promenadzie. Krótka droga z domku do jadalni obrazowała roślinność Gruzji.

Autorka w Gruzji, 1962 r.
   W jadalni połączono nas z grupą Niemców, Czechów i Węgrów. Co za zestawienie? Każdy z nas znał mniej więcej rosyjski. Niemcy ani w ząb, więc trzymali się nas kurczowo, bo również znaliśmy każdy po trochu język niemiecki. Wszędzie za nami dreptali. Najwięcej śmiechu było przy zamawianiu posiłków z dnia na dzień. Gruba książka – menu - napisana w języku gruzińskim i rosyjskim. My zawsze coś dla siebie znaleźliśmy po myśli, coraz bardziej orientując się w nazwach egzotycznych potraw, ale Niemcy typowali jak w totolotka, aby następnie znaleźć niemiłe sobie smaki, ogromną ilość alkoholu, która dla gości zagranicznych podawana była bez ograniczeń. Wciąż byli na rauszu. Ja po kilku dniach eksperymentów ustaliłam sobie menu do końca pobytu: Zupa „okroszka” lub „fruktowyj Sup”.  Okroszka to wspaniała zupa na kwasie chlebowym z krojonymi w kostkę kawałeczkami szynki (chudej), cielęciny, drobiu i dziczyzny. Fruktowyj Sup to sok z winogron z krojonymi owocami: brzoskwinie, banany, pomarańcze, mandarynki, jabłka, gruszki. Na drugie de'volai lub pieczona cielęcina z czosnkiem i cebulą. Ponieważ do wszystkich czterech posiłków w ciągu dnia podawano moc przystawek rybnych, mięsnych, jarzynowych i owocowych, ja już nimi byłam nasycona. Owocowe soki uzupełniały mój jadłospis, lody w lodówce w apartamentach zostawały uzupełniane na bieżąco. Brak było tylko czarownicy, królewicza i sierotki. Codziennie po kolacji na promenadzie odbywały się tańce przy orkiestrze. Co kilka tańców tańczono krakowiaka z różnymi figurami. Tańczyli go wszyscy z wyjątkiem Polaków, nie umieliśmy, a wstyd! O 23-ciej był lekki posiłek, z którego raczej nie korzystaliśmy, ale Niemcy i Czesi zawsze. Codziennie po obiedzie lub przed obiadem autobusiki  woziły nas na wszystkie strony, aby poznać okolice.  Nie opuściłam żadnej wycieczki z wyjątkiem kołchozu z plantacjami tytoniu, herbaty i bawełny, ale nie mogłam, bo skręciłam nogę i „wracz” zlecił mi 3-dniowe leczenie, podczas którego okładano mi ją lodem i przynoszono wręcz królewskie posiłki i prawie karmiono. Na trzeci dzień nie wytrzymałam i poprosiłam o wózek i pojechałam nim na plażę, skąd mnie po schodkach przenieśli usłużni mężczyźni z męskiej plaży. Jedynie plaża dla zagranicznych była koedukacyjna.Po jednej stronie naszej plaży znajdowała się męska, po drugiej – damska, my byliśmy więc pasem bezpieczeństwa, ale heca!
Plaża w Gruzji

Plaża pozbawiona piasku, jedynie złożona z drobnych, barwnych kamyków. Prycze drewniane umożliwiały leżenie w cieniu, bo megafony między jedną a drugą piosenką zakazywały opalania się w bezruchu. Każdy komunikat poprzedzało groźne: „nie wierzcie Czarnemu Morzu, nie wypływajcie za daleko, nie wierzcie czarnomorskiemu słońcu, bo niewinnie powoduje oparzenia! Mimo ostrzeżeń my wypływaliśmy daleko, aż na rafy. Nikt nie miał odwagi zwrócić nam uwagi. Paweł z lenistwa mi nie towarzyszył, tylko najmłodszy kapitan dotrzymywał mi kroku. Woda była ciepła, wspaniale jednak orzeźwiająca, kąpałam się więc i w dzień i w nocy, między jednym tańcem, a drugim, co było dla mnie jedną z największych radości na przestrzeni całego życia. Nawet wspomnienie odradza mnie. Paweł wiele tracił nie korzystając ze wszystkich „ekskursji”, leżał w zacienionym pokoju i jęczał, że mu gorąco. Chciał mnie również zatrzymywać, ale Śliwiński orzekł, że mu zastępca koniecznie potrzebny, co było wierutnym naciąganiem, bo była to funkcja raczej prestiżowa. Poczciwy Janusz!

Prawda o Gruzji
Był to ongiś bagnisty, malaryczny kraj, do którego spędzano na katorgę, gdy pewien uczony sprowadził z tropiku eukaliptusy (jak nasze wierzby). To drzewo pochłania na dobę tyle wiader wody, ile liczy lat. Z biegiem czasu eukaliptusy wysuszyły ziemię, która stała się cudownie życiodajną krainą.
Legendy o Gruzji
Pan Bóg stworzył świat i ludzie przybywali doń po ziemię. Weseli Gruzini uprawiając kawałek ziemi pracowali i weselili się przy winie, zapominając o zgłoszeniu się do Pana Boga. Przestraszeni i skruszeni przynieśli dzbany pełne wina, owoców winogron i cytrusowych i na klęczkach prosili Boga o przebaczenie. Bóg, który już rozdał całą ziemię, wzruszony darami, które tylko oni mu przynieśli, oddał im ziemię, którą przeznaczyła raj.
Zanim usłyszałam tę legendę myślałam o niej tak samo. Jedynym „wężem w raju” były owadożerne rośliny, które zwijając się pod wpływem dotknięcia cudnego, bajecznego motyla lub ważki krwiożerczo zaduszały je w swym uścisku. Ten sam ruch wykonywały, gdy podstawialiśmy kije. Brr!

„Kto oziera Rica nie widieł, etot Kaukaza nie znał.” Ostrzeżono nas, że droga do Ricy jest znacznie bardziej karkołomna, niż przebyliśmy z Adlera. Zrezygnowali: 2 pary niemieckie i Helena z mężem. We wstępnej części malowniczej drogi, przerywanej wspaniałymi mostami, przerzuconymi między przepaściami z cudownie błękitnymi rzekami, mijały nas rozśpiewane autobusiki. My usiłowaliśmy dopasować się do wydobywających się, jak z pustej beczki, głosów Niemców, ale tylko dwie piosenki z trudem weszły do repertuaru „O du liben Augustin” i … kolęda „Heilige Nacht”. Im bliżej jeziora, tym anemiczniej brzmiały nasze głosy. Niemki przeraźliwie piszczały ze strachu. W szalonym pędzie nasz minibus mijał zakręty nad piekielnie stromymi przepaściami o romantycznych nazwach „Łzy kobiety” lub „Warkocze dziewczyny”, a zamiast w dół jechaliśmy coraz wyżej i wyżej. Wszystkie mijane stawy, rzeki, strumienie miały ciemną, chabrową toń. Przystanęliśmy, nabrałam wodę w obie dłonie, czysta, ale nie niebieska. To podkład skalny, srebrno –biało -błękitna opoka zabarwiała tak wodę. Temperatura już po dwudziestu kilometrach zaczęła spadać z 380C do 280C.  W połowie drogi nasz opiekun sanatoryjny płk. dr Łubachin
zaproponował postój, bo przejeżdżaliśmy przed zaczepionym o przepaść na skrajnym cyplu domek noclegowy z restauracją. Podał przy bufecie jakieś talony i za chwilę przed każdym z nas znalazła się butelka wina, widelec i deserowy talerzyk. Podano każdemu ogromny rożen z nanizanymi pierścieniami gorących szaszłyków z cebulą i słoniną. Apetyczny zapach skusił wszystkich, ale jak zdjąć smakowite krążki  z tego pogrzebacza długości ponad 90 cm? Położyłam ostry koniec jego  na śliskim, małym talerzyku i widelcem usiłowałam zsunąć szaszłyk. Szpikulec rozbił talerzyk, ale szaszłyk ani drgnął. Gdy dostałam nowe nakrycie, już ostrożniej postawiłam „pogrzebacz”, ale strącany szaszłyk poleciał łukiem między talerze współbiesiadników. W międzyczasie kilka szaszłyków ozdobiło moją śnieżnobiałą sukienkę tłustymi plamami. Było to dzieło przyjaciół, którzy mieli analogiczne problemy z szaszłykami. Gdy jeden smakowity kąsek przeleciał mi nad głową, lądując na talerzyku jednego z siedzących tam mężczyzn, podszedł do mnie smagły młodzieniec podając mi go na talerzu. Śmiechu było co niemiara. Sąsiedzi okazali się pracownikami telewizji tbiliskiej. Pomogli nam z tymi szpikulcami i posmakowaliśmy doskonałych szaszłyków przy kurtuazyjnych wzajemnych toastach. Słysząc, że jesteśmy Polakami (Niemców ignorowano kompletnie) zamówili się u nas na przeprowadzenie wywiadów dla TV z okazji 22-go Lipca. Po pożegnaniu ich dr Łubachin uprzedził, że przejazd będzie jeszcze bardziej emocjonalny, nie tyle w stronę jeziora, lecz powrotny. Odpadły 2 pary niemieckie, my pojechaliśmy dalej.  „Ozera Rica” okalają szczyty przez cały rok ośnieżone, w dolnej swej części pokryte soczystą zielenią, to odbija się jak w lustrze w chabrowej toni przy olśniewającym blasku słońca, cudownie! Temperatura ok. 22 metrowej głębi ok. 30C, powietrza 240C. Po tej informacji większość naszych i niedobitki Niemców obsiadły restauracyjne stoliki i na wodolot wsiedliśmy tylko w grupie 5-osobowej (resztę stanowili obcy): Śliwińscy, Czarnieccy i ja. Kilkakrotny ślizg dokoła jeziora dostarczył emocji i zapalił do hazardowych wyścigów z wiatrem. Każdy nas coś zgubił: szalik, chusteczkę do nosa, apaszkę, a Czarniecka parasolkę, którą się usiłowała bronić przed podmuchem. Było wspaniale! Powrót nastąpił zgodnie z zapowiedzianymi emocjami, ale zakończył się szczęśliwie. My nie skalaliśmy się okazywaniem strachu, a kierowca w naszych oczach urósł do potęgi olimpijskich bogów.  Nazajutrz zwołano nas na odprawę. Zapowiedziano, że jedziemy na plantacje najbogatszego kołchozu, gdzie jeszcze panują feudalne stosunki. Już w Moskwie nas pouczono nas, że w Gruzji nie powinno się chodzić po ulicy w zbyt dużych dekoltach, nie w spodniach (dot. Kobiet – Zosia ten zakaz często łamała), nie wolno z nimi rozmawiać będąc w słonecznych okularach i jeszcze kilka drobiazgów. Teraz wzbogacono nas o nową wiedzę gruzińskich obyczajów: pierwszym dowodem przyjaźni jest ucałowanie ust, drugim etapem – pocałunek w oczy, trzecim – ofiarowanie na noc żony. Oczywiście nikt tego nie potraktował poważnie. Ostrzegano również przed nadużyciem alkoholu, bo pod jego wpływem Gruzini mogliby zrobić krzywdę Niemcom, pomni masakry, jaką hitlerowcy zniszczyli masę ich rodaków. Ja zostałam w łóżku ze skręconą nogą, mając przed nosem radio i telewizor, reszta nas, z kompletem przedstawicieli demokratycznej armii niemieckiej, wyruszyła po śniadaniu, o 7-mej rano, mając wrócić na godzinę 20-stą. Minęła 21-sza, 22-ga, 23-cia i nie wrócili. Dyżurny lekarz wciąż do mnie przychodził, aby pocieszyć, że pewnie samochód się zepsuł, ale otuchy nie łaknęłam, bo wcale nie miałam złych przeczuć. O 4-tej rano zbudziły mnie jakieś hałasy: kogoś wnoszono na noszach z mikrobusu, ale przy świetle latarni nie widziałam z okien zbyt dokładnie.  Po kierunku idących domyśliłam się, że niosą Niemców – czyżby ich rzeczywiście pozabijali? Po dłuższej chwili usłyszałam zduszone głosy i Czarniccy otworzyli swoją część domku, do pokoju obok ciężko wtoczył się Paweł. Usnęłam jeszcze.  Słońce mi natarło policzki i musiałam się obudzić, zapomniałam zasłonić storę, gdy w nocy wyglądałam przez okno. Przy pomocy laski pokuśtykałam obejrzeć Pawła. Leżał na tapczanie w obłoconych butach, tak samo brudnych spodniach i podartej koszuli, która miała tylko jeden rękaw. Co tam się wydarzyło? Spał mocno i nie miałam wątpliwości, że pod wpływem końskiej dawki alkoholu. O wszystkim dowiedziałam się od Krysi Czarnieckiej. Kołchoz był bardzo bogaty, stało moc samochodów osobowych. Gościnnie witali, zostali oprowadzeni po plantacjach tytoniu, herbaty, bananów, pomarańcz, mandarynek, cytryn, granatów i oliwek. Każdy zastał obdarowany workiem plonów z wymienionych plantacji. Po obiedzie obejrzeli pola dorodnej pszenicy, kukurydzy i słoneczników i braterski nastrój panował do kolacji, przy której na suto zastawionych stołach pojawiły się całe skrzynki alkoholu: wódki, wina, koniaki i szampan. Nastąpiły pocałunki w usta, czoło, zaczęto tańczyć. W jednej części sali podpici Niemcy zaczęli śpiewać (wyobrażam sobie, co się stało z słuchem muzykalnych Gruzinów), w drugim Śliwiński i Czarniecki zaczęli się wyrywać z objęć dorodnych kołchoźnic szukając żon. Bohaterski Paweł oderwany od alkoholu zaczął biegać dookoła budynków, gdy usłyszał wołanie Zosi, która uciekła z objęć krewkiego Gruzina. Porwał Zosię za rękę i zaczęli uciekać w pole. Zosia zgubiła buty i boso ukryła się w zbożu. Pawła dopadli gospodarze i wyzywali od „przeklętych hitlerowców”. Zaczęli walić gdzie popadło (Paweł blondyn jak tamci Niemcy). Zanim ich opamiętał soczystymi rosyjskimi przekleństwami, których nie opanowałby żaden na świecie Niemiec, miał już podartą odzież i lekko sfatygowane oblicze. Gdy już w zgodzie wracali do biesiadnej sali leżeli wszyscy Niemcy na ławach i stołach, nie pobici, nie tknięci, ale kompletnie pijani! Gdy co trzeźwiejsi nasi wytłumaczyli gościnnym gospodarzom, że u nas nie ma zwyczaju wymiany żon w ramach gościnności, ci zabrali latarnie i gremialnie ruszyli na poszukiwanie zaginionej Zosi i Krysi. Zostały znalezione daleko w polu w różnych miejscach, a morowa, dzielna Zosia dostała chyba pierwszy i ostatni raz w życiu histerycznego ataku płaczu i śmiechu, Krysia tylko się zaziębiła. Obie wróciły bez butów i przez jeden dzień nie opuszczały swych apartamentów. Niemców nie widzieliśmy aż 3 dni. Podobno w siatkach (jak ryby) byli poddawani kuracyjnym kąpielom morskim, ale ja tego nie widziałam.
   Gdy się już spotkaliśmy przy wspólnych posiłkach, Niemcy się zaklinali, że już nigdy nie wezmą do ust ani kropli alkoholu, ale wiem na pewno, że słowa nie dotrzymali.
   Warto mi jeszcze wspomnieć o niezapomnianym dniu przyjaźni, który na 22-go lipca urządzono. Już na śniadaniu, przed naszymi nakryciami leżały wiązanki kwiatów. Wraz ze śniadaniem zjawiła się cała obsługa z jadalni z życzeniami. Później byliśmy ściskani przez różnych ludzi, których na zamkniętym sanatoryjnym terenie było około siedmiuset. Po obiedzie sam komendant sanatorium złożył nam życzenia i zaprosił na uroczystość po kolacji. Była telewizja z Tibilisi, wywiady z nami w gazecie zabrał mi Paweł, bo podobały mi się zamieszczone tam zdjęcia całej naszej 10-osobowej grupy. Na sali widowiskowej wisiał afisz zwiastujący uroczystość obchodzoną z okazji święta narodowego „polskich braci” i na końcu dopisek, że obowiązują stroje wieczorowe. Ubraliśmy się zgodnie z życzeniami i na sali wypełnionej szczelnie około tysięcznym tłumem, zostaliśmy zaproszeni do prezydium. W temperaturze na pewno powyżej 30 0C, ubrana w dopasowaną sukienkę ze srebrno – czarnej lamy z miejsca przylepiłam się do krzesła, skąd odlepiono mnie prosząc do tańca, dopiero po części oficjalnej, trwającej ok. 3 godziny. Był hymn polski, przemówienia, życzenia, występ gruzińskiego zespołu tańczącego i śpiewającego polskie tańce i piosenki, było moc serdeczności. Paweł w pełnej gali, jak wszyscy na sali mężczyźni, topił się i dusił (mimo klimatyzacji). Gdy ok. 4-tej rano byliśmy w domu Paweł jak bela padł na łóżko i zasnął. Mnie zaciął się zamek błyskawiczny na plecach i musiałam również spać w wieczorowej toalecie do późnego ranka, ale jedna kąpiel w cudownym, niezapomnianym morzu wróciła mi wigor i siły. Pawłowi nie, ale on dużo pił. W dniu naszego wyjazdu do Moskwy serdecznie nas żegnano, Niemcy dosłownie płakali, bo nie nauczyli się języka i jeszcze przez tydzień pozostawali w Suchumi jak na bezludnej wyspie.
   Zosia także nie miała zdolności do języków. Gdy po pożegnaniu z Gruzinami, (u których tak się skompromitowałam tym ogórkiem) siedzieliśmy na ławeczce w oczekiwaniu na mikrobus, do Zosi podszedł chyba 100-letni, ale czerstwy starzec. Przypadł jej do kolan i płacząc mówił:
- Paniuńciu złota, ja już nie myślał, że przed śmiercią usłyszę swój język, niech was Bóg błogosławi, paniuńciu. 
Zosia uradowana krzyknęła:
- Janusz, ja już rozumiem po rosyjsku!
   Ryknęliśmy śmiechem i dopiero wtedy biedaczka uzmysłowiła sobie, że staruszek mówił po polsku. Obdarowaliśmy staruszka, Zosia zdjęła szyi srebrny łańcuszek z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej i założyła jemu. Padł przed nami na kolana i płakał, a my się bardzo wzruszyliśmy. Wyjechał z Polski w 1905 roku i już nie wrócił, ale dzieci, wnuki i prawnuki nauczył mówić po polsku.
   Odbyliśmy znowu wspaniałą podróż odkrytym samochodem z Suchumi do Adlera, ale zachwyt nad wspaniałym kolorytem nieba, zieleni, morza i gór przesłaniał smutek rozstania. Żegnaj słoneczna, gościnna, piękna, niezapomniana Gruzjo!
  Na lotnisku Bykowo powitał nas Wołodia.
- Stęskniłem się za wami – powiedział serdecznie. Jak się podobała Gruzja?
Wszyscy coś relacjonowali, tylko ja milczałam.
- A tobie się nie podobało – zwrócił się do mnie.
- Jestem tak oczarowana, że nie potrafię tego wyrazić. 
- Tak samo mówi moja żona.




(68) Pamiętnik Ludmiły - Chińska ambasada


   Osobnego omówienia wymaga skorzystanie przez nas z zaproszenia do Ambasady Chińskiej w Moskwie. Prawie wszyscy po raz pierwszy mieli okazję na gruncie towarzyskim przyjrzeć się Chińczykom. Trzeba mówić z patosem, aby ułatwić tłumaczowi pracę. Na odprawie wybraliśmy upominki i zostaliśmy pouczeni o bon-tonie chińskim. Między innymi etykieta nakazuje spożycie wszystkich podanych potraw. Przed Ambasadą szpaler chińskich dyplomatów po obu stronach schodów. Wysiadamy z autokaru z wrażeniem,  że schody obstawił rząd kolorowych pomników. Każdy z nas zostaje zamknięty w lepkim uścisku rzeźniczych grubych palców. Uśmiechy gospodarzy można wymierzyć linijką, tak są słodko dawkowane jednakowym grymasem, a ukryte na plecach ręce wzbudzają wrażenie, że są w nich trzymane sztylety.  Wchodzimy do ogromnej Sali z elipsowatym stołem. Zostajemy rozsadzeni: Polak, tłumacz, Chińczyk i tak dookoła. Za każdym krzesłem chiński kelner. Lewą ręką zabiera naczynia, prawą – podstawia wrzące potrawy w mosiężnych czarkach o zawartości mętnych pomyj. Zwróciłam się do naszego tłumacza vis a vis mnie: 
- Dostojni gospodarze raczą mi wybaczyć, ze będąc na ścisłej diecie nie mogę delektować się doskonałością smakową ich potraw, czego będę żałowała zawsze.
Gdyby spojrzenia zabijały byłabym zimnym trupem za sprawą mych ukochanych rodaków. Wygrałam „tę partię”, bo nikomu już po mnie nie wypadało tego powtórzyć. Usłyszałam odpowiedź dostojnych gospodarzy:
- Nasze niegodne usta pragną wyrazić szczere ubolewanie z powodu niesprawności organicznej, która odbiera radość życia i pragną wyrazić nadzieję, że są w posiadaniu potraw, którymi mogą uhonorować i ugościć drogiego nam gościa. Proszę wyrazić swoje życzenie.
- Wielkodusznym gospodarzom dzięki za życzliwość składając uniżenie, proszę o owoce, pomidory, ogórki i szampana, a wdzięczność moja zostanie dozgonna.
Tu wydaje mi się, że usłyszałam przekleństwo Pawła, a może mi się tylko przesłyszało? Moi rodacy zjedli po kilka czarek wrzątku o różnych barwach, zawiesistych i tłustych pomyj. Były to słynne rakowe, żółwiowe, z macicy ośmiornicy itp. Zupy, które gospodarze chciwie siorbali, a z kącików ust i po umoczonych wąsach spływały resztki. Po tych specjałach nastąpiła niezliczona ilość sałatek, przystawek w różnych odcieniach, wspaniale podanych. Mnie podano dorodne gruszki i jabłka, ale marzyłam o winogronach, brzoskwiniach, pomarańczach, bananach i zepsuta powodzeniem swojego wybiegu przekazałam swe życzenie sympatycznemu tłumaczowi patrząc prosząco wprost na Chińczyków. Natychmiast wyrósł przede mną stos południowych owoców i już wówczas byłam przekonana o rzetelnie morderczych myślach mych rodaków. Na stole stały bowiem tylko całe baterie trunków z całego świata, a potrawy podawali stojący za każdym krzesłem kelnerzy, których zręczne ruchy  przypominały popisy cyrkowych żonglerów. Na dobitek przez cały czas za ścianą grała orkiestra złożona z różnej tonacji dzwonków, która ostro wżerała się w bębenki uszne powodując łomotanie tętna w skroniach bez sekundy przerwy. Gdy wysadzane tym hałasem oczy szukały ulgi na ścianach, skakały do niż żółto-czerwone smoki na czarnym tle. Kompletny obłęd i oczopląs.
   Koszmarna uczta nie miała końca, nasi mieli tak udręczone miny i zatankowane brzuchy, że nie zostało śladu ze wstępnej grzeczności, panowała śmiertelna cisza, a tylko ja jedna czułam się lekka i kwiecistym gadaniem zaświadczałam, że nie jesteśmy delegacją głuchoniemych i nie zhańbiliśmy naszego kraju. Wreszcie któremuś z naszych nie udało się zdusić odgłosu czknięcia. Na ten dźwięk wypogodziły się miny gospodarzy i dali hasło do wstania od stołu i przejścia do sąsiedniej sali. Nasi ociężale, jak zaczadzeni, zwlekali się z krzeseł, ja zostałam porwana przez najgrubszego przez najgrubszego z gospodarzy pod łokieć i zaprowadzona do sali różnie upstrzonej złoto, czerwono-czarnymi malowidłami przedstawiającymi motyle i kwiaty. Dzwonki dalej świdrowały uszy, a tylko widok kilku stolików z tortami i trunkami bez oprawców – kelnerów rokował nadzieję, że moi bracia tę imprezę jednak przeżyją. Chińczycy zaprosili do tańca. Nasi nie mieli siły. Przyduszona do spoconego brzucha niższego o głowę, lecz za to grubszego o dwa obwody Chińczyka dusiłam się w odorze potu i lepkiego uścisku, a nasz taniec odbywał się na może półmetrowej powierzchni parkietu, mimo iż rozmiary sali były imponujące.  W sumie ta chińska makabra trwała już 7 godzin. Wreszcie nam ogłoszono, że przyjęcie zakończone i zostajemy odwiezieni na operę chińską do Teatru Wielkiego. Kto miał jeszcze siły, odetchnął z ulgą, ale nie wiedział naiwnie, czym to pachnie. Opera trwała od 22-giej do 6-tej rano. „Oglądaliśmy” ją leżąc na kozetkach, jak na ucztach za czasów Nerona. Dałam cudzysłów, bo część naszych drzemała śpiąc i pojękując z przejedzenia, czym zhańbili się już dokumentnie.
   Ja podczas antraktów posilałam się winogronami i byłam jedynym polskim konsumentem i jedynym rozmówcą. Chińczyk mnie zapytał, jak mi podoba się opera. Odpowiedziałam, że nie jestem melomanem i u nas opery składają się z arii, baletu, chóru i każdy akt oprawiony w inne dekoracje, dlatego nasze opery są bardziej przyswajalne dla laika, a tu w zasadzie są same arie przy jednych dekoracjach. Brzmi to bardzo potężnie (te przeklęte dzwonki brzmiały w uszach nam dźwięczały jeszcze przez 3 dni), ale ja się na tym nie znam. Usłyszałam w odpowiedzi, że polska opera nie ma tradycji nawet 100 lat, a chińska ponad tysiąc. Chwała Bogu, wszyscy przeżyli ten chiński akcent w naszej podróży, choć panowie mieli jeszcze jedną frajdę: chińską łaźnię. Śliwiński tak nam to opisał:
   - Dwóch grubych bandytów wzięło mnie na ręce, zdarli ze mnie odzież i zaczęli okładać rózgami. Gdy mi już było wszystko jedno, tak byłem obolały, wrzucili mnie do wody z lodem, aż mi zaczęły skakać szczęki. Zacząłem krzyczeć i wtedy mnie wyciągnęli i wrzucili do wrzątku. Zaczęła mi się w ustach już ślina gotować, ale mnie wyciągnęli i położyli na kozetce w parni, gdzie było ciemno od pary. I kiedy sobie już pomyślałem, po jaką cholerę ja tu przyjechałem, żeby na tym barłogu zdechnąć jak Łazarz, gdy nagle poczułem siły, jakby mi skrzydła urosły u ramion. Porwałem prześcieradło dla owinięcia się nim, buchnąłem w trzy ściany zanim znalazłem drzwi i wyleciałem do ubieralni. Porwałem z rąk kąpielowego spodnie i koszulę i 8 kilometrów do hotelu przebiegłem w godzinę.
   Podobne odczucia mieli pozostali 4 panowie, bo jeden nie skorzystał z tego punktu programu. Artylerzysta rzygał i jęczał, gdy dowiedział się, że jadł nadziewane dżdżownice, ślimaki, faszerowane chrabąszcze, słowiki, żabie udka itp. Wszyscy panowie zgodnie oświadczyli, że od śmierci uratowała ich tylko polska wódka wyborowa, która na szczęście również zdobiła chiński stół.
   Wołodia przyznał się, że na odprawie zapomniał nam powiedzieć, że po kilku kęsach trzeba czknąć, bo to jest znak dla Chińczyków, że gość jest syty, a oni na pewno sobie pomyśleli, że Polacy to straszne głodomory, bo dopiero po kilku godzinach komuś się odbiło.



(67) Pamiętnik Ludmiły - obrazki roku 1962


   Od 2-go stycznia 1962 r. zaczęłam pracę w odległości 200 m od domu, jako starsza księgowa w Miejskiej Przychodni Okręgowej nr 3 przy ul. Wincentego Pola, skąd miałam propozycję przejścia do Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia, ale ze względu na bliskość domu tej okazji nie wykorzystałam. W krótkim czasie zostałam główną księgową w swoim miejscu pracy, gdzie mi było bardzo dobrze.
   Gen. Jaruzelski był naszym codziennym prawie gościem. Lubił gołąbki, pierogi i sam się na nie wpraszał w bardzo miły sposób. Niejednokrotnie swą łagodnością i taktem wpływał dodatnio na Pawła, który przy nim nie był takim fanfaronem i omnibusem, jak przy innych. Niejednokrotnie mówił, ze generałowi to dobrze mówić, bo nie ma rodziny na karku, ale dokładnie nie wiedzieliśmy za wiele o stosunkach rodzinnych generała. Paweł twierdził, że mimo pozorów łagodności, bardzo kulturalnie, lecz z żelazną konsekwencją zdobywał posłuch i szacunek w wojsku, ktoś przebąkiwał, że ma dziecko z dziewczyną z zespołu „Mazowsze”, ale ja go lubiłam za abstynencję (był to w wojsku prawdziwy ewenement), godność osobistą bez zarozumiałości, specyficznym pół-serio poczuciu humoru i bezsporne zasady moralne, które mi nie pasowały do tego dziecka z panią. Na pożegnalny przyjęciu, w związku z przeniesieniem do Warszawy na Szefa Głównego Zarządu Politycznego, Paweł żartował ośmielony własnymi promilami alkoholu we krwi:
- Całe szczęście, że generał nie pije, bo mógłby za szczerze przedstawić swe poglądy polityczne (wraz z rodziną był wywieziony do Rosji i tam stracił ojca) i zamiast na stołku szefa usiąść w ciupie.
A następujący dowódca dywizji gen. Józef Stebelski dopowiedział:
- I dobrze, że nie mówi przez sen!
Wszyscy się dziwili, ze ten zdolny strateg, taktyk i wojskowy dowódca chyba najważniejszej dywizji w Polsce idzie na służbę w aparacie politycznym, a tylko sam zainteresowany ze stoickim spokojem  odpowiadał:
- Zdecydowali mądrzejsi, widocznie tak trzeba.
Może to było słuszne, bo dobrych dowódców – dzierżymordów było dużo, ale takich, co swe uzdolnienia łączyli z kulturą i etyką, chyba nie spotkałam.
   W marcu 1962 r. wzięłam bezpłatny urlop i na miesiąc wyjechaliśmy w rodzinnym komplecie do Zakopanego, bo dzieci po zapaleniu oskrzeli nie doszły w pełni do zdrowia i gdy gen. Stebelski to usłyszał, z miejsca nam przydzielił skierowanie. Ze starych znajomych spotkaliśmy w WDW zapalonego narciarza, niezrównanego kawalarza, seniora oficerskiego klanu – gen. Kuropieskę i kilku oficerów z jednostek podległych Pawłowi w Gdańsku. Z nimi przeważnie spędzaliśmy czas, a Paweł widząc jak jesteśmy adorowane, zachowywał się wyjątkowo poprawnie. Kobiet prawie nie było, więc byłyśmy w cenie. Kiedyś gen. Kuropieska w rzewnej nutce wspominał przedwojenne czasy.
Był wówczas oficerem operacyjny w 59 Pułku Piechoty, gdzie na inspekcję przyjechał gen. Tome (jego syna znałam z Ciechocinka, był tam dentystą w sanatorium wojskowym, przemiły człowiek). Jednostka wykonywała ćwiczenia wg  założeń przybyłego generała. Na podsumowanie ćwiczeń gen. Tome oświadczył sceptycznie:
- Te wasze działania operacyjne były tak ni w 5 ni w 9.
Połączone w ten sposób cyfry symbolizują pułk 59. Urągając ich tradycji dotknęły boleśnie ambitnego oficera operacyjnego kpt. Kuropieskę, więc odpowiedział bezzwłocznie:
- Bo te założenia taktyczne, panie generale, były ni „to” ni „me”.
Gen. (ni)To(ni)me ocenił dowcip i odpowiedział:
- Gdyby kapitan był równie dobrym taktykiem, jak dowcipnisiem, powierzyłbym mu dowodzenie pułkiem.

Wyprawa do Moskwy

W biurze wzięłam pożyczkę, urlop „na zapas” i 4-go lipca z zapakowanymi walizkami pojechaliśmy na odprawę do W-wy. W Wydziale Zagranicznym MON zebrało się jedynie 5 par małżeńskich z całej Polski. Kierownikiem wycieczko – delegacji okazał się gen. Janusz Śliwiński. Z naszego grona mieliśmy wybrać jego zastępcę. Po szczegółowej informacji, jak mamy się ubierać, jak zachowywać i poleceniu zakupienia ok. 10 upominków  w Cepelii, głos zabrał szef wycieczki:
- Jesteśmy delegatami reprezentującymi Wojsko Polskie, ziemię polską, naród polski i nasza postawa musi być tego godna. Zostaliście wybrani spośród wielu jako najlepsi i swoim zachowaniem musicie tego dowieść. A teraz pozwolicie państwo, że sam zaproponuję zastępcę. Czy jest tu pani, która kazała mi kiedyś iść kilkanaście kilometrów na piechotę z lotniska do szczecina?
Paweł kopnął mnie boleśnie w kostkę, co mi pozwoliło odzyskać równowagę po słowach generała.
- Nie ma? To szkoda. Ale widzę kogoś znajomego – wskazał ruchem, abym się poderwała.
- Rzeczywiście, znamy się z Ciechocinka, panie generale.
- Nie tylko, nie tylko, miła pani. To właśnie pani kazała mi odbyć ten długi spacer. Mniemam, iż jako mój zastępca będzie pani równie energiczna w dyskusjach.
- Panie generale, nie miałam pojęcia, że to chodziło o pana, nikt mi wówczas nie podał nazwiska.
- A gdyby podał, to co, przyniosłaby mnie pani na rękach, gdyby nie było samochodu?
- No nie, ale po znajomości może pojechałabym po pana taksówką?
- To mi się podoba. Lekceważy generałów, chce pomóc znajomym. Czy państwo akceptują mój wybór?
Odpowiedziały mu oklaski wszystkich obecnych, z wyjątkiem Pawła. Posadził mnie obok siebie, jego zona Zosia mrugnęła mi szelmowsko okiem i tak zaczęła się moja cudowna przygoda. Na lotnisku żegnali nas przedstawiciele Ministerstwa Obrony Narodowej z kwiatami. Po raz pierwszy (nie licząc przelotu nad lotniskiem Skniłów w 1938 r. z wujkiem Lewkowiczem) wsiadłam do samolotu pasażerskiego Tu 104.

Lęku i reakcji w powietrzu przy starcie, czy lądowaniu, nie miałam, podczas, gdy mój bohaterski małżonek „rzygał na cały regulator”. Pozostali bohaterowie narodowi zachowywali się podobnie, z zon tylko jedna chorowała, ale koniak postawił ich na godniejsze miejsce w … ubikacji.
Bilet lotniczy do Moskwy
Przystanek w Wilnie miał dać nam okazję do obejrzenia miasta, ale mgła i zła pogoda zniechęciły organizatorów. Szkoda, zobaczyłabym Wilno po tylu latach. A może to lepiej. Wilno w 1939 r. niech zostanie w pamięci.
 Na lotnisku Wnukowo czekała na nas delegacja z kwiatami, orkiestrą i upominkami. Od tej chwili przejął nad nami pieczę pułkownik MON z Wydziału Zagranicznego sympatyczny, towarzyski Wołodia, który na wstępie zapowiedział, że możemy mieć maksymalne wymagania, a on się ze wszystkiego wywiąże. Do dyspozycji mamy 1 autokar, 5 „wołg”, z których możemy zbiorowo lub indywidualnie korzystać.

Jadłospis w hotelu mieliśmy tragicznie obfity i tak doskonały smakowo, że po każdym posiłku, gdy podawano lody i szampana, nie mieliśmy już miejsca na te smakołyki, a może właśnie dzięki nim mieliśmy tyle sił na zwiedzanie. Po koniaku w szaszłykarni i kto mógł po szaszłyku nasz ciceron Wołodia zaprowadził nas do kinoramy na 2 filmy. Jeden z nich to cudowny kolorowy montaż z Międzynarodowego Festiwalu Młodzieży, ale nie pamiętam, czy w Budapeszcie, czy gdzieś indziej. Wrażenie cudowne, kolorowe tłumy, Japoneczki w barwnych kimonach, na ekranie cudowne kielichy kwiatów i na sali ich zapach, pędzące autokary z roześmianą, kolorową młodzieżą i  wrażenie, że zaraz się zderzymy z innymi samochodami,  na sali krzyk. Obraz jest panoramiczny, dookoła nas, więc oglądamy kręcąc się w kółko, bo jesteśmy na środku rotundy. Gdy zabłysło światło, Wołodia zapytał, czy chcemy jeszcze zobaczyć drugi film. Oczywiście chcieliśmy. Film miał tytuł „W głębinach oceanu”. Lepka, wilgotna, mglista ciemność ogarnęła nas szczelnie. Dookoła nas ogromnych kształtów wodorosty, muszle, ruszające się różne stwory o przerażających kształtach z ostrymi kłami lub wąsami. Wstrętne węże, różnobarwne ryby, srebrne, zielone, niebieskie, czerwone z ogonami, skrzydłami i nagle popłoch wśród nich. Z jednej strony nadpływa koszmarny brzydal rybo podobny z otwartym ogromnym pyskiem, cofamy się z przerażeniem, czeluść gębowa coraz bliżej nas, a z drugiej strony płynie ku nam obrzydliwa brunatna masa z tysiącem macek już się zbliża, już nas dosięgnie, nic nas nie uratuje, na Sali jeden wielki przeraźliwy krzyk i błysk światła. Z bladymi twarzami, cały spożytym jadłem w gardle pośpiesznie wychodzimy depcząc się w przejściu. Część odchodzi na bok, bo nie zdołali opanować torsji, reszta pędzi na koniak. Wołodia słyszy powszechną skargę: „eto nie było krasiwo, Wołodia”. Funduje nam koniak, mnie – szampana i już otrząśnięci z sugestywnego wrażenia przebywania w niebezpiecznej bliskości ośmiornicy, swobodniej wychodzimy z „restaurana”. 




   



(66) Pamiętnik Ludmiły - z życia wyższych sfer


Droga Lusiu.
Po raz pierwszy piszę nową datę. Twój list z 18 grudnia
otrzymałem 30-go. Zapewne wieźli go wołami, najpierw do Pewnego Ciekawskiego Pana [cenzura stanu wojennego - aut.], a dopiero potem na pocztę. P. C. P. przybił na kopercie okrągłą i podłużną pieczątkę powiadamiającą adresata o zaspokojeniu swej urzędowej ciekawości. W samym tekście P. C. Pana najbardziej zainteresował ten akapit listu, w którym doniosłaś o swoim poglądzie na życie i ludzi; ta część była zaznaczona klamerkami czarnym flamastrem. W jakim celu? Żeby przepisać? Sfotografować? Zastraszyć?
Myślę, że to szczególne zainteresowanie P. C. P. wynikło stąd, że w adresie umieściłaś tytuł, który nb. już mi nie przysługuje (Płk), i którego od lat nie używam. Badanie prawomyślności korespondentów osób z tym tytułem należy zapewne do głównych obowiązków P. C. P’ów.
Święta upłynęły rzeczywiście w „spokoju” – upić się nie było czym, włóczyć się nie było kiedy, kina i teatry zamknięte, w dodatku telewizor się popsuł. Niemal idealny spokój! Nie mogę powiedzieć, żebym się przeżarł, ale trochę zbyt wiele zjadłem potraw niedozwolonych. Zlekceważyłem dietę, więc teraz poszczę.
Moje gratulacje z okazji rozpoczęcia pisania pamiętnika. Tylko się nie zrażaj i nie przerywaj. Pisz według planu, aby niczego nie uronić. Zawsze uważałem, że nasze pokolenie żyjące na granicy dwóch epok, powinno wszystko skrzętnie spisywać; każdy opis zdarzenia ma wartość dokumentu. Można się przy tym nie krępować, to przecież nie do publikacji. Masz wnuki, jest komu rozbudzać wyobraźnię i uzupełniać lekcje historii. Dobrze byłoby wskrzesić tradycję kontynuowania rodzinnej sagi przez przedstawicieli każdego pokolenia. Wyobrażam sobie, co to byłaby za lektura po 100 latach! Podobno mój dziadek, Wincenty – Adam pisał pamiętnik, ale zaginął podczas wojny. Żałuję, że żadne z mych rodziców ani nikt z krewnych nie miał zacięcia do pióra. Nawet najskromniejszy żywot przynosi tyle interesujących informacji. 
Podobno jutro mają być włączone telefony. Co za radość i ulga. To wzajemne odcięcie od siebie, powrót do XIX wieku, było szokujące. Przywracając swobody w homeopatycznych dawkach, władza wie, co robi. Musiała zapewne czytać przypowiastkę o rabinie i kozie.

Ściskam Cię, pozdrowienia dla Ewy i jej nowej rodziny, wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!     Jerzy 


Ciocia Lusia radę wzięła sobie do serca. 

Z pamiętnika Ludmiły (fragmenty)

Ciechocinek, październik 1955 r.


Leczył mnie sam komendant sanatorium ppłk dr Roman Woszczyński. Po badaniu powiedział z beztroską otwartością: „gdyby to wydarzyło się przed 1939 r. byłaby pani skazana na unieruchomienie w gipsie lub fotelu, jedynie ze względu na zakrzepy, wciąż czynne. Ale postęp medycyny rokuje pewne nadzieje. Musi pani co najmniej raz w roku przejść pełną kurację, bo od tego zależy czy i jak długo będzie pani żyła. Oczywiście do tego jest jeszcze potrzebna wiara w swoją szczęśliwa gwiazdę!

Ludmiła Czepita, Ciechocinek 1955 r.


- Mam dzieci, panie doktorze, muszę być sprawna i wychować dzieci! W swoją szczęśliwą gwiazdę wierzę niezłomnie! 
- Gratuluję i życzę zdrowia – zakończył życzliwie. 
W jadalni posadził mnie przy stoliku, gdzie już siedziało dwóch panów. Staruszek, gentelman w każdym calu, przedwojenny generał Bittner[1] i obecny generał Wacław Czyżewski. Ja poprosiłam na czwartą panią Helenę Konieczny, sąsiadkę z pokoju. Było świetnie. Rycerski gen. Bittner, wciąż prosty i gibki, miał tak czarujący sposób bycia, że obie z Heleną byłyśmy pod jego urokiem. Codziennie przy naszych nakryciach odkrywałyśmy jakąś niespodziankę. To kwiatki, czekoladki lub bibelocik pamiątkowy. Kiedyś zaspałam i spóźniłam się na śniadanie, Heleny nie było.

- Gdzie Helenka? – zapytałam.

Gen. Bitner na pustym talerzyku ułożył sól, a na niej ułożył czekoladkę. 
- Proszę zgadywać – powiedział.

- Aha, Helenka opalona jak czekoladka poszła unurzać się w solance? – spytałam.

Brawo – generał klasnął w ręce, a młodszy generał zawzięcie dłubał wykałaczką w zębach. Nie udzielały mu się maniery starszego pana. Pierwszy wstał od stołu, lekko skinąwszy głową, nigdy nie mówił dziękuję i dość rzadko się odzywał. Zdziwiłam się więc bardzo, gdy pewnego dnia wstał od stołu dopiero po mnie i w przejściu chwycił mnie za łokieć.

- Pójdziemy po kolacji na spacer? – zapytał.

- Oczywiście, zapytam Helenę.

- Ale ja chcę tylko z panią – powiedział z naciskiem.

- Dobrze.

- A więc o 19.30 przy Grzybku – dobrze?

- Zgoda.

Ze śmiechem opowiedziałam o tym Helenie. Zdziwiona, że generał „raczył”powiedziała:

- Idź koniecznie, a ja w pewnej odległości pójdę za wami! Zobaczymy na jakie zachowanie stać gen. Wacusia.

Czekał już na mnie i nawet nie uśmiechnął się na mój widok.

-  Myślałem, że pani nie przyjdzie.

-  Ależ dlaczego, chętnie z panem porozmawiam. Podobno pisze pan książkę.

- Owszem, jedną mam już ukończoną, drugą zamierzam kończyć tu.

- To dlatego pan tak stroni od towarzystwa, że wykorzystuje natchnienie twórcze? O jakiej tematyce?

- I tak i nie. Tematyka książek wojenne. Na tle przeżyć własnych i kolegów.

- Jaki będzie tytuł pisanej aktualnie książki?

- "Odcienie walki”– powiedział – a drugiej „Zarepetuj broń”[2]

- A może „Barwy walki” – to chyba ładniej – poddałam.

- Ma pani rację, „Barwy walki”, świetnie. Prześlę pani pierwszy egzemplarz.

- Będę zachwycona.

I tak gawędząc przeszliśmy do parku. Nawet się nie spostrzegłam,gdy ujął mnie pod rękę.

- Usiądziemy? – zapytał – Nad nami jest drzewo miłości, wie pani? Zostało sprowadzone z wyspy Capri, proszę zobaczyć, jakie ma liście.

- Blaszki twardawe, kształt serca, rzeczywiście – zawołałam.

- Często tu przychodzę i postanowiłem przyjść z panią. Od kilku dni obserwuje pani zachowanie i zachwyciłem się wrażliwością i inteligentnym humorem – ciągnął.

Szkoda, że Helena nie słyszy – pomyślałam – Mam „inteligentny humor”, to coś nowego i bardzo chciało mi się śmiać. On tymczasem kontynuował swój wywód przysuwając się coraz bliżej mnie, aż musiałam się zatrzymać (w odsuwaniu) na końcu ławki. Dowiedziałam się, że ożenił się bardzo młodo, zona jest dobrą gospodynią, ale go nie rozumie, nie dokształca się i intelektualnie mu nie odpowiada, a on ma wielkie potrzeby duchowe. Chciałam mu przerwać, że duchowe zapotrzebowanie nie musi iść w parze z ze ściskaniem mi całego boku, ale osunął się w porę, więc milczałam dzielnie. Po wyjęciu notesu zapisał mi numery telefonów do pracy, domu, adresy i zapewnił, że gdybym tylko do niego zadzwoniła, przyjedzie po mnie na dworzec samochodem i zapewni dobre warunki w hotelu. Tłumiłam śmiech i zastanawiałam się właśnie jak tu z tego wybrnąć z „inteligentnym humorem”, a on sobie moje milczenie po swojemu wytłumaczył.

- Proszę się nie obawiać, mężowi zapewnię awans i jakieś odznaczenie. Zapewniam panią, że przy naszej dyskrecji będzie zupełnie usatysfakcjonowany.

Już nie mogłam posłużyć się taktownym epilogiem, bo mnie zdenerwował i dość kategorycznie powiedziałam:

- Przykro mi, że pana rozczarowałam, ale ja jestem przeciętną, uczciwą kobietą i takie „wzloty duchowe” absolutnie nie leżą w mojej mentalności.

Widząc jego głupawą minę dorzuciłam życzliwie:

- Jest tu śliczna dentystka, niezamężna, codziennie sama spaceruje. Radzę pójść na przegląd uzębienia i nawiązać znajomość. Dobranoc!

Odeszłam do Heleny, ale miałam niesmak. Na ogół mnie mężczyźni szanowali, choć uważali za dobrego kumpla, ale temu generalskie szlify utrudniały rozróżnianie. Helena się śmiała i gdy od tego czasu Wacław przychodził na posiłki, gdy my już kończyłyśmy, stale go zagadywała, a ja tylko jak zawsze wesoło gawędziłam ze starym generałem. Kiedyś usłyszałam jak Czyżewski odpowiadał Helenie „Nie chodzę na spacery po kolacji, bo już wcześniej robi się ciemno i jeszcze może człowieka spotkać coś złego.

Sanatorium w Ciechocinku, koniec lat pięćdziesiątych.

Z Heleną codziennie po obiedzie i kolacji maszerowałyśmy do Raciążka, nad odnogę Wisły lub jeszcze dalej, do jej głównego biegu. Po zaprawie, nogi nosiły mnie doskonale. Pewnego wieczora patrzymy: pod Grzybem stoi urocza pani doktor w towarzystwie generała. Helena mówi „Chodźmy za nimi, uśmiejemy się.

Oczywiście nasz bohater zaprowadził pannę na tę samą ławeczkę i zaczął wśród przekonywującej widać rozmowy przesuwanie się do pani doktor. Dziewczyna odsuwała się bez rozeznania, bo wreszcie wylądowała obok ławki w mało estetycznej pozie. Wtedy wyskoczyłyśmy z krzaków, a generał pochylony nad partnerką oniemiał i cofnął się.

- Co pani tu robi? – spytał Heleny.

- Pilnujemy, żeby się panu o wieczornej porze krzywda nie stała – brzmiała perfidna odpowiedź Heleny.

Ja, czując się winną, chwyciłam przemiłą dentystkę pod rękę i pomaszerowałyśmy w stronę sanatorium. Przez dwa dni gen. Czyżewski jadał posiłki u siebie w pokoju, a mieszkający obok stary generał uśmiechnął się tylko figlarnie na nasze pytanie. Na trzeci dzień przyszedł młodszy w pełnej gali. Bardzo grzecznie zwrócił się do mnie „Wyjeżdżam po obiedzie, czy byłaby pani tak uprzejma odprowadzić mnie na dworzec?”„Oczywiście” – odpowiedziałyśmy jednocześnie. Po obiedzie wyszłyśmy pod dom. W gaziku obok kierowcy siedział Czyżewski (mimo, iż generałowi nie wolno siadać w tym miejscu) i wskazał nam tylne miejsca. Leżały tam dwie ogromne bombonierki i pyszne bukiety kremowych i różowych róż. „Proszę wybierać” – uśmiechnął się. Wzięłam kremowe na kolana i dojechaliśmy na dworzec. Poprosił o odprowadzenie do pociągu (kierowca czekał na nas przed dworcem). Wsiadając do pociągu, po ucałowaniu nam rąk, powiedział „Dziękuje paniom za lekcję. Zachowam o paniach dobre wspomnienia”. „Dziękujemy, my również” – odpowiedziałyśmy szczerze. Kilkakrotnie w latach późniejszych miałam okazję spotkać go i zawsze zachowywał się bardzo poprawnie, a tylko uśmiech miał serdeczny i nieoficjalny. Z Heleną utrzymuję kontakt listowny. Pracują z mężem w handlu zagranicznym, wiele lat przebywali za granicą. Są doskonale sytuowani, nie mają dzieci, Helena przeszła siedem operacji onkologicznych i chyba nie ma jej czego zazdrościć. Śliczna dentystka wyszła za mąż za pediatrę w sanatoryjnej kolonii dziecięcej (wojskowej), mają 2 dzieci i mieszkają nadal we własnym domu w Ciechocinku.



[1]Ludwik Bittner ps. „Baza”, „Dunio”, „Halka”, „Rot”, „Tarnowski” (ur. 24 kwietnia1892 w Stanisławowie, zm. 24 stycznia1960 w Warszawie) – generał brygadyWojska Polskiego. Od 1911 w Związku Walki Czynnej, od 1912 w Związku Strzeleckim. Od sierpnia 1914 do lipca 1917 pełnił służbę w Legionach Polskich. Był oficerem 2 Pułku Piechoty Legionów. Od 1917 w Polskiej Sile Zbrojnej. Od grudnia 1918 był dowódcą Batalionu Zapasowego 34 Pułku Piechoty. Od czerwca do sierpnia 1920 kierował Sekcją Piechoty w Departamencie I Broni Głównych i Wojsk Taborowych Ministerstwa Spraw Wojskowych. W sierpniu 1920 objął dowództwo 34 Pułku Piechoty w Białej Podlaskiej i sprawował je do czerwca 1930, kiedy to został dowódcą piechoty dywizyjnej5 Dywizji Piechoty we Lwowie. W listopadzie 1938 mianowany został pomocnikiem dowódcy Korpusu Ochrony Pogranicza, gen. bryg. Jana Kruszewskiego, a 31 sierpnia 1939 zastępcą dowódcy KOP, gen. bryg. Wilhelma Orlik-Rückemanna. 17 września został zastępcą dowódcy Grupy KOP gen. bryg. Wilhelma Orlik-Rückemanna, która walczyła z Armią Czerwoną pod Szackiem i Wytycznem. 1 października po rozwiązaniu Grupy KOP wszedł do kierownictwa konspiracyjnej organizacji „Tajny KOP”. Od października 1939 w Służbie Zwycięstwu Polski, następnie w ZWZ i Armii Krajowej, m.in. 1941-1943 komendant Okręgu AK Lublin. Naczelny Wódz mianował go generałem brygady ze starszeństwem z 20 marca 1943 w korpusie generałów. Był m.in. pełnomocnikiem ds. scalenia Batalionów Chłopskich z Armią Krajową. W okresie akcji „Burza” dowódca 9 Podlaskiej Dywizji Piechoty AK. Aresztowany w sierpniu 1944 r., początkowo przetrzymywany w obozach koncentracyjnych NKWD w Majdanku i Rembertowie, następnie wywieziony do Charkowa, skąd trafił do obozu NKWD nr 179 w Diagilewie. Powrócił do kraju w 1947, całkowicie odizolowany od nowej armii i poddany represjom. Przyjął pracę dozorcy w Biurze Odbudowy Stolicy. Od listopada 1957 członek władz ZBoWiD, wiceprzewodniczący Głównej Komisji Weryfikacyjnej, a od września 1959 wiceprzewodniczący Rady Naczelnej ZBoWiD. Zmarł w Warszawie 24 stycznia 1960. Pochowany w kwaterze 24 A na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie.



[2]Wacław Czyżewski, właśc. Wacław Raś, ps. Kora, Im (ur. 25 kwietnia1917 w Kolonii Zielonce, zm. 30 stycznia2002 w Warszawie) – polski dowódca wojskowy, oficer Gwardii Ludowej i Armii Ludowej, generał dywizjiWojska Polskiego, zastępca dowódcy Śląskiego Okręgu Wojskowego (1959–1963), zastępca komendanta Wojskowej Akademii Technicznej (1963–1968), szef polskiej misji w Międzynarodowej Komisji Kontroli i Nadzoru w Korei (1968–1969), szef Wojsk Obrony Wewnętrznej (1970–1974), zastępca Głównego Inspektora Obrony Terytorialnej (1974–1984), działacz komunistyczny. Urodził się 25 kwietnia 1917 w Kolonii Zielonce w powiecie kraśnickim. W latach 30. XX wieku pracował w Warszawie jako murarz i był związany z ruchem komunistycznym – działał w ZMW "Wici" i Związku Zawodowym Robotników Budowlanych pozostającym pod wpływami KPP; podawane przez niego samego w życiorysach informacje o przynależności do KZMP i KPP są niepewne. 12 sierpnia 1940 aresztowany przez Niemców podczas łapanki, zbiegł z transportu kolejowego.Od 1941 działacz RChOB, następnie jeden z organizatorów i działaczy PPR na Lubelszczyźnie. Oficer Gwardii Ludowej i Armii Ludowej, komisarz poczty, sekretarz okręgu i szef wydziału w Obwodzie AL Lublin. Komendant ochrony Sztabu Głównego AL i dowódca ochrony osobistej gen. Michała Roli-Żymierskiego.Od 1944 w Wojsku Polskim, komendant ochrony SG, od 1946 dowódca pułku piechoty. Na początku lat 50. zwolniony z wojska i poddany represjom, po październiku 1956 powrócił do służby. W 1957 awansowany na generała brygady, a w 1970 na generała dywizji.Wydał wspomnienia z lat okupacji (Więc zarepetuj broń).


Ciechocinek, czerwiec 1956 r.

Część kwietnia i maja przeleżałam w pięknie położonym Szpitalu Marynarki wojennej w Oliwie. Na wzgórzu, pod lasem, z tarasu widok na całe wybrzeże, od plaży na Siankach po półwysep Hel (przy dobrej widoczności).
Choć na chirurgii „pieszczono” mnie oczywiście zastrzykami, okładami i unieruchomiono kończyny w szynach i jak niegdyś nie obracałam się na boki – szpital ten uważam pod każdym względem za najlepszy, jaki znałam (a poznałam ich tak wiele, Paweł miasta zna z knajp – ja ze szpitali). Na czerwiec wyjechałam do Ciechocinka. Trafiłam na przemiłe towarzystwo. Urocza para małżeńska Krysia i Waldemar Zajkowscy, nieco dziecinny major Włodek (nazwiska nie pamiętam, choć go spotkałam chyba sześć razy w sanatorium), pułkownik – Żyd z żoną katoliczką z Warszawy, ppłk Sadaj z żoną Basią z Gdańska – to najbliższe otoczenie. Razem z Władkiem, siedząc na schodach pisaliśmy teksty oparte na codziennych aktualnościach sanatoryjnych i codziennie między kolacją a tańcami wyśpiewywaliśmy kuplety przy akompaniamencie Krystyny Z. Do południa, z językami na brodach, goniliśmy, aby zaliczyć wszystkie zabiegi, po obiedzie obowiązkowy wypoczynek, ale wieczory były wypełnione zabawami i grami towarzyskimi. Było chętnych coraz więcej. Generał Józef Kamiński[1] z piękną, dowcipną żoną Krystyną, generał Janusz Śliwiński[2] z żoną śliczną i inteligentną Zosią nie udzielali się towarzysko, ale ciekawie obserwowali nasze swawole. Nic sobie z ich zaciekawienia nie robiliśmy i „brykaliśmy” dalej. Kiedyś ja, dla wykupienia fantu miałam opowiedzieć jakiś kawał. Opowiedziałam, jak to architekci chwalili się budownictwem w swych ojczyznach:

Anglik: U nas są tak duże aule, że odrzutowy samolot zapala w nich kandelabry

Amerykanin: Tak duże kościoły, że ministrant jedzie samochodem, aby ze stopni ołtarza odpowiadać modlitewnie kapłanowi.

Polak: To wszystko to pestka, u nas są takie duże kościoły, ze zanim panna młoda odejdzie od ołtarza do wyjścia, to dziecko urodzi.

Dostałam brawa, ale fantu nie. To ma być kawał wojskowy – orzekli. Wobec tego zapytałam „Czy państwo wiecie, jak oficerowie reagują na kawały?”„Nie” – zabrzmiał chór. Otóż młodszy oficer śmieje się trzy razy:

- gdy mu opowiedzą kawał,

- gdy mu wytłumacz,

- gdy zrozumie puentę,

starszy oficer – 2 razy:

- gdy mu opowiedzą kawał,

- gdy mu wytłumaczą,

a generał tylko raz, gdy mu kawał opowiedzą, bo nikt mu nie śmie tłumaczyć, a gdyby nawet mu wytłumaczono, to i tak nie zrozumie.

Chwila konsternacji, wszystkie spojrzenia na generalski stolik i wreszcie gromki ogólny śmiech. Oddano mi fant. Zbliżył się gen. Kamiński, „Medal za odwagę i dowcip” – powiedział całując mnie w rękę. Doszła do nas Krystyna Kamińska – „Weźcie nas do swego towarzystwa, bo się tak fajnie bawicie, a ja jestem skazana na własnego męża” – powiedziała. Kamiński poprosił mnie do tańca, Władek – Krystynę. Po tańcu Władek nisko ukłonił się generałowi.

- Serdecznie dziękuję, ob. generale!

- Przecież pan nie tańczył ze mną, tylko z moją żoną, jej pan podziękuj.

- O, nie, dziękuję panu generałowi, bo żona obiecała mi awans w pana imieniu! – wypalił nieproszony Władek.

    Śliwińscy także zbliżyli się do nas i byliśmy jedną paczką, choć panów nieco krępowały generalskie figury. Ale właśnie był czerwiec 1956 r. Zaczęły się rozruchy w Zakładach Cegielskiego w Poznaniu, Cyrankiewicz, jako premier PRL krzyczał, że utnie każdą rękę godzącą w porządek ustrojowy. Nasi generałowie w biegu zabierając żony wsiedli do samochodów i popędzili do swoich obowiązków, przy Cyrankiewiczu. Beztroska urlopowa minęła.



[1]Józef Kamiński (ur. 3 marca1919 w Brzeżanach) – generał broniWojska Polskiego, dowódca 2 Korpusu Zmechanizowanego (1954-1957), dowódca Pomorskiego Okręgu Wojskowego (1964-1971), dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego (1971-1975), zastępca szefa Sztabu Zjednoczonych Sił Zbrojnych Państw Stron Układu Warszawskiego (1975–1978), członek Centralnej Komisji Rewizyjnej PZPR (1971-1975), komendant Akademii Sztabu Generalnego WP (1978–1985), prezes Zarządu Głównego ZBoWiD (1983–1990), prezes Zarządu Głównego ZKRPiBWP (1990–1999).

[2] Jan Śliwiński (ur. 27 grudnia1921, zm. 18 sierpnia2009) – generał dywizjiWojska Polskiego, doktornauk wojskowych, działacz społeczny. Po napadzie Niemiec na ZSRR w czerwcu 1941 rozpoczął służbę w Armii Radzieckiej. Od lipca 1943 służył w szeregach utworzonego na terytorium Związku Radzieckiego Ludowego Wojska Polskiego. Przeszedł szlak bojowy 4 Dywizji Piechoty im. Jana Kilińskiego jako zastępca dowódcy 12 Kołobrzeskiego Pułku Piechoty ds. polityczno-wychowawczych. Brał udział m.in. w walkach o przełamanie Wału Pomorskiego, w operacji berlińskiej i w bojach nad Łabą.W latach 1945-1947 pełnił funkcję zastępcy dowódcy 8 Drezdeńskiej Dywizji Piechoty im. Bartosza Głowackiego uczestnicząc w walkach z podziemiem niepodległościowym w Bieszczadach.Po ukończeniu Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR w Moskwie zajmował wysokie stanowiska dowódczo-sztabowe oraz w szkolnictwie wojskowym, był m.in. komendantem fakultetu w Akademii Sztabu Generalnego WP im. gen. Karola Świerczewskiego w Rembertowie. W okresie 1953–1954 pełnił funkcję zastępcy szefa Komisji Nadzorczej Państw Neutralnych w Korei. W latach 1954–1955 był dowódcą 12 Korpusu Armijnego. W 1954 otrzymał awans na generała brygady WP. Miał wówczas ukończone 32 lata. W następnych latach był m.in. szefem Departamentu Kadr MON (1955–1956) oraz zastępcą dowódcy – szefem sztabu Pomorskiego Okręgu Wojskowego (1956–1959).W 1962 awansowany do stopnia generała dywizji. Nominację wręczył w Belwederze przewodniczący Rady Państwa PRL Aleksander Zawadzki. W latach 1959–1965 – I zastępca Głównego Inspektora Szkolenia – szef Inspektoratu Szkolenia MON oraz szef sztabu Frontu Polskiego na czas wojny. Od 1965 do 1969 był stałym przedstawicielem Sztabu Generalnego WP przy Sztabie Zjednoczonych Sił Zbrojnych Układu Warszawskiego w Moskwie.W okresie 1978–1982 był ambasadorem nadzwyczajnym i pełnomocnym Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w Socjalistycznej Republice Wietnamu, natomiast w latach 1969–1978 oraz 1982–1987 był pełnomocnikiem Szefa Sztabu Generalnego WP do spraw specjalnych. W okresie stanu wojennego był w latach 1982–1983 pełnomocnikiem Komitetu Obrony Kraju – komisarzem wojskowym w Ministerstwie Handlu Zagranicznego. Od 1987 w stanie spoczynku. Łącznie służył w Wojsku Polskim przez 44 lata, z czego aż 33 lata w stopniu generalskim.


Gorączka ogarnęła wszystkich. Mówiono o konieczności otwarcia przepełnionych więźniami politycznymi cel, rehabilitacji Akowców i wszystkich postępowych Polaków. O konieczności obalenia kultu Stalina i rządów bezpieki w Polsce. Nie czekając końca kuracji powyjeżdżaliśmy do domów.
Pawła w domu nie zastałam, w wojsku pełna gotowość bojowa. Dzieci z Ciocią Wisią, która u nas spędziła urlop. Paweł na Helu. Kontradmirał Studziński, dowódca naszej Marynarki Wojennej na radzieckim pancerniku usiłował wpłynąć do portu Hel. Cały Półwysep Helski wypełniony wojskiem, które nie usłuchało rozkazu d-cy Marynarki Wojennej i nie wpuściło pancernika do portu. Kontradmirał Wiśniewski objął dowództwo. Straszyły lufy czołgów i artylerii czekającej na rozkaz rozpoczęcia akcji obronnej. Byliśmy jedna wielka beczką prochu i najmniejsza iskra spowodowałaby wybuch. Powaga i napięcie...
    Ale na historycznym wiecu wybrzeżan na Politechnice Gdańskiej kontradmirał Wiśniewski ogłosił amnestię wszystkich więźniów politycznych, ustąpienie Cyrankiewicza i zwolenników polityki Stalina w Polsce. Gomułka wypuszczony z więzienia staje na czele władz politycznych i jedzie do Moskwy dla przedłożenia nowej, polskiej racji stanu. Wiece w zakładach pracy i jednostkach wojskowych cichną, temperatura uczuć opada. Uniknęliśmy masakry! Pociąg wiozący delegację polską ze Związku Radzieckiego z Gomułką na czele zostaje zarzucony kwiatami. Zaczyna się nowa era dla Polski. W wielu domach radość z odzyskanych więzionych bliskich. Wtedy z wiarą, że każda uczciwa para rąk musi wykonać swą pracę zapisuję się do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.
 

Gdańsk, listopad 1956

Przypadkowo na ulicy spotkałam ppłk. Sadaja, który miał mi za złe, że mimo zaproszenia żony i jego nie odwiedziłam ich dotąd (i nie zaprosiłam do nas). Zaproponował mi pracę u siebie. Jakkolwiek zmieniłam już rodzaj pracy z terenowej, na siedzącą w księgowości Centrali Złomu, nie dawała mi ona satysfakcji, była bezmyślna i bezduszna, pozbawiona wkładu własnej inicjatywy. Starszy technik planowania i statystyki – to mi zabrzmiało ciekawiej. Korzystając jeszcze ze zwolnienia lekarskiego (wystawionego przez sanatorium) załatwiłam sobie zmianę pracy i od 1 IX 56 zostałam pracownikiem 17 Terenowego Oddziału Lotniskowego we Wrzeszczu. Praca 7 godzin, pensja większa niż poprzednio. Koledzy oficerowie – inżynierowie, kilku techników, kobiet zaledwie kilka (tylko maszynistka, sekretarka, sprzątaczka). Mój szef kpt. Henryk Rudzki nie sprawiał wrażenia pracusia. W zasadzie od pierwszego dnia znikał na całe godziny, zostawiając mnie i 2 żołnierzy bez instrukcji. Żołnierze wiedzieli, co robić, ale ja? Nie chciałam nikogo sobą absorbować, ale gdy poprosiłam mrukliwego kapitana o zakres czynności, zaśmiał się i powiedział „Pani poprzednik prowadził to wszystko” – wskazał na szafy pełne akt – „Jeśli ppłk Sadaj sobie wyobraża, że może temu podołać kobieta, niech sam panią wprowadzi”. I poszedł sobie, myśląc pewnie, że polecę do szefa. Ale mnie nie znał. Po pierwsze – zrozumiałam jego niechęć do mnie. Protegowana szefa – „wtyczka”. Po drugie – sięgałam do szaf, znalazłam moc rozkazów, instrukcji, schemat pracy budowniczych lotnisk i obiektów wojskowych. Przez kilka dni, nie jedząc nawet śniadań, tonęłam w papierach. Czasem o coś zapytałam zdumionych żołnierzy, ale częściej porucznika Jasia Oficjalskiego, bardzo miłego wesołka z sąsiedniego pokoju, który choć inżynier, siedział nad pustą biurową robotą i klął szefa w żywe oczy. Po kilku dniach już miałam nieco rozeznania w specyfice jednostki, po dwóch już samodzielnie załatwiałam interesantów, po miesiącu sporządziłam kwartalne sprawozdanie dla Dowództwa Wojsk Lotniczych w W-wie, przy którym normalnie kapitan zatrudniał wszystkich 4 pisarzy pracując po godzinach, aby zdążyć z terminem. Sprawozdanie z nieufnością odwiózł kpt. Rudzki osobiście, ale wrócił zupełnie odmieniony. Z miejsca przeniósł mnie do oddzielnego pokoju przy swoim (pustym z reguły) gabinecie i zaczął normalną, towarzyską rozmowę. Wiedząc, że jestem zona dowódcy brygady i protegowaną szefa był przekonany, że będę jedynie ewidencyjnym pracownikiem, a tymczasem zadziwiłam go ogromnie i zaimponowałam chyba trochę.

- Przepraszam panią serdecznie za moje zachowanie i bądźmy przyjaciółmi – zakończył całując mnie w rękę – wyrażam pani szczery podziw!

- Proszę nie myśleć, ze przyszło mi to lekko. Dość się napracowałam, tym bardziej, że mam kłopoty z pomocą domową i nie jestem spokojna o dzieci.

- Znajdziemy na to radę – powiedział – proszę nas dziś odwiedzić w domu, moja żona na wszystko znajdzie radę!

Pani Lucyna Rudzka, bardzo elegancka, zgrabna blondynka była wnuczką hrabiego Waldheima, pruskiego dygnitarza, bogacza i dyplomaty. Hrabiostwo nie mieli synów, jedynie piękną, niezbyt podobno rozsądną i lekkomyślna córkę, która w Magdeburgu poznała zwolnionego z twierdzy oficera polskiego, ziemianina z Wileńszczyzny i uciekła z nim. Pobrali się i żyli dostatnio w majątku męża, nie utrzymując kontaktu z niemiecką rodziną. W 1939 major – ziemianin poległ pod Brześciem nad Bugiem. Żona z córką Lucyną zostały same. Zakopały kosztowności i umknęły z majątku, aby uniknąć wywozu na Sybir, po wkroczeniu Armii Radzieckiej. Nieprzyzwyczajona do przezwyciężania takich problemów życiowych „salonowa dama” popadła w chorobę umysłową i została umieszczona w zakładzie. Lucyna, choć wychowana w cieplarnianych warunkach, była kontrastem niezaradnej matki. Obrotna, przedsiębiorcza, apodyktyczna, dumna, uzdolniona w wielu kierunkach nie bała się absolutnie niczego. W 1941 r. po wybuchu wojny rosyjsko – niemieckiej z narzeczonym, polskim partyzantem, przedostali się się z oddziałem w okolice Puszczy Kampinoskiej. Osiedliła się w Warszawie, podjęła pracę w sklepie, ucząc się jednocześnie w tajnych kompletach naukowych, gdzie zdała maturę. Narzeczony był w lesie. W kilka miesięcy później w jej mieszkaniu zjawiła się niemiecka kryminalna policja i pułkownik Wermachtu (wojsko). Była przekonana, że to aresztowanie. Tymczasem przeniesiono ją do mieszkania (przy Belwederskiej) luksusowo wyposażonego, przydzielono niemiecką służącą i zasypano dobrodziejstwami. Okazało się, że pułkownik Waldheim poszukiwał wnuczki w okupowanej Polsce i jemu zawdzięczała te honory. Miał ją zabrać na stałe do Berlina, ale to jeszcze kwestia czasu, dla załatwienia formalności. Przerażona Lucyna skontaktowała się z narzeczonym, wzięli ślub w podmiejskim kościele, ale dokąd miał leśny porucznik zabrać żonę? Wróciła na Belwederską i tam żyła oszukańczym życiem, wierząc jak my, wszyscy Polacy, ze lada dzień Niemcy zostaną zwyciężone. Tymczasem pułkownik von Waldheim z wszystkimi dokumentami przyjechał po wnuczkę, wcale jej nie pytając o zgodę. „Twoja aryjska, germańska uroda nie może mieć nic wspólnego z Polakami, to rasa niższa, a ty przypadkiem się w tej sytuacji znalazłaś” – orzekł na jej protesty i prośby o zwłokę. Ledwie Lucyna zdołała się porozumieć z mężem, już ja dziadek wywiózł samochodem. Gdy przejeżdżali przez las wybuchła strzelanina, w której dziadek położył trupem męża wnuczki, nie mając pojęcia, czym dla siebie byli. Zrozpaczona 17 – letnia wdowa już biernie dała się wywieźć. Unikając bombardowanego Berlina, dziadek umieścił Lucynę gdzieś nad Renem w Badenii (blisko francuskiej dawnej granicy) w swym majątku pod opieką zaufanych przyjaciół, gdyż rodziny bliższej nie posiadał, a sam wrócił do Berlina, służyć Wielkiej Rzeszy. Dbano tam o Lucynę bardzo, uczono języków, sprowadzono nawet profesora medycyny, bo interesowała się tą dziedziną nauki. W majątku pracowali robotnicy francuscy. Ostrożnie weszła w kontakt z nimi, prosząc o poszukiwanie Polaków tam pracujących. Polaków nie było, ale wymienieni francuscy jeńcy byli świadkami w misji amerykańskiej, gdy w 1945 w ich sektorze stawiła się na wyjazd do Polski. W 1946 przyjechała do Gdańska. Weszła w kontakt z Państwowym Urzędem Repatriacyjnym. Odszukała repatriantów z miejscowości rodzinnej, służbę z majątku ojca. Trafiła na rzetelnych ludzi, którzy odkopali ukryte kosztowności i mieli je ze sobą. Nie wyparli się tego, lecz zwrócili je Lucynie. Wynagrodziła ich, ale gros klejnotów zachowała. Dorzucone do kosztowności po dziadku (których część udało się jej z Niemiec wywieźć) przedstawiały nie lada fortunę. W Gdańsku znalazła mieszkanie i rozpoczęła studia na Akademii Medycznej, ale po dwóch latach zrobiła kurs felczerski, no i przerzuciła się na ... jubilerstwo. Oto cała Lucyna!

Poznała o prawie 20 lat starszego inżyniera, dyrektora przedsiębiorstwa budowlanego z Warszawy, wyszła za niego za mąż i przenieśli się do wspólnie wybudowanej willi w Sopocie. Prowadzili bogate i pełne wrażeń życie, posiadali jeden z najpiękniejszych samochodów w mieście. W 1950 Lucyna urodziła Mariolę, w 1952 – Izabelę. Już wcześniej mąż stracił zainteresowanie rodziną, ale gdy zaczął przywozić do willi coraz to nowe „kociaki” Lucyna zabrała dzieci do przezornie zostawionego we Wrzeszczu mieszkania. W Gdyni założyła komis „ciuchowy”. Do dzieci znalazła dziewczynę, z mężem przeprowadziła rozwód. Henryk pochodził z Włodzimierza Wołyńskiego, skąd transportem repatriacyjnym z bratem i rodzicami dotarł do Żagania. Wraz z bratem, powołany do wojska, już w nim pozostał. Z bratem (we Wrocławiu) posyłał rodzicom (będącym na emeryturze) część swej niewysokiej gaży. Ten o skromnych potrzebach kapitan poznał Lucynę, pokochał i mimo trwającego od 3 lat małżeństwa nadal uwielbiał i samo już mówienie o niej zmieniało go całkowicie. Adoptował Mariolę i Izę, i tak samo się do nich odnosił, jak do wspólnej córki Ewy. Lucyna, po mistrzowsku umiejąca z każdej akcji zrobić transakcję i „brzęczącą monetę” miała wspaniały samochód i często mówiła, że pensja Heniury nawet na perfumy dla niej nie wystarczy. Ale przyznać trzeba, że była tytanem pracy. Potrafiła, jak dobry kuśnierz, przerobić stare, wytarte futro w modny paltocik, sprzedany natychmiast w komisie, gdzie była kierownikiem. Była rzeczoznawcą futer, biżuterii, d kamieni, ba, nawet  odróżnianiu fałszywych monet, precyzyjnie podrabianych. Była często w sprawach tych ekspertyz proszona do banków, a nawet do Ministerstwa, gdzie zatrudniano ja jako doradcę. Przyjęła mnie sympatycznie, ale mam wrażenie, że stanowisko Pawła ja dobrze usposabiało, a nie zbieżność imion naszych dzieci i współpraca biurowa z jej mężem. Obiecała mi przywieźć z okolic Kartuz młodą dziewczynę do dzieci. Jej Stefka miała na wsi dużo koleżanek, a z domem i dziećmi radziła sobie nieźle. Lucyna trzymała wszystko pod kluczem i rozliczała Stefkę nie tylko z czasu i pieniędzy. Po kilku dniach zjawili się u nas pp. Rudzcy z Trudzią, a czas to był najwyższy, bo Bronka poszła kiedyś do kina i gdy nie wróciła na noc, przekonałam się, że w jej pokoju nie ma rzeczy osobistych, a także brak mi wielu ciuchów z mojej szafy. Brat – milicjant, został gdzieś przeniesiony i więcej o tym rodzeństwie nie słyszałam. Za namową przemiłej Irki Koczajowej umieściłam dzieci w garnizonowym przedszkolu, gdzie „pod jej kierowniczym okiem” nie będzie im źle. Golińscy byli naszymi gośćmi co najmniej raz w tygodniu i tak często my u nich bywaliśmy. Dzieci nasze razem się bawiły, a my oczywiście rozkładaliśmy karty, aby utonąć w licytacjach, szlemach i szlemikach. Rudzcy wpadali znacznie częściej i całe noce trawiliśmy przy kartach. Lucyna miała w pogardzie „oficerzyny”, ale nie dotyczyło to Pawła, który jej imponował. Z-ca Pawła d/s politycznych, mjr Zbyszek Borowski, był kawalerem i swataliśmy mu Marysię Zielińską, która nas obdarzała biletami do opery na wszystkie przedstawienia, w których śpiewała swe wiodące arie. Zbyszek, wygodny i okrągły olbrzym, powolny i dobroduszny nadawał się do zalotów o względy primadonny opery, jak wół do karety, ale lubiłam go, bo nie był pozerem, a jego sposób bycia przypominał ruchy niedźwiedzia dobrotliwego. Oprócz wspomnianych osób co drugi dzień Paweł przyprowadzał mniej lub więcej atrakcyjnych członków różnych kontroli, inspekcji i gości nawiedzających jego jednostkę. Gdyby nie bliskość Delikatesów (wspólne podwórze), kier. sklepu spoż. w parterze - Janeczka i stałe dostawy beczek ryb, nie byłabym w stanie wyżywić tego towarzystwa (bardzo zresztą wybrednego w jedzeniu). Do pomocy musiałam mieć kogoś, bo mi nocy nie wystarczało na przygotowanie potraw. Marynowałam i konserwowałam w wekach łososie, bo nie mieliśmy przecież lodówki. Dzieci do przedszkola prowadziłam przed pracą i odbierałam po pracy gdyby nie stałe przyjęcia świetnie dałabym sobie radę bez pomocy domowej. W tej sytuacji przy wymogach Pawła nie dawałam rady. Trudzia miała 16 lat i ogromną ciekawość świata. Była córką bogatych rolników, którzy dali ją do miasta tylko po to, aby wyleczyła sobie zęby. Gdy to nastąpiło chcieli ja zabrać, ale ona tak płakała, że kocha Ewunię i Majusię, że zostawili ja spokojnie u nas. Koleżanką dzieci była wspaniałą, bawiła się lalkami, zabawkami i miała wspaniałe pomysły. Gdy czasem dzieci coś spsociły i nakrzyczałam na nie, Trudzia szła szlochać do swego pokoju i zaraz dzieciom wynajdywała słodycze lub odstępowała swój deser, choć była łakomczuchem – aby krzywdę wynagrodzić. Udawałam, że nie dostrzegam, ale w duchu radowałam się, że tak się z dziećmi kochają wzajemnie.

W międzyczasie nastąpiły zmiany w korpusie i Paweł po spotkaniu oficjalnym poszedł się zameldować nowemu dowódcy Korpusu i Garnizonu. Po usłyszeniu nazwiska nowy dowódca rozkazuje:

- Majorze, jutro o godzinie 16.50 z małżonką i dziećmi proszę się zameldować u mnie w domu! Moja małżonka bardzo się ucieszy, bośmy polubili szczerze pańską żonę – kończy juz mniej oficjalnie.

Paweł przychodzi do domu zły.

- Znasz gen. Kamińskiego? – pyta od progu.

- Oczywiście, znam ich z Ciechocinka.

- Dlaczego mi o nich nie mówiłaś? – pyta dalej.

- A czy ty kiedykolwiek chcesz słuchać, co do ciebie mówię? – odpowiadam pytaniem – Przecież zawsze mówisz, że to cię nie interesuje – dodaję.

Trzasnął drzwiami i poszedł.

Nazajutrz oświadczył:

- Pójdziesz sama do Kamińskich, ja nie chcę i nie pójdę.

- A co mam powiedzieć, gdy o ciebie zapytają?

- Powiesz, co zechcesz – brzmiała odpowiedź.

 Przed wyjściem do Kamińskich kupiłam bombonierkę i kwiaty (aby wręczyły to dzieci pani domu) i zadzwoniłam do sztabu. Paweł odpowiedział, że ani mu się śni iść z nami. Poszłyśmy same, mieszkali w pobliżu kina, blisko nas. Otworzyli nam oboje. Generał wziął dzieci na kolana, przebrał w pantofelki, które podałam, a Krystyna serdecznie ściskała mnie. Starsza o 3 lata od Ewuni Halinka – Grażyna porwała do swego pokoju dzieci, za nią poszedł młodszy od niej Jacek, z nieodłączną procą. Żołnierz miał pilnować, aby między wspaniałym ogrodem, tarasem a mieszkaniem dzieciom nie stało się nic złego. Weszliśmy do ogromnego pokoju, w którym królowały wspaniałe palmy i pięknie ozdobiony stół, zapełniony dzbanami z winem, półmiskami zakąsek, kanapki, sery, patery z owocami i drobnymi ciastkami, zgrabnie ułożone między kwiatami i delikatną porcelaną. Krystyna, jak zawsze piękna, elegancka, rozmowna i tryskająca ciut swawolnym dowcipem.

- A gdzie twój mąż? – zapytała.

- A właśnie, gdzie jest major? – zawtórował generał.

Popatrzyłam na nich oboje i powiedziałam:

- Mogłabym coś zręcznie zełgać, ale on się krępował tu przyjść, czułby się przed szefem w jego domu może jak na cenzurowanym, tak myślę.

- Ale ja nie jestem jego szefem – krzyknął generał.

- Jako dowódca jednostki nie, ale jako dowódca garnizonu – tak – wyjaśniłam.

- To są bzdury - krzyknął generał – kto ma taką zonę, jak pani, nie powinien się bać nawet piekła.

- Przesada, ale za tę opinię dziękuję. Żeby pan wiedział, jaki ze mnie niekiedy tchórz – westchnęłam.

- Znam tego gagatka z opinii, dobry oficer, ale hochsztapler, niech go pani temperuje, bo źle skończy.

- Przestańcie sobie „paniować” – przerwała Krystyna – Józiu, wypijcie z Lusią bruderszaft, dajcie sobie buzi, a ja do tego „burka” sama zadzwonię. Gdybym ciebie Józiu nie wychowała, byłbyś taki sam – spojrzała czulej na męża.

Wypiliśmy„brudzia” słuchając głosu Krystyny przy słuchawce:

- Czy to obywatel major wie, że zaproszenia starszego stopniem nie można ignorować?

- Nie wierzę ani w jedno słowo, chcę tylko zapytać, czy dla męża jest coś ważniejszego niż towarzyszenie żonie i dzieciom po godzinach pracy?

- Czekamy 20 minut, potem może się pan nie fatygować – zakończyła z figlarnym mrugnięciem oka w nasza stronę.
Po chwili gazik stanął przed bramą. Paweł coś bąkał, jąkał, ale Krystyna „ustawiała go” bezlitośnie. Późnym wieczorem Józio nas odesłał do domu samochodem, bo dzieci pozasypiały. Popołudnie całe i wieczór wspominam bardzo mile. Kamińscy byli na moich imieninach i od tego czasu często się spotykaliśmy.


W tym okresie w naszym wojskowym światku absorbowała umysły sprawa Drzazgów. P. Wandzia miała wspaniałe fiołkowe oczy, czarne, bogate włosy, czarujący sposób bycia i poczucie absolutnego szczęścia. Jako kierowniczka klubu garnizonowego organizowała różne ciekawe imprezy i spotkania autorskie (m. in. z Fleszarową – Muskat, którą często widywałyśmy później). Ed był dowódcą pułku i chyba (wg opinii ogółu) najprzystojniejszym oficerem WP. Poznałam kiedyś jego brzydką matkę, spracowaną chłopkę i 2 jego braci, równie jak on urodziwych i nie miałam pojęcia, jak podobieństwo jednak do matki mogło ich tak ozdobić, a ja tak oszpecić? Wanda miała moc wielbicieli, których bardzo zgrabnie umiała utrzymywać na dystans, Ed miał opinie donżuana i było w tym wiele prawdy. U nas w domu nie bywali, ale spotykaliśmy ich często na różnych imprezach i zabawach. Starsza ich córka była obrazem ojca, młodsza – Małgosia, miała szafirowe oczy matki i brązową kręconą czuprynę ojca. Były to tak śliczne dziewczynki, że nikt nie mógł obok nikt przejść obojętnie. Karnację miały olśniewająco brzoskwiniową po matce. O przygodach Eda mówiono wszędzie, szepty milkły tylko przy Wandzie. Wydawało się, że bezgranicznie wierzy mężowi. Pewnego dnia Wanda zadzwoniła do męża, że wraca z dziećmi do domu jutro (spędzała urlop u rodziców w Białymstoku), aby przysłał samochód do Gdyni. Małżonek zapewniając o swej tęsknocie obiecał sam po nie przyjechać. Za kilka minut Wanda otworzyła drzwi i weszła do mieszkania, dla żartu bowiem wprowadziła męża w błąd dzwoniąc ze stacji kolejki we Wrzeszczu. Konsternacja – Małgosia biegnie do ojca, którego w sypialni zastaje z własną sekretarką, oczywiście oboje, jak ich Pan Bóg stworzył. Ojciec przykrywa dziewczynę prześcieradłem i mówi:

- Pozwól Małgosiu, że ci przedstawię twoją nową mamusię. Małgosia wybucha płaczem, a Wanda już wchodzi do sypialni z sąsiadem – pułkownikiem (który za Wandą wszedł mając interes do męża). Biedny sąsiad omal nie padł trupem, a Wanda spokojnie zamknęła drzwi sypialni, aby druga córka nie zdążyła wejść i zabrała się za rozpakowywanie walizek. Następnie zwolniła się z pracy i wraz z dziećmi wyjechała do Białegostoku równocześnie wnosząc pozew o rozwód. Tymczasem Ed, dotychczas jak najlepiej mówiący o żonie, zmienił „melodię”. Zarozumiała i głupia, jak ona mogła mnie tak skompromitować? Użył wszelkich wpływów i rozwód dostali z winy... Wandy. Nigdy już jej nie spotkałam, ale słyszałam, że kilka lat później wyszła za mąż i była najzupełniej z życia zadowolona. A Ed? Krystyna orzekła – „W przyzwoitych domach nie powinno się go przyjmować”. Ale widocznie „przyzwoitych domów” nie było, bo bywał wszędzie zapraszany. Mężczyznom umiał wmówić poczucie krzywdy, jaką mu „niedobra żona” wyrządziła, kobiety ulegały jego urokowi. Lucyna chętnie go widziała przy boku, a i Krystyna często do siebie zapraszała, zwłaszcza po zlikwidowaniu Korpusu, gdy Kamiński wyjechał na 10 miesięczny kurs przy Akademii Frunzego w Moskwie, a opiekę nad swą rodziną powierzył Pawłowi. Odtąd Ed, Krystyna i Paweł byli nierozłączni.
        Kilka lat później naprzeciw naszego balkonu (na II piętrze) widniało mieszkanie Eda Drzazgi (na I piętrze), którego okna były często w dzień zasłaniane. Kiedyś Marysia Drotlew będąc u mnie zawołała: „Zobacz, tam okna zasłania znajoma z naszego biura. Czy ty wiesz, co za małpa? Była już kochanka dyrektorów, kierowników, teraz już sieje spustoszenie wśród szeregowych pracowników. Dostała niejeden raz parasolką, ale takiej się nie zmieni. Rude to, paskudne, ale trzeba przyznać, że zgrabna”.
Ludmiła Czepita, 1957 r.

       Gdy w czasie jednej z zabaw Ed podszedł do naszego stolika z zapytaniem, czy może się przysiąść z narzeczoną, Paweł natychmiast zrobił dla nich miejsce. Omal nie spadłam z krzesła, gdy zobaczyłam kogo prowadzi. Elegantka, jak modelka zachowywała się jak kapryśne dziecko. Nie wiem jak miała na imię, bo stale do siebie mówili „skarbeczku”, „ptaszku”, „szczęście” itp. Straciła rezon dopiero gdy Ed nieświadomie powiedział, ze jesteśmy sąsiadkami. Ale Ed niczego nie zauważył i nikt go nie uświadomił. Pobrali się, a Ed co kilka zdań wtrącał: życie zaczyna się po 40-tce!”. Płonął zachwytem. Spotkaliśmy się w Dziwnowie pod namiotami. Ich namiot stał pechowo obok naszego. Nowożeńcy ćwierkali do siebie, ona mu stale siadała na kolana. Po kolacji tańczyli przytuleni i ok. 22-giej już ich nie było. Po kilku dniach zauważyłam, że pani Drzazgowa uśpiwszy męża wraca na zabawę i tańczy z żołnierzami (oficerowie wszyscy byli z żonami) i jest ze wszystkimi na ty. Nikt nie okazał się „usłużny” wobec męża i urlop przeszedł spokojnie. Pani starała się być dla nas urocza. Spotkałam Edka, gdy został generałem. Przestał mówić, że „życie zaczyna się po 40-tce”, miał twarz zgaszoną i jakby nie swoją. Fama głosiła, ze żonę „leje” dość często pasem i zamyka w domu. Myślę, że ona mu odpłaciła za wszystkie przykrości, które zrobił Wandzie. Zajął się pewnie tym los!


[1]Edward Drzazga (ur. 26 sierpnia1924 w Wolicy pow. Janów Lubelski) – generał brygady WP. Skończył dwie klasy gimnazjum w Chełmie. 5 sierpnia 1944 wstąpił do 3 Zapasowego Pułku Piechoty w Lublinie. Skończył szkołę oficerską ze stopniem plutonowego[potrzebne źródło]. Od stycznia do kwietnia 1945 w Oficerskiej Szkole Piechoty w Lublinie, po ukończeniu której został podporucznikiem. 1945-1948 m.in. dowódca kompanii w 65 Pułku Piechoty w Białymstoku. W 1950 skończył kurs w szkole piechoty w Rembertowie, a 1954-1957 studiował w Akademii Sztabu Generalnego. Od sierpnia 1957 dowódca 14 Samodzielnego Batalionu Obrony Wybrzeża w Warcisławiu, a od 1958 zastępca dowódcy 39 Pułku Zmechanizowanego ds. liniowych w Trzebiatowie. W 1959 został dowódcą 76 Pułku Piechoty w Gdańsku. Od 1963 zastępca szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Szczecinie. W 1965 został szefem sztabu - zastępcą dowódcy 2 Dywizji Zmechanizowanej w Nysie. 1967-1969 na studiach w Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR im. K. Woroszyłowa w Moskwie. 1969-1970 zastępca szefa oddziału w Zarządzie Operacyjnym Sztabu Generalnego WP, od października 1970 do kwietnia 1975 dowódca 2 Dywizji Zmechanizowanej w Nysie. 29 IX 1973 mianowany generałem brygady, nominację wręczył mu w Belwederze 10 X I sekretarz PZPR Edward Gierek. W maju 1975 został komendantem Wyższej Szkoły Oficerskiej Służb Kwatermistrzowskich w Poznaniu. Od maja 1977 zastępca Głównego Kwatermistrza WP. 20 VI 1980 został zastępcą dowódcy Warszawskiego Okręgu Wojskowego ds. Obrony Terytorialnej (do 20 V 1983). Od czerwca 1983 szef Głównej Inspekcji Terenowej w Ministerstwie Administracji, Gospodarki Terenowej i Ochrony Środowiska. 13 XI 1985 został Głównym Inspektorem Kontroli i podsekretarzem stanu w URM. Od kwietnia do listopada 1990 w dyspozycji MON, następnie przeniesiony w stan spoczynku (pożegnany przez ministra obrony narodowej gen. armii Floriana Siwickiego), zamieszkał w Iławie.



 --------------------------------------------------------------------------

   W końcu lat sześćdziesiątych miałem przyjemność ponownie spotkać córki Ludmiły: Ewę i Mariolę, tym razem już jako dorastające panny. Postanowiły one zwiedzić stolicę. Któregoś pięknego dnia wpadły bez zapowiedzi z odwiedzinami do wujka Jerzego i cioci Marysi. Rodzice byli w lekkim szoku, ale przyjęli je gościnnie, a matka pokazała Warszawę. Niewiele pamiętam z tych wydarzeń, byłem w końcu o kilka lat od nich młodszy a w tym wieku to kosmiczna różnica.
   Na wieść, że Ludmile urodziła się wnuczka Ania, ojciec napisał do tej ostatniej list z prośbą, aby jej wręczyć, gdy osiągnie 18-ty rok życia. Tak też się stało.


Warszawa, 14 maja 1977 r.



Kochana Aniu,



Witamy Cię na tym „możliwie najlepszym ze światów”. Cieszymy się, że ta intronizacja odbyła się bez komplikacji, że Mamusia dobrze się czuje, że Babcia nie zemdlała z wrażenia a Tatuś po męsku przejął swoją nową funkcję. Wprawdzie nie jesteś w wieku epistolograficznym i nie możesz własnoręcznie odczytać tego posłania, ale mamy nadzieję, że Twoi najbliżsi przekażą Ci nasze życzenia, żebyś rosła zdrowo i na pociechę wszystkim, którzy Cię kochają.

   Gdy wybije północ roku 2000-nego, będziesz zapewne, jako femina studiosa, bawić się wesoło na balu akademickim, uśmiechniesz się pobłażliwie, gdy orkiestra zagra jakąś staroświecką czaczę lub bugi-ługi. Twoja cała świadoma działalność będzie związana z wiekiem XXI-szym, którego my sobie nawet wyobrazić nie możemy. Będziesz doznawać nieznanych nam wrażeń, posiądziesz wiedzę o nieznanych nam sprawach. A gdy wkroczysz w zaczynającą się po pięćdziesiątce dojrzałą młodość, czasem oglądniesz się wstecz i zdziwisz się, że to tak szybko przeleciało.

   Życzymy Ci więc, żeby czas był dla Ciebie łaskawy, byś długo korzystała ze wszystkich radości życia, jakie zaoferuje ludziom nadchodząca epoka.

   Całkiem w sekrecie (niech to pozostanie między nami) radzimy Ci, żebyś się nie pozwoliła uważać za najpiękniejsze i najmądrzejsze dziecko świata, ale któż to wyperswaduje rodzicom i babciom!

   Całujemy Cię wielokrotnie po kolei i wszyscy razem



Maria, Jerzy, Tomasz

Zabiełłowie


   List wywołał nieprzewidziany skutek. Po śmierci ojca kontakt z Czepitami urwał się. W kilka lat później zmarły zresztą zarówno Ludmiła jak i moja matka. Jednak Ania, zainspirowana listem i opowieściami rodzinnymi, postanowiła odszukać rodzinę Jerzego. Na początku nowego tysiąclecia przyjechała do stolicy i pewnego pięknego dnia zapukała do naszych drzwi. Niezwłocznie skontaktowałem się z córkami Ludmiły. Nasza przyjaźń trwa do dzisiaj.