środa, 26 sierpnia 2015




(30) Czas wolny i wakacje

   Z moimi koleżankami nie utrzymywałem bliższych towarzyskich kontaktów - byłem zbyt nieśmiały. Przez pięć lat kochałem się platonicznie w jednej i tej samej Eli Romanowskiej, niestety, bez wzajemności, którą zdobyli chłopcy bardziej przedsiębiorczy. Natomiast z wielu kolegami utrzymywałem przyjacielskie stosunki. Należeli do nich Janusz Mondalski, Romek Kulesza, Tolek Danilczyk, Heniek Klebeko i in. Z Heniem Klebeko nawiązaliśmy kontakt już w pierwszej klasie. Pewnego dnia zaprowadził mnie do siebie do domu, nałożył nam rękawice bokserskie, po czym, gdy stanęliśmy w przepisowej pozycji, rąbnął prawym prostym w nos, nokautując w pierwszej sekundzie walki. Musiał mnie potem długo cucić wodą. W późniejszych latach boks zamieniliśmy na szachy, gdzie również z łatwością wygrywał. Jego ośmioletnia siostra, Marychna, rozpraszała naszą uwagę, fikając koziołki na kanapie lub pomagając przesuwać figury na szachownicy, co wywoływało gwałtowną reakcję brata i moje perswazje w rodzaju "dziewczynko, nie przeszkadzaj!" (Marychna dziesięć lat później została narzeczoną autora, a za kolejne dziesięć - żoną, a wkrótce potem również matką redaktora - red.).

Maria Klebeko, połowa lat 30-tych
   Nie wszystkie nasze zabawy miały tak niewinny przebieg. Kiedyś staliśmy na balkonie, jedząc wiśnie i rzucając pestki na głowy przechodniów idących ul. 3 Maja. W pewnym momencie usłyszeliśmy gwałtowne stukanie do drzwi: wkroczył rozsierdzony jegomość w asyście policjanta. Niewiele brakowało do spisania protokołu. Poszkodowany pestką pan złagodniał jednak, gdy spostrzegł, że to mieszkanie jego znajomych. Strach pomyśleć, co by się stało, jeśliby przyszło mu na myśl powiadomić dyrekcję gimnazjum!

   Zanim stałem się samodzielny, jedyną praktycznie możliwością spędzenia wakacji był wyjazd do krewnych na Wołyń. Kilkakrotnie jednak pozostałem latem w Brześciu. Mając własny rower, odbywałem spacery w okolicy miasta. Najczęściej jednak jeździłem nad Muchawiec, przepływający u południowych granic Brześcia. Początkowo nie umiałem pływać i do dziś się dziwię, że rodzice tak łatwo pozwalali mi na przebywanie całymi dniami nad rzeką. W okresie suszy była ona niezbyt głęboka, ale starczało miejsca, aby się utopić. Toteż topiąc się, poznałem tajniki pływania. Pewnego dnia straciłem grunt pod nogami i zacząłem rozpaczliwie machać rękami i nogami, połknąwszy przy tym sporo wody. Wstydziłem się wołać o pomoc, więc ludzie na plaży nic nie zauważyli. W końcu dotarłem na płyciznę. Ten sukces dodał mi odwagi i następnym razem już śmielej kładłem się na wodzie, nie usiłując ciągnąć nogami po dnie. Wkrótce przepływałem całą rzekę w poprzek - jakieś 50-70 metrów.

Muchawiec, stan przedwojenny.
   Wzdłuż wybrzeży ciągnęły się liczne przystanie klubów sportowych i różnych instytucji. Można tu było wynająć kajak (godzina 20 gr), często więc korzystałem z tej przyjemności. Nikt wówczas nie słyszał o karcie pływackiej. Gdzieniegdzie co prawda należało wychodzić z kajaka do wody sięgającej na mieliznach po kostki, w sumie jednak bawiłem się nieźle, wyrabiając przy tym sprawność wszystkich mięśni i zdobywając modną opaleniznę.

Muchawiec
   Wczesnym latem lubiłem jeździć rowerem do Twierdzy. Jej zewnętrzne obwałowania, porośnięte gęstą roślinnością, tworzyły malowniczy widok i wydawały silny zapach kwiatów oraz wszelakiego ziela. Przyjemnie było zniknąć w tej zieleni, nad fosą pełną wodnych lilii, słuchać odgłosów ptactwa i kumkania żab. Idealne miejsce do czytania i rozmyślań. Miałem tam ulubione zakątki, w których mogłem przesiadywać godzinami przez nikogo nie niepokojony.

Wycieczka rowerowa wokół Twierdzy. Autor po prawej. 1937.
   Wakacje 1937 roku spędzałem w mieście. W tym czasie na poligonie Trauguttowo, za Muchawcem, prowadzono roboty budowlane na wielką skalę. Wraz z Heniem Klebeko postanowiliśmy się tam zatrudnić, aby przez lato zarobić trochę grosza, którego zawsze brakowało. Heniek szybko uzyskał stanowisko pomocnika magazyniera (za protekcją swego wuja) i po miesiącu otrzymywał 60 zł. Ja jednak na próżno zwracałem się do kierowników robót - nigdzie nie było wolnych miejsc, nawet przy łopacie. Najgorzej płatna praca stanowiła wówczas wielką okazję dla bezrobotnych tak z miasta jak i okolicznych wsi. Osiem godzin dziennie machania łopatą czy kilofem nie jest dziś żadną atrakcją - wtedy ludzie bili się o taką robotę. Nie zarobiłem tego lata ani złotówki.
   W 1938 roku, mając trochę uskładanych pieniędzy za korepetycje, spędziłem wakacje w sposób bardziej urozmaicony. Najpierw pojechałem do ciotki Miry, do Białegostoku. Udaliśmy się wówczas na wycieczkę do Grodna w celu spotkania z Lilą Sztachelską, która uczestniczyła tam w zawodach pływackich. Potem wyruszyliśmy przez Brześć do Równego, dokąd zapraszali nas Wirpszowie. Ściśle mówiąc, nie do samego miasta, ale w jego okolice, do wioski Chadosy pod Horyniem, gdzie ciotka Wala spędzała lato z dziećmi. Okolica była piękna - wysokie, kredowe brzegi Horynia, pełne źródełek kryształowej wody, soczyste łąki i głębokie lasy dawały doskonałe możliwości wypoczynku. Całymi dniami przebywaliśmy na powietrzu. Zjechało się tu wiele osób, głównie młodzieży, z rodziny wuja Olgierda. Sypialiśmy całą gromadą w stodole na sianie. W sąsiedztwie przebywało również wiele młodzieży z Równego, w tym kilka sympatycznych dziewczyn, z którymi szybko zawarłem znajomości i przyjaźnie. Z Wirpszankami znajdowałem się przeważnie w stanie wojny, były bowiem złośliwe i traktowały mnie nieco z góry, jako osoby o rok lub dwa starsze. Po latach oczywiście ten stosunek uległ całkowitej zmianie. Spotykamy się rzadko, ale zawsze z wzajemną sympatią.

Mirosława Zabiełło i Jerzy Zabiełło na wakacjach, Równe 1938.
   Wśród wesołych zabaw i używania na świeżym powietrzu, tylko ciotka Wala nie miała, prawdę mówiąc, wypoczynku. Musiała się zajmować nie tylko własnymi dziećmi, ale i całą czeredą gości. Podziwiałem jej cierpliwość i serdeczność, z jaką traktowała wszystkich bez wyjątku.
   W sąsiedztwie mieszkała jakaś dorodna blondyna przy kości, o której wybujałym temperamencie cała rodzina szeptała sobie ze zgorszeniem niesamowite opowieści - o tym, jak "zmuszała" mężczyzn do miłosnych igraszek. Przechodziłem więc koło jej okien z niejakim przerażeniem, nie potrafiłem bowiem wtedy skojarzyć sobie żadnych przyjemnych doznań związanych z takim okrucieństwem. Ów dreszczyk emocji i niepokoju stanowił pikantną okrasę tamtych dni, spędzanych beztrosko w przededniu trudnych zmagań, jakie czekały mnie w pierwszej klasie liceum.

   Obecne tempo życia narzuca intensywne formy rozrywek, hałaśliwy sposób spędzania wolnego czasu. W okresie mojego dzieciństwa uprawiano wiele gier na wolnym powietrzu, wśród których, oprócz siatkówki, piłki ręcznej, "dwóch ogni" czy koszykówki, zabawiano się w gry towarzyskie bardzo spokojne, nie wymagające wysiłku, pozwalające za to na żarty i prowadzenie rozmowy. Któż dziś pamięta o krokiecie czy "serso" (cerceau), miłych, pozbawionych emocji, ale jakże odprężających zabawach!
   Do krokieta potrzebny był równy kawałek powierzchni, wielkości mniej więcej boiska do koszykówki. Gra polegała na przeprowadzaniu drewnianej kuli przez system drucianych bramek, aż do centralnego palika. Każdy z graczy uderzał kolejno swoją kulę drewnianym młotkiem o bardzo długiej rękojeści. Gdy dwie kule zetknęły się ze sobą, gracz mający prawo ruchu mógł, przytrzymując stopą własną kulę, uderzyć silnie i posłać kulę przeciwnika daleko w bok, co pozbawiało go szans do zajęcia czołowego miejsca. Śmiechu było przy tym co niemiara! W grze mogła brać udział nawet większa gromadka osób - z tym, że wtedy należało dłużej czekać na swoją kolejkę. Ileż okazji do pogłębienia interesującej znajomości, umówienia się na randkę, zabłyśnięcia dowcipem w kulturalnej rozmowie! Bo sama gra stanowiła jedynie pretekst do powolnego spaceru i towarzyskiego kontaktu. Wspaniały Relaks!

Leon Wyczółkowski, Gra w krokieta, 1895.
   Każdy gracz w serso posiadał trzcinowy mieczyk i pewną ilość kół, również z trzciny. Rzucane przez partnera w górę kółko trzeba było schwytać na wyciągnięty mieczyk. Ot i wszystko. Zabawa prosta, łatwa i przyjemna, wymagająca nieco zręczności. Niewielki wysiłek, za to dużo śmiechu i trochę ruchu na świeżym powietrzu. Gry te z powodzeniem uprawiały dzieci, młodzież i dorośli. A że nie było przy tym tranzystorów, ani powodów do spięć i kłótni, więc system nerwowy wypoczywał. 
   Tak mijały lata dzieciństwa, wśród poważnej pracy i wesołych zabaw. Wszystkie te lata z perspektywy czasu wydają się beztroskie, bo jakież istotne kłopoty mogły nękać w tym wieku, gdy miało się dom, rodzinę, przyjaciół i skromne, ale pewne warunki egzystencji a sprawy bytowe i zawodowe nie zaprzątały umysłu?

niedziela, 9 sierpnia 2015




(29) Gimnazjum: korepetycje i przysposobienie wojskowe

   Na wiosnę 1936 roku, w drugiej klasie, odbyła się dwudniowa wycieczka do Krakowa. Koszt jej wynosił 5 złotych. Pamiętam z jakim niepokojem prosiłem rodziców o tę niebagatelną kwotę i moją radość, gdy wyrazili zgodę. Była to wycieczka zbiorowa z terenu całego kuratorium a jej główny cel stanowiło oddanie hołdu zmarłemu rok wcześniej marszałkowi Piłsudskiemu. Rankiem po przybyciu na dworzec krakowski i po zjedzeniu śniadania (kubek mleka i dwie bułki), wyruszyliśmy uroczystym pochodem na Wawel, do krypty Srebrnych Dzwonów w katedrze, gdzie spoczywał w srebrzystej trumnie Pierwszy Marszałek Polski. Trumna była w górnej części oszklona, mogliśmy więc, obchodząc ją dookoła, przypatrzeć się wąsatej, jakby pomniejszonej, papierowo-bladej twarzy wodza. Zwiedziliśmy następnie grobowce królewskie i sale zamkowe a po południu udaliśmy się na Sowiniec, gdzie przed kilku miesiącami rozpoczęto sypanie "Kopca Piłsudskiego". Odbyła się krótka (z powodu deszczu i zimna) uroczystość złożenia urny z ziemią poleską, po czym wzięliśmy się za taczki, aby usypać kolejny segment kopca. Istnieje on do dziś, ale zdaje się, nie został wykończony. Oficjalnie nazywa się "Kopcem na Sowińcu". (1973 - red.)
   Na drugi dzień zwiedzaliśmy inne zabytki starego Krakowa oraz kopalnię soli w Wieliczce. Wycieczka była dla mnie - mieszkańca głuchej prowincji - wielkim przeżyciem. Niestety, więcej wycieczek podczas naszej nauki w szkole nie organizowano.


   W trzeciej klasie byłem już dobrze zadomowiony w swej "budzie", jak pieszczotliwie nazywaliśmy gimnazjum. We wrześniu zastaliśmy tu wielu drugoroczniaków, bezlitośnie skazanych na powtórkę: Tadzia Szutkowskiego, Mańka Okonia, Wacka Okołowicza, Janka Purtala, Józia Tomaszewskiego, Pietię Karabana, Mietka Lorenca, jak również kilka koleżanek. Nie tak łatwo było przejść do czwartej klasy! Nowi koledzy okazali się chłopcami wesołymi, obytymi i z miejsca przejęli role wodzirejów w naszej małej społeczności. 
   Przedmioty humanistyczne nie sprawiały mi trudności, zwłaszcza z łaciny miałem ugruntowaną opinię dobrego ucznia. Byłem jednak bardzo zaskoczony, kiedy pewnego dnia, na przerwie, podszedł do mnie profesor Radziszewski i zapytał, czy nie chciałbym się podjąć udzielania korepetycji z łaciny jednemu z jego uczniów w drugiej klasie. Napomknął przy tym, że lekcje takie są oczywiście płatne, więc mogę nieco zarobić. W pierwszej chwili przestraszyłem się. Taka działalność to odpowiedzialność ale i dodatkowy wysiłek. Perspektywa uzyskania dla siebie paru złotych stanowiła jednak zachętę nie do pogardzenia - dorastałem i bardzo potrzebowałem pieniędzy na osobiste wydatki, a u rodziców mogłem liczyć co najwyżej na kilka biletów do kina. Po pewnym wahaniu wyraziłem więc zgodę. Zaraz zgłosił się do mnie mój pierwszy przyszły uczeń, Staś Maksymowicz, niewysoki chłopaczek, bystry i sympatyczny. Mieszkał niedaleko mnie, w domach kolejowych. Ustaliłem z jego matką wynagrodzenie w wysokości 15 zł miesięcznie i zabrałem się do pracy. Od razu stwierdziłem, iż chłopiec jest inteligentny, tylko brak mu ugruntowanych, podstawowych wiadomości. Nie poprzestałem więc na przerobieniu z nim każdej lekcji bieżącej, ale sięgnąłem wstecz oraz zadawałem wiele ćwiczeń w tłumaczeniu na łacinę. Była to podstawowa forma klasówek na tym etapie nauczania. Wkrótce osiągnął dużą wprawę i robił coraz mniej błędów. Wiedziałem, że zaczyna się poprawiać podczas ustnych odpowiedzi, ale wielkim, radosnym wydarzeniem było, gdy drugą z kolei klasówkę napisał na czwórkę! Nie taił swojego przyjemnego zdziwienia nauczyciel, rodzice ucznia zaczęli patrzeć na mnie jak na cudotwórcę, zaś koleżka nabrał zaufania we własne siły i tym pilniej słuchał mych wskazówek. Sukces i mnie bardzo podbudował, ponieważ potwierdził zastosowanie właściwej metody. W ciągu kolejnych dwóch lat miałem dalszych uczniów: Michała Androsiuka, Antoniego Trojanowskiego, Józia Ussorowskiego. Stosunki z moimi uczniami i ich rodzicami układały się na ogół bez większych kłopotów. Nieprzyjemnym zgrzytem zakończyły się jedynie korepetycje udzielane Trojanowskiemu. Był to tuman do kwadratu, syn pułkownika, doskonale sytuowanego. Zajmowali komfortowe, wielopokojowe mieszkanie przy ul. Zygmuntowskiej (podczas okupacji w tej willi znajdowała się siedziba brzeskiego gestapo). Pani pułkownikowa nie wypłaciła mi 20 zł należności za ostatni miesiąc. Stanowiło to dla mnie sumę niebagatelną, więc bardzo nad tym bolałem. Moja matka była oburzona. Gdy wyjechałem na wakacje, udała się do pułkownikowej, ale nic nie wskórała. Elegancka dama oświadczyła, że pieniędzy nie ma, gdyż musi jechać do Krynicy, dając przy tym do zrozumienia, że moja praca, jej zdaniem, dała zbyt słabe wyniki. Mogłem oczywiście zwrócić się o interwencję do nauczycieli, którzy z pewnością nie odmówiliby pomocy, ale machnąłem ręką na chamów. Takie było moje pierwsze bliższe zetknięcie z przedwojennym korpusem oficerskim.

   W czwartej klasie przybył nowy przedmiot: Przysposobienie Wojskowe. Przerobienie trzyletniego kursu wojennego rzemiosła dawało prawo, po maturze, do odbycia skróconej, jednorocznej służby wojskowej w roli "strzelca z cenzusem". 
   Już na pierwszej lekcji przejął nas instruktor, starszy sierżant Falkowski i z miejsca dał przedsmak traktowania śmierdzących cywilów przez zawodowych podoficerów. Kiedy ustawialiśmy się opieszale w nierównym dwuszeregu, kłócąc się przy tym i poszturchując, Falkowski przez chwilę patrzył na nas zimno z zaciśniętymi wargami, po czym nagle ryknął: "W tył zwrot! Biegiem marsz! Padnij! Powstań, biegiem marsz! Padnij, powstań, biegiem marsz!" i tak jeszcze kilkanaście razy. Wróciliśmy na miejsce zziajani, starając się ustawić równo i jak najszybciej. Odtąd "padnij-powstań" stało się naszym codziennym chlebem a jakikolwiek ruch w pozycji "na baczność" instruktor kwitował kąśliwym komentarzem w rodzaju: "rusza się tam, rusza, jak bździna w gaciach!"
   Do ćwiczeń PW wkładaliśmy mundury specjalnego kroju: zielona drelichowa bluza typu "rubaszka" z czarnymi mankietami i naramiennikami oraz drelichowe spodnie. Jako nakrycie głowy służyła gimnazjalna czapka. Obuwie - jakie kto miał. Wyposażenie uzupełniał pas główny, odziedziczony najczęściej po ojcu. Mieliśmy również nasze stopnie: w pierwszym roku szkolenia "młodszy junak", potem "junak" i "starszy junak". Odznaką stopnia była odpowiednia liczba złotych pasków na mankietach bluzy.
   Ćwiczenia obejmowały głównie musztrę i marsze a od drugiego roku również taktykę na szczeblu drużyny i plutonu. Odbywaliśmy strzelania z broni małokalibrowej oraz karabinu bojowego. To ostatnie stanowiło duże przeżycie. Bałem się i huku i kopnięcia kolby; leżąc na drewnianym stanowisku ogniowym, ściskałem z całej siły giwer a w momencie oddania strzału zamykałem oczy. Jak w tej sytuacji zdołałem otrzymać wynik dostateczny? Ha, cóż, chłop strzela, Pan Bóg kule nosi. Moje trzy pociski zaniósł widać łaskawie i uchronił w ten sposób przed kompromitacją. 
   W pocie czoła ćwiczyliśmy krok defiladowy, który w owym czasie stanowił naśladownictwo pruskiego. W ogóle musztra w szyku zwartym i kilometry marszu przeważały w przygotowaniach mających uczynić z nas prawdziwych żołnierzy Rzeczypospolitej. Podczas marszu obowiązkowo śpiewaliśmy. Najczęściej "Madelon", "Serce w plecaku", "Piechota szara", "Morze, nasze morze" i "Jak dobrze nam". Niekiedy byliśmy jednak zbyt zmęczeni, by wydzierać gardła.  Na komendę "kompania - śpiew!" człapaliśmy dalej ponuro i w milczeniu. Ale taki bunt nigdy nie uchodził płazem. "Baczność!, Spocznij! Baczność! Lotnik, kryj się!" następowało błyskawicznie jedno po drugim, co wymuszało na nas w końcu intonacje dziarskich melodii. Wola dowódcy musiała zostać przeforsowana, inaczej nie byłoby wojska. 
   Ćwiczenia z bronią odbywaliśmy ze starymi, dziewiętnastowiecznymi mauzerami, . Do musztry wydawano nam je bez zamków - nie tyle ze względów oszczędnościowych, ile z obawy, abyśmy się nie postrzelili. Istniała bowiem całkiem realna możliwość, iż któryś z nas mógłby przeszmuglować ostre naboje i załadować podczas zajęć.
   Najwięcej kłopotów występowało z salutowaniem. Występując w mundurze PW mieliśmy obowiązek oddawania honorów wszystkim, zarówno cywilom (naszym nauczycielom), jak i wojskowym od stopnia kaprala wzwyż. Z wojskowymi jeszcze pół biedy, chociaż niektórych oficerów dziwił widok przyłożonych służbiście palców do gimnazjalnej maciejówki. Natomiast nauczyciele nie mogli się przyzwyczaić do tego, że raz przed nimi zdejmowano czapkę a innym razem w tej samej czapce salutowano. Wydawało im się to kpiną lub żartem, nieraz zgłaszali pretensje do zachowania uczniów.  Nikt nie chciał uznać w nas żołnierzy.

   Ukoronowaniem dwóch lat pracowitego wyrabiania cnót żołnierskich stało się zgrupowanie na obozie w Duryczach nad Bugiem. Tuż po zakończeniu nauki w czerwcu 1938 roku wyjechaliśmy w kilku wagonach doczepionych do pociągu pasażerskiego Brześć - Chełm. Obóz zorganizowano dość porządnie - baraki solidne i w miarę wygodne, zaś budynek dowództwa, kuchnia i pomieszczenia dla kadry - murowane. Kompania junacka składała się z czterech plutonów, każdy pluton zajmował jeden barak. Nasza, 1. kompania, obejmowała młodzież z obu liceów brzeskich (Traugutta i Niemcewicza), Technikum kolejowego i żydowskiego Tarbuta. W trzech dalszych znajdowali się uczniowie z innych miast okręgu szkolnego. Toaletę odbywaliśmy dwa razy dziennie w Bugu, tam też myliśmy menażki. Latryny kopaliśmy sami.
   Na drugi dzień po przybyciu zaczęło się normalne obozowe życie: rano pobudka i gimnastyka, mycie w rzece, słanie łóżek, śniadanie, apel poranny, wymarsz na ćwiczenia. Obiad o pierwszej, potem czyszczenie broni, musztra lub inne zajęcia - do kolacji. Wreszcie wieczorem trochę wolnego czasu, mycie, apel wieczorny i capstrzyk. Słanie łóżek "w kostkę", układanie na noc umundurowania "w kostkę" - te koszarowe zmory towarzyszyły nam do ostatniego dnia obozu.
Obóz w Duryczach (obecnie Znamienka) w latach 30-tych. Nauka o broni.
   Bywały też - jak to w wojsku - nocne ćwiczenia. Tu, niestety, nie popisaliśmy się. Takiego zdania był przynajmniej por. Medyna. W ciepłą, lipcową noc szliśmy marszem ubezpieczonym. W pewnym momencie szpica czołowa zmyliła drogę i przepadła jak kamień w wodę. Ubezpieczenie boczne wlazło między krzaki i ździebko się zdrzemnęło. W rezultacie, zadanie zaskoczenia i wzięcia nieprzyjaciela do niewoli nie zostało wykonane. Przeciwnie, to nieprzyjaciel napatoczył się na nas i wśród dzikich wrzasków usiłował na swoją stronę przeważyć zwycięstwo. Nastąpiło niesamowite zamieszanie, które nadludzkim wysiłkiem opanowali oficerowie. Medyna aż warczał z wściekłości. Znalazł w końcu nieszczęsnych winowajców - szperaczy, ustawił ich przed frontem kompanii i wygłosił do nas przemówienie mniej więcej takiej treści:
   "Widzicie tych dwóch chu...ów? Sp...lili mi sk...y całe zadanie! Ach, wy, k...wa wasza mać, je...ł was pies, je...ł was w d...pę pies jeszcze raz!" - litania ta powtórzyła się wielokrotnie, w różnych pełnych inwencji odmianach. Słuchaliśmy jej z zachwytem i w skrytości ducha wkuwaliśmy na pamięć, jako piękny przykład jędrnego języka wojskowego, którego opanowanie stanowiło przedmiot naszych marzeń i ambicji.
Czyszczenie broni na obozie PW. Lata trzydzieste. (http://muzeumhw.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=287:junacy-pw&catid=62:junacy-pw&Itemid=125).
   Pod koniec cyklu szkoleniowego odbyły się "wielkie manewry" - natarcie kompanii piechoty na umocnioną obronę nieprzyjaciela. Długo trwało udzielanie ostatnich wskazówek przez zdenerwowanych oficerów. Leżeliśmy na pozycji wyjściowej na skraju lasku. Przed nami rozciągało się pole długości ok. 300 metrów a po jego przeciwległej stronie, na stoku wzgórza, okopał się nieprzyjaciel. Każdy zafasował po sporej garści ślepaków. Na sygnał rakietą ruszyły tyraliery. Atakowaliśmy systemem "Ty strzelaj, ja biegnę!" Strzelaliśmy z zapałem i wkrótce upalne powietrze przesycił zapach prochu a nad polem wzniosła się błękitna mgiełka. Zdyszani i spoceni podrywaliśmy się co chwilę, przebiegaliśmy kilka kroków i padaliśmy ciężko na ziemię. Kanonada nieprzyjacielska brzmiała coraz bliżej. Dotarłszy na odległość szturmową, poderwaliśmy się wszyscy na raz i z rykiem wpadliśmy do okopów nieprzyjaciela. Rozgorzała zawzięta walka wręcz. Wróg nie miał oczywiście żadnych szans, skoro wszyscy, cali i zdrowi, dotarliśmy do jego stanowisk.Wprawdzie w trakcie natarcia "trup" padał gęsto i ćwiczyliśmy przejmowanie komendy od poległych dowódców, ale w końcu całą kompanią, żywi i martwi, dopadliśmy nieprzyjaciół. Pozorowana walka przerodziła się w bijatykę na serio, w której obie strony zebrały wiele zaszczytnych guzów. Ach, co to była za wojna! Tak wojować moglibyśmy codziennie, byle tylko kuchnia polowa regularnie dowoziła gulasz!...
   W ostatnim dniu obozu odbyła się uroczysta msza polowa a po niej defilada. Zjechało wielu wyższych oficerów i przedstawicieli władz, więc defilada musiała wypaść na sto dwa. Dlatego też ja i Janusz Śnieciński zostaliśmy z niej wyłączeni, gdyż przerastając o głowę całą kompanię psuliśmy symetrię górnej powierzchni czworoboku.  Janusz przyjął to z filozoficznym spokojem, a nawet z zadowoleniem, że zamiast smażyć się w słońcu i łykać kurz wzbijany setkami butów, może się obijać w cichych, cienistych kwaterach. Ja jednak przeżyłem moją degradację głęboko i miałem nawet łzy w ochach. Porucznik Medyna pocieszał mnie, jak mógł, lecz przez dłuższy czas czułem się upokorzony. 
   Od udziału we mszy i defiladzie zwolnieni też zostali junacy żydowscy z czwartego plutonu. Im jednak nie stworzono okazji do obijania się - musieli chwycić za łopaty i kopać latryny dla całej kompanii. Była to dyskryminacja całkiem w stylu epoki, jeden ze sposobów wznoszenia muru między narodowościami i pogłębiania wzajemnej niechęci, jakby za mało było trudności z tak zwanymi mniejszościami, które na tamtych terenach w istocie stanowiły większość...
   Na obozie raz stanąłem do raportu karnego za pozostawienie "bez opieki" karabinu obok baraku. Zabrał go oficer inspekcyjny, gdy na chwilę odwróciłem głowę. Z tego powodu otrzymałem na zakończenie obozu tylko stopień dobry. Dawał on jednak prawo do noszenia "Krzyża PW", który natychmiast po powrocie do Brześcia kupiłem i z dumą nosiłem w klapie marynarki. Szpikowanie ubrania różnymi odznakami było wówczas bardzo modne. Ja miałem ich trzy: oprócz wspomnianego krzyża także Odznakę Sportową (POS) oraz brązową odznakę strzelecką - obie również uzyskane  w Przysposobieniu Wojskowym.
-------------------------------------------------
O tym, że obozy PW nie zawsze kończyły się tak szczęśliwie, świadczy historia z 1931 r., opisana w artykule poniżej:  mazowsze.hist.pl/40/fack_you_admin/844/2008/1327/4_217/31673/


wtorek, 23 czerwca 2015




(27) Szkółka - dyscyplina

   Drugą metodą wychowania była, jak wspomniałem, surowa dyscyplina i rygory, wybiegające daleko poza szkołę, ingerujące w życie prywatne uczniów. Obowiązywał zakaz organizowania zabaw domowych ("prywatek") bez wiedzy i zgody dyrektora. To samo dotyczyło uczęszczania na pozaszkolne impresy taneczne i rozrywkowe. Do kina wolno było chodzić jedynie na film, którego afisz, z podpisem dyrektora i pieczątką szkoły, zawieszono na szkolnej tablicy ogłoszeń - i wyłącznie na pierwszy seans. W zasadzie dotyczyło to wyłącznie kina :Adria", najbardziej reprezentatywnego w mieście. Do pozostałych dyrekcja zabraniała uczęszczać z bliżej nieznanych mi powodów. Zakaz funkcjonował nie tylko na papierze. Nauczyciele dyżurowali w poczekalniach kin, wyłapując delikwentów naruszających dyscyplinę. Jednak szczytem rygoru był zakaz spacerowania po południu i wieczorem po głównym deptaku Brześcia, tj. ulicą 3 Maja, na odcinku od ulicy Unii Lubelskiej do Dąbrowskiego. A należy przypomnieć, iż promenada należała do nielicznych rozrywek w naszym mieście; tu wszyscy mogli się spotkać, wymienić ploteczki, ocenić toalety. Tu można było pokazać się w towarzystwie atrakcyjnej koleżanki i wzbudzić zawiść rywali. Dlaczego właśnie tam nie wolno było spacerować? Jeśli chodziło o zmuszenie uczniów do przesiadywania nad książkami - zakaz nie przyniósł efektów. Jeśli zaś dyrekcja starała się uchronić nasze niewinne duszyczki od kontaktu z tak zwanym elementem, to również nie miało to sensu, gdyż "element" zarzucał swoje sieci i na innych ulicach. Pamiętam, gdy mieszkałem jeszcze na Kobryńskiej, a więc miałem najwyżej 15 lat,wracałem pewnego wieczoru do domu. W pobliżu gimnazjum zaczepiła mnie, stojąc w bramie, nie pierwszej młodości dama i półgłosem zaprosiła do siebie ("sama jedna mieszkam..."). Było to moje pierwsze spotkanie z owym zawodem. Odszedłem bez słowa, ale przez długi czas pozostawałem w rozterce, jak właściwie należało się zachować wobec tego rodzaju propozycji? Nie taję jednak, że w głębi ducha trochę mi to pochlebiło.
   Rzecz jasna, z powodu mojej odmowy ani owa dama ani jej koleżanki nie cierpiały na brak pracy. W poniedziałkowe ranki na skwerze ulicy Mickiewicza można było garściami zbierać wyroby kauczukowe firmy "Olla" - owoce skutecznego wydatkowania nagromadzonej energii żołnierzy WP na niedzielnej przepustce. 
   Z tego wszystkiego nie należy wnioskować, iż to pełne zakazów życie przygnębiało nas lub powodowało objawy frustracji. Nic bardziej mylnego. Wszystkie ograniczenia swobody przyjmowaliśmy z humorem, starając się je omijać przy każdej okazji. 
   Możliwości działania kulturalnego lub organizacyjnego nie wyglądały imponująco. Na terenie szkoły funkcjonowały takie organizacje, jak ZHP, PCK, LOPP (Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej, zwana w społeczeństwie złośliwie Ligą Oberwańców Proszących Pieniędzy), LMK (Liga Morska i Kolonialna ). W praktyce tylko harcerstwo rozwijało szerszą działalność. Nie było żadnej świetlicy ani sali gier, nie istniał chór czy też zespół muzyczny lub dramatyczny. Grę w ping-ponga organizowaliśmy sobie sami w piwnicy budynku szkolnego, pod mieszkaniem dyrektora. Gdy jednak frekwencja w turniejach znacznie się zwiększyła i odpowiednio wzrósł hałas, pewnego razu do piwnicy wkroczył dyrektor i kilkoma słowami rozpędził nas na cztery wiatry. Do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego przy tylu zakazach nie starano się nam zorganizować jakiegoś pozalekcyjnego życia. Miejsca nie brakowało, np. ogromna aula przeważnie stała pusta i zamknięta. Być może nie przewidziano na to funduszów.
   Wspomniałem poprzednio o jeszcze jednym zakazie: uczniom gimnazjum i liceum nie wolno było grać w piłkę nożną i oczywiście należeć do jakiegokolwiek klubu. "Wielki sport" do nas nie docierał. Tutejsze kluby miały zawodników na bardzo niskim poziomie, z czego jednak początkowo nie zdawaliśmy sobie sprawy. Czołowym bramkarzem Brześcia był niejaki Skulski. Podziwialiśmy go na boisku, gdzie występował zawsze w czapce nasuniętej na oczy i nonszalancko pluł na prawo i lewo, zapewne dla okazania zimnej krwi i lekceważenia przeciwnika. Zachwycaliśmy się nim do czasu jego wielkiej kompromitacji; wiosną 1939 roku powracająca z Warszawy narodowa drużyna Litwy rozegrała - nie wiem dlaczego - mecz z reprezentacją Brześcia. Wygrali Litwini... 12:0. Skulski skakał jak polny konik, ale nie był w stanie obronić żadnego strzału oddanego w światło bramki. Od tego czasu jego akcje spadły w naszych oczach do zera. 

  

niedziela, 21 czerwca 2015




(26) Szkolna społeczność i religia

   Było nas w tej pierwszej klasie około trzydzieścioro, dziewczynek nieco mniej niż chłopców. Po raz pierwszy znalazłem się w szkole koedukacyjnej i ten fakt był dla mnie przez pewien czas ambarasujący; nie wiedziałem, jak się wobec dziewczyn zachowywać. Ich obecność wywoływała jednak niewątpliwie dodatni wpływ na nasze sztubackie skłonności do brykania. W porównaniu ze szkołą, do której miałem szczęście uczęszczać wcześniej, moi koledzy zachowywali się o niebo spokojniej; złośliwe bójki znikły, słów niecenzuralnych używaliśmy dyskretnie. W późniejszych latach rozkwitały mniej lub bardziej niewinne uczucia. 
   Skład narodowościowy i socjalny uczniów stanowił odbicie stosunków panujących w II Rzeczypospolitej. Przeważali Polacy, Rosjan było znacznie mniej niż w szkole podstawowej - ok. 15%. Natomiast, o ile w podstawówce nie spotykałem kolegów Żydów, tu mieliśmy w klasie dwie koleżanki tej narodowości: Chanę Wysokównę, córkę sklepikarki z Kijówki i Dorę Minowicką, córkę stolarza, który wykonywał różne prace dla szkoły. Skąd taki skład narodowościowy w mieście, w którym ludność polska stanowiła zdecydowaną mniejszość? Otóż Żydzi mieli własne szkoły powszechne oraz gimnazjum i liceum "Tarbut" z żydowskim językiem wykładowym. Znana niechęć tej narodowości do asymilacji stanowiła główną przyczynę braku jej młodzieży w szkołach polskich. Zresztą większość miała po dojściu do pełnoletności objąć małe sklepiki i warsztaty rzemieślnicze a do tej pracy nie był potrzebny nadmiar wykształcenia. Tylko nieliczni zasilali szeregi inteligencji żydowskiej, głównie w wolnych zawodach (prawnicy, lekarze, handlowcy wyższego szczebla). Część nastawiała się na emigrację, więc tym bardziej nie widziała potrzeby pobierania nauk w języku polskim. 
   Rosjanie nie mieli szkół podstawowych, istniała natomiast szkoła średnia prywatnego towarzystwa kulturalnego "Proswita". Tam uczęszczała większość tych, którzy przysposabiali się do zawodów urzędniczych, względnie zamierzali podjąć studia wyższe. Tak więc obie narodowości "delegowały" do średnich szkół polskich niewielki odsetek swojej młodzieży, co mogło świadczyć o zamiarze utrzymywania odrębności kulturalnej, ale też i o lekceważeniu szkolnictwa polskiego. 
   Jest faktem znamiennym, że wszyscy Rosjanie, których znałem - starzy i młodzi, mówili doskonale po polsku, najczęściej nawet bez żadnego wschodniego akcentu, mimo że między sobą używali wyłącznie języka rosyjskiego i zachowywali całą swoją obyczajowość. Z kolegami Rosjanami żyliśmy też w całkowitej przyjaźni, bywaliśmy u siebie a ich odrębność manifestowała się jedynie na nauce religii, którą oni pobierali odrębnie. Z Żydami stosunki układały się inaczej. O ile w szkole były raczej poprawne, to jednak do żadnej bliższej zażyłości po lekcjach nigdy nie dochodziło. Stanowili społeczność zamkniętą i nie przejawiali żadnej chęci do nawiązywania prywatnych kontaktów.
   Szkoła państwowa przestrzegała zasady pełnej tolerancji i nie zdarzały się poważniejsze ekscesy o charakterze nacjonalistycznym. Nauczyciele Rosjanie z równą bezwzględnością stawiali dwójki uczniom Polakom jak i swoim ziomkom i równie sprawiedliwie wyróżniali za dobre postępy, bez względu na narodowość. Prawdopodobnie nie istniały też żadne podziały w gronie nauczycielskim. Sprzyjał temu brak szowinizmu ze strony Polaków. II wojna światowa wykazała, iż podziały nie zawsze przebiegały według pochodzenia narodowego. 
   W liczbie trzydziestu uczniów pierwszej klasy znajdowało się 3-4 Rosjan i 2 Żydów. Mieliśmy też koleżankę z pochodzenia Niemkę, Ewelinę Hildebrandt. Reszta to Polacy. Był to stosunek odwrotnie proporcjonalny do układu narodowościowego w mieście.
   Nie mniej charakterystycznie wyglądał skład socjalny uczniów. Około 50% stanowiły dzieci inteligencji pracującej (nauczycieli, urzędników, wojskowych), 30% - tak zwanych wolnych zawodów i kupiectwa, 10% - rzemiosła, 10% - robotników, głównie niższych funkcjonariuszy kolei. W innych klasach bywały dzieci właścicieli i dzierżawców folwarków, ale ani jednego dziecka chłopskiego. Być może w miastach powiatowych ten skład przedstawiał się nieco inaczej, wszędzie jednak przeważały dzieci polskiej inteligencji i mieszczaństwa. 
   Nasze wychowanie obywatelskie odbywało się głównie poprzez naukę religii i stosowanie surowego reżimu, przypominającego dryl koszarowy.  Ksiądz był głównym opiniodawcą w zakresie "oblicza ideologicznego" ucznia. Chodziło przy tym mniej o odpowiedzi przedmiotowe na lekcjach religii, ile raczej o systematyczne spełnianie obowiązków religijnych: obecność na nabożeństwach, przystępowanie do spowiedzi i komunii, udział w rekolekcjach itp. W tym zakresie kontrola władz była nader dokładna. Katolicy musieli brać udział w coniedzielnych mszach, urządzanych w kaplicy gimnazjalnej a dyżurni wychowawcy sprawdzali obecność. Msza odbywała się według ściśle określonego porządku: najpierw uczniów ustawiano czwórkami na korytarzu w kolejności klas - najmłodsi na czele, starsi na końcu, przy czym chłopcy z lewej strony korytarza, dziewczęta z prawej. Po mszy opuszczanie kaplicy odbywało się również czwórkami. Do obowiązkowej spowiedzi i komunii przystępowaliśmy raz w roku, w okresie Wielkiego Postu. Spowiedź poprzedzały kilkudniowe rekolekcje. Oczywiście, w tych dniach ku naszej uciesze lekcje nie odbywały się, ale trzeba było odsiedzieć wiele nudnych godzin, słuchając rozważań na temat grzechów, popełnianych przez nas ochoczo i nagminnie. Spowiedź odbywała się w kościele, gdyż szkoła nie dysponowała konfesjonałem. Nie byliśmy zresztą entuzjastami spowiedzi u katechety, który nas tak dobrze znał. Dlatego z reguły stawaliśmy przed konfesjonałem, w którym spowiadał jakiś nieznajomy ksiądz. Przygotowywaliśmy się według schematu zamieszczonego w książeczce do nabożeństwa, służącej jako rodzaj dozwolonego bryku. Po spowiedzi i pokucie, obejmującej zazwyczaj kilka pacierzy, należało wytrwać bez grzechu do następnego rana. Nie zawsze się to udawało, ale niecne namowy szatana zaliczało się już na konto następnej spowiedzi.
   Nieodzownym elementem religijnego wychowania była też modlitwa, odmawiana przed rozpoczęciem pierwszej lekcji i po zakończeniu ostatniej. W praktyce miało to charakter typowo rytualny - wymawiały je usta, lecz myśli błądziły wokół spodziewanej klasówki czy przepytywanki, bądź fruwały daleko poza szkołą, z ulgą witając koniec lekcji.
   Lekcje religii uchodziły wśród nas za najmniej kłopotliwe - wystarczała lada jaka odpowiedź by otrzymać piątkę. Decydujące znaczenie miały tu czynniki zewnętrzne: opinia o uczniu i jego rodzinie, jaką sobie wyrobił ksiądz prefekt. Formalne wyznawanie jakiejś religii stanowiło absolutną konieczność. Co prawda, zgodnie z konstytucją, każdy obywatel miał prawo do swobody sumienia; nie wyobrażam sobie jednak, aby ktokolwiek rejestrował swoje dziecko w szkole jako "bezwyznaniowe" (przed wojną każda ankieta personalna zawierała obowiązkowo rubrykę "wyznanie", którą należało wypełnić). Równało by się to przyznaniu do anarchizmu, bolszewizmu itp. Przed takimi osobami drzwi gimnazjum otwierano rzadko. Korzystniej już było podać jakiekolwiek wyznanie. Ale i to mogło sprowokować kłopoty. Ksiądz tolerował, bo musiał, prawosławnych czy protestantów, ale dostawał szału na widok "odszczepieńca" od kościoła katolickiego. Np do jednej z klas uczęszczała koleżanka należąca do jakiejś sekty - mariawitów czy baptystów. Niełatwe miała życie w gimnazjum; ksiądz robił, co mógł, aby wytworzyć wokół niej atmosferę potępienia i obcości, grożąc surowymi karami doczesnymi i boskimi wszystkim, którzy będą z nią utrzymywać koleżeńskie kontakty. Na szczęście młodzież miała więcej zdrowego rozsądku. Z drugiej strony niedowiarkowie kryli się ze swym brakiem fideizmu, gdyż usunięcie z gimnazjum z etykietką ateisty mogło uniemożliwić zdobycie wykształcenia.



(25) Szkółka

   W czerwcu 1934 ukończyłem szóstą klasę szkoły powszechnej i stanęło przede mną zadanie sforsowania nowego progu życiowego: egzamin wstępny do gimnazjum.
   Szkoła średnia miała w owych czasach większy prestiż niż obecnie. Świadectwo dojrzałości upoważniało do wstępu na wyższe uczelnie bez egzaminów konkursowych i było wymagane przy staraniach o każdą pracę umysłową w instytucjach państwowych, samorządowych i niektórych prywatnych. Nie to jednak stanowiło o wysokiej randze tego szczebla edukacji. Z powodu utrudnionego dostępu do wykształcenia absolwentów szkół średnich było przed wojną znacznie mniej niż obecnie. Gimnazja funkcjonowały wprawdzie w znacznej większości miast powiatowych a w wojewódzkich było ich nawet po kilka, ale z jednej strony liczbę chętnych ograniczały wysokie opłaty - 200 zł rocznie - z drugiej zaś niedorozwój szkolnictwa wiejskiego. Wiele dzieci chłopskich nie miała możności ukończenia nawet sześciu klas szkoły powszechnej, brakowało też internatów, co oczywiście znacznie podnosiło koszty kształcenia dzieci ze wsi i małych miasteczek. Nie sprzyjał rozwojowi edukacji fatalny stan sieci komunikacyjnej, którą tworzyły rzadkie linie kolejowe. Sytuacja taka rzutowała decydująco na skład socjalny uczniów. W przeważającej mierze rekrutowali się oni z rodzin inteligenckich i kupieckich - mieszkańców miast.
   Dodatkową trudność stanowił niejednakowy poziom szkół podstawowych. Szkoła średnia, zwłaszcza gimnazjum państwowe, stawiała dość duże wymagania podczas egzaminów wstępnych, toteż odpadało na nich wiele dzieci słabiej przygotowanych i nieoczytanych. Nie zapominajmy, że próg ten musiały przekraczać dwunastolatki, dla których egzamin stanowił surową próbę wykazania refleksu i samodzielności myślenia a grono pedagogów, zainteresowane przede wszystkim w wyławianiu osobników zdolniejszych, mniej kłopotliwych w trakcie nauki, nie przejawiało starań, by ośmielić mocno stremowanych kandydatów na "inteligentów".

Od lewej: Wacław, Jerzy i Irena Zabiełłowie, Brześć, 1934 - tuż przed wstąpieniem autora do gimnazjum.
   I ja nie byłem wolny od tremy, wchodząc po raz pierwszy w mury obcej i - jak mi się wówczas wydawało - nieprzytulnej szkoły.  Bałem się szczególnie sprawdzania znajomości matematyki, która nigdy nie stanowiła mojej mocnej strony, jakkolwiek w podstawówce dawałem sobie radę bez trudu. Któż jednak odgadnie, co wymyślą egzaminatorzy na udrękę absolwenta szóstej klasy?
   Egzamin wstępny obejmował język polski i matematykę pisemnie i ustnie, zaś historię, geografię i przyrodę tylko ustnie. Matematyka poszła mi średnio - na dostateczny, za to pisemne wypracowanie z polskiego a potem sprawdzian ustny z tego przedmiotu i z historii zdałem na piątkę. Pamiętam dobrze temat pracy pisemnej: "Sen o dalekiej podróży". Tu mogłem puścić wodze fantazji a ponieważ wiele czytałem o egzotycznych krajach, więc treść nie nasuwała trudności. Polski i historię zdawałem jednocześnie. Pamiętam, jak ze zgrozą słuchałem wypowiedzi jakiejś koleżanki, zdającej przede mną. Mowa była o Piaście - Kołodzieju. Na pytanie, kto to był Piast, zdołała tylko wykrztusić: "kmieć". Z niczym więcej dynastyczny protoplasta jej się nie kojarzył. Jej ofermowata niewiedza podbudowała mnie, gdyż czułem, iż na tym polu mogę się popisać. I rzeczywiście - przypadła mi w udziale epoka napoleońska a w szczególności postać księcia Józefa Poniatowskiego. Tu byłem mocny, połknąłem przecież szereg powieści historycznych z tego okresu. "Huragan" Gąsiorowskiego to moja ulubiona ówcześnie lektura a o bitwie pod Raszynem mogłem wygłosić referat. Odpowiadałem więc szeroko i barwnie, ulubiony temat wyzwolił swadę i niepostrzeżenie pozwolił pokonać tremę. W pozostałych przedmiotach erudycją nie błysnąłem, ale wyraźne predyspozycje humanistyczne zadecydowały o pomyślnym wyniku.

Wniosek o przyjęcie do gimnazjum
   Wieczorem, w czasie posiedzenia rady pedagogicznej, gdy ważyły się nasze losy, spacerowałem z rodzicami przed wejściem do gimnazjum, pełen niepokoju. Podobnie zresztą podnieceni byli i rodzice, gdyż ojciec w końcu nie wytrzymał nerwowo, wszedł do budynku i napotkanemu woźnemu wcisnął do ręki złotówkę prosząc, aby ustalił, co ze mną. Woźny zakręcił się, gdzieś zniknął, po chwili wrócił i szepnął konspiracyjnie: "Przyjęty!". Radość zapanowała ogromna, jakkolwiek do dziś mam wątpliwości, czy poczciwy pedel rzeczywiście zadał sobie trud. Poszliśmy więc na ciastka a na drugi dzień z ulgą ujrzałem swoje nazwisko na liście przyjętych.

Potwierdzenie wniesienia opłaty za egzamin
   Natychmiast też przystąpiono do szykowania mojej gimnazjalnej wyprawy. Obejmowała ona: mundur, spodnie, krawat, czapkę oraz płaszcz. Mundury wprowadzono w 1933 roku wraz z reformą szkolnictwa średniego. Noszenie ich było obowiązkowe i rygorystycznie wymagane. Jakiekolwiek odstępstwo, chociażby brak krawata lub nawet krawat w innym kolorze niż granatowy - groziło surowymi sankcjami i obniżeniem stopnia ze sprawowania a nawet usunięciem ze szkoły. Wszystkie części umundurowania miały kolor granatowy. Na rękawach i wzdłuż nogawek nosiło się wypustki - niebieskie w gimnazjum, czerwone w liceum. Takie same wypustki widniały na rękawach płaszcza i na okrągłej czapce - maciejówce. Dodatkowo na tej ostatniej - blaszany znaczek: w kole otwarta księga a na niej kaganek oświaty. Na lewym rękawie tarcza koloru wypustek z numerem szkoły. Moje gimnazjum nosiło numer 291 i nazwę im. Romualda Traugutta.  

Gimnazjum im. Romualda Traugutta (album.brzesc.prv.pl)
   Paradowanie w nowej czapce było uważane przez sztubaków za hańbiące, toteż natychmiast po zakupie nakrycie głowy ulegało defasonowaniu, zwłaszcza znaczek, który zaginało się wzdłuż i wycierało tak długo, aż nabrał wyglądu znoszonego. Po krótkim okresie noszenia również sam mundur przedstawiał opłakany wygląd. Rodziców najczęściej nie stać było na częste sprawianie nowego ubrania a ponieważ istniał zakaz noszenia ubrań cywilnych nawet poza szkołą, więc po okresie używania przez okrągły rok, mundurek stawał się przepocony, powycierany na łokciach i kolanach, często pocerowany, a w niektórych miejscach zmieniał odcień na fioletowy. Nas to nie martwiło. Przeciwnie, właśnie znoszony stanowił sztubacki szyk.
   Dziewczęta również umundurowano: bluzka z mankietami, plisowana spódniczka i beret. Mogły jednak nosić fartuchy z granatowej satyny, dzięki czemu ich mundurki wyglądały znacznie schludniej. Nakrycie głowy było obowiązkowe, nawet bez płaszcza.

Uczniowie gimnazjum na ulicy Brześcia, lata 30-te (album.brzesc.prv.pl)
   Wyprawka gimnazjalna nie kończyła się na mundurze. Trzeba było zakupić kostium gimnastyczny oraz tenisówki - bez tego nie wpuszczano na salę gimnastyczną. Poza tym obowiązywał fartuch z szarego płótna do zajęć z robót ręcznych a od czwartej klasy - mundur przysposobienia wojskowego. Wszystko oczywiście na koszt własny. No i książki - podręczniki, atlasy, klucze do oznaczania roślin, zeszyty. W sumie więc wydatki niemałe. 
   Państwowe Gimnazjum i Liceum im. Romualda Traugutta w Brześciu należało do najlepiej wyposażonych szkół w Polsce: 16 sal lekcyjnych, pracownia geograficzna, fizyczna, chemiczna, dwie przyrodnicze, gimnastyczna, wreszcie ogromna aula, której mogłaby pozazdrościć wyższa uczelnia. Dla potrzeb administracji były tylko dwa pomieszczenia: gabinet dyrektora oraz "sala rady pedagogicznej" czyli pokój nauczycielski, w którym przechowywano jednocześnie pomoce naukowe. Było to jedyne miejsce, gdzie nauczyciele mogli odpocząć w czasie przerwy, bądź przy długim stole przygotować się do lekcji. Tylko tu mogli też palić, więc w pokoju wisiała zawsze siwa chmura dymu.
   W oddzielnym budynku po drugiej stronie ulicy Dąbrowskiego znajdowały się pracownie robót ręcznych: trzy sale do obróbki drewna, metalu i szkła - wszystkie bardzo dobrze wyposażone. Było to królestwo profesora Pitery - siwowłosego, surowego pana, który krótko trzymał rozbrykaną gromadę nastolatków pilnując, by nie obijali się w trakcie dwóch godzin zajęć a także, aby sobie nie powybijali oczu i zębów narzędziami, o co nie było trudno przy naszej nieustającej gotowości do zabawy.

Budynek gimnazjum Traugutta, stan z lat siedemdziesiątych. Widać powojenną nadbudowę.
   Wreszcie wspomnieć trzeba o placu szkolnym. Nie pamiętam, by jakakolwiek szkoła miała tak wiele przestrzeni na zewnątrz budynku. Środek placu zajmowało boisko niewiele mniejsze od futbolowego, przeznaczone do gry w piłkę ręczną, zwaną wówczas "szczypiorniakiem" oraz do koszykówki. Z boku znajdował się zespół drabinek do ćwiczeń gimnastycznych a dalej boisko do siatkówki. W drugim końcu placu, obok obelisku wskazującego położenie geograficzne Brześcia, znalazło swoje miejsce jeszcze jedno boisko, o idealnej nawierzchni, na którym rozgrywano międzyszkolne mecze siatkówki. Tu popisywał się genialnymi ścięciami Gienek Maliszewski, syn dowódcy 82 pułku piechoty. W zimie centralne boisko wykorzystywano jako ślizgawkę. Miejsca było tak dużo, iż kilkaset osób mogło swobodnie wykonywać każdą figurę łyżwiarską i biegać do woli, nie potrącając się wzajemnie.
   W pogodne, suche dni spędzaliśmy na placu wszystkie przerwy międzylekcyjne i odbywaliśmy lekcje gimnastyki. Tu też często zabawialiśmy się w czasie wolnym, gdyż piłka, podobnie jak dziś, stanowiła wielką rozrywkę. Tylko piłka nożna była zakazana; być może władze traktowały ten sport jako zbyt brutalny dla młodzieży inteligenckiej.
   Posesję szkolną uzupełniały ogrody kwiatowe, znajdujące się między ulicą a obu skrzydłami budynku. Stanowiły domenę pani dyrektorowej Nanowskiej, osoby przesadnie religijnej, która swymi kwiatkami ubierała ołtarz kaplicy szkolnej.
   Tak więc 1 września 1934 roku, po nabożeństwie i uroczystości inauguracyjnej w auli, po raz pierwszy przestąpiłem próg mej klasy - Pierwszej "A", na końcu parterowego korytarza. Była to sala bardzo widna, gdyż okna wychodziły na południe i zachód. Znajdowały się w niej trzy rzędy ławek, tablica i stół dla nauczyciela. Innych mebli nie było. Na ścianie frontowej umieszczono zespół emblematów symbolizujących ustrój i jego filozofię: na górze krzyż, pod nim godło państwowe a po jego obu stronach portrety prezydenta Ignacego Mościckiego i Marszałka Polski, Józefa Piłsudskiego. Pod portretami, oprawione w ramki i za szkłem, wisiało we wszystkich izbach lekcyjnych Rzeczypospolitej hasło zaczerpnięte z pism Marszałka: 

"Idą czasy,
których znamieniem będzie wyścig pracy,
jak przedtem był wyścig żelaza,
jak przedtem był wyścig krwi."

   Dla nas gimnazjalistów, autorytet Marszałka był równie niepodważalny, jak samego Pana Boga. Wydawało nam się, że Bóg, tworząc na nowo Polskę, dzieła tego dokonał rękoma Marszałka. "Dziadek" prowadził wojsko do zwycięstwa i tylko on mógł uchronić państwo przed niebezpieczeństwem. Stanowił dla nas wzór patrioty i wielkiego męża stanu. Niezależnie jednak od tego, krążyły o nim ucieszne dykteryjki, mające na celu bynajmniej nie dyskredytowanie wodza legionów a przeciwnie, zbliżenie go do mas poprzez rubaszny dowcip. Oto jedna z nich. 
   Obcy dyplomata po audiencji u Piłsudskiego mówi do jego adiutanta: "Pan Marszałek był niezwykle miły i uprzejmy; nie wiem tylko, dlaczego często podchodził do okna, zamyślał się i pstrykał w palce." Adiutant powtórzył tę wypowiedź Marszałkowi, który roześmiał się i rzekł: "Rzeczywiście, byłem w kłopocie - zupełnie zapomniałem, jak się mówi po francusku: pocałuj mnie w dupę!"




   Ten kult wodza wpajano młodzieży różnymi metodami: i poważną i żartobliwą, co odnosiło rezultaty. Była to zręczna propaganda grająca na uczuciach narodowych i patriotycznych, unikająca śmiertelnie nudnej powagi. Ale nawet karykatury Marszałka w pismach satyrycznych przedstawiały go w sposób dobrotliwy i życzliwy, pomnażając jego popularność i autorytet. Szkoda, że niektóre z tych metod nie przetrwały do dziś; wodzowie bowiem są zawsze potrzebni, nie można ich tylko ustawiać na niedostępnym Olimpie.


   Po śmierci Piłsudskiego i wykreowaniu na nowego wodza Rydza-Śmigłego, powstał pewien problem - co z portretami? Nikomu do głowy nie przyszło usunąć wizerunek "Dziadka", wokół którego jeszcze za życia zaczęto tworzyć legendę narodową. Ale jednocześnie należało ukazać narodowi twarz następcy. W końcu znaleziono wyjście z sytuacji, zawieszając wszystkie trzy portrety w jednym rzędzie, poniżej godła.

Prezydent Ignacy Mościcki

Marszałek Józef Piłsudski

Marszałek Edward Rydz-Śmigły


sobota, 13 czerwca 2015




(24) Anegdoty z tamtych lat

   Podczas uroczystości dożynkowych w Spale prezydent Mościcki upatrzył sobie hożą dziewoję przy kości, a chcąc nawiązać bliższy kontakt, podchodzi i przedstawia się: "Mościcki". Na to dziewucha: "Mom cycki, mom. A co panu do tego?"

Prezydent Mościcki

   Po Rewolucji Październikowej Pan Bóg był bardzo zaniepokojony, gdyż nie miał żadnych wiadomości o losie wiernych w Rosji. Wzywa więc anioła Stanisława i mówi: "Stanisławie, tyś Polak, znasz dobrze swych sąsiadów ze wschodu. Leć i przyślij mi wieści o chrześcijanach w Rosji sowieckiej."
   Stanisław poleciał i przepadł, jak kamień w wodę. Po kilku miesiącach drogą okrężną przyszła wiadomość: poległ za Boga i Ojczyznę, wołając: "Jeszcze Polska nie zginęła!". Zmartwił się Pan Bóg i wysłał z tym samym zadaniem anioła Dietricha. Znów minęło wiele czasu aż wreszcie nadeszła wiadomość: zginął "fur Gott, Kaiser und Vaterland", wołając: "Deutschland uber alles!".
   Zląkł się Pan Bóg nie na żarty, że jeśli tak dalej pójdzie, to bolszewicy wygubią mu wszystkich aniołów. Wzywa więc jeszcze anioła Abrahama i rzecze: "Jeśli ty nie pomożesz, nikt nie poradzi!". Abraham poleciał, długo nie było wiadomości, aż po sześciu miesiącach drogą okrężną nadchodzi telegram: "Żiw, zdorow - komissar Awram Pietrow."

--------------------

   Gdy w 1937 roku powstał Obóz Zjednoczenia Narodowego (OZON), jego szefem został pułkownik Adam Koc. Natychmiast ogłoszono w Warszawie hasło: "Panie i panowie, łączcie się pod Kocem!"

---------------------

   W kawiarni spotkało się czterech znajomych: Francuz, Niemiec, Chińczyk i Żyd. Podano im herbatę - w każdej szklance pływała mucha. Jak każdy z nich zareagował?
- Francuz odsunął ze wstrętem herbatę.
- Niemiec wyrzucił muchę i wypił herbatę.
- Chińczyk zjadł muchę i odsunął herbatę.
- Żyd sprzedał muchę Chińczykowi.

------------------------

   Powiedzonko brzeskie o kimś, kto udaje ważnego: "Patrzcie hrabia Walgodesko, dyrektor kopalni kartofli!".

------------------------

  Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, dzielny żołnierz i bohater wielu anegdotek z okresu międzywojennego, a przy tym protegowany Józefa Piłsudskiego, kiedyś "narozrabiał" po nadmiernym spożyciu alkoholu i musiał się zameldować u Marszałka. Do raportu jednak przybył po cywilnemu. Zdenerwowanemu Piłsudskiemu wyjaśnił: "Melduję posłusznie, panie Marszałku, ze polski generał w mundurze nie może dostać po pysku". Rozbawiony zwierzchnik machnął ręką i zrezygnował z ukarania ulubieńca." 

Generał Wieniawa-Długoszowski

   W roku 1919 gen. Karnicki powracając w późnych godzinach nocnych, czy może bardziej wczesnorannych „z kolacji”, dorożkami w towarzystwie pań niekoniecznie uznawanych za właściwie się prowadzące, uznał za stosowne odśpiewać przed Belwederem utwór „Wołga, Wołga mat’ rodnaja”. Z uwagi na występ śpiewaka w pełnym umundurowaniu, warta nie zareagowała.
Poinformowany o sprawie Piłsudski stwierdził tylko: "nu i szto, razgulałsia gienierał Karnickij i wsio."


------------------

   Rotmistrz Karol Dillenius był poważnym, bardzo szczerym i niesłychanie odważnym ułanem. Podczas działań wojennych dywizji gen. Hallera na Wołyniu, gdzieś pod Dubnem, Dillenius ze swoim szwadronem został przydzielony do dywizji piechoty jako kawaleria dywizyjna. Jak to zwykle bywało, kiedy piechota dorwała się do dowodzenia kawalerią, to ganiała taki szwadron po różnych rozpoznaniach, potrzeba czy nie potrzeba całą dobę, jakby konie i ułany nie potrzebowały jeść i wypoczywać. Toteż Dillenius, dbając o szwadron, spierał się z szefem sztabu dywizji o każdy patrol wysłany niepotrzebnie.
    Właśnie otrzymał rozkaz spatrolowania kilku miejscowości w obrębie iluś tam kilometrów na przedpolu dywizji, wiosek, z których dopiero co jego patrole powróciły, nie napotkawszy nigdzie przeciwnika. Poszedł więc do sztabu i melduje, że szkoda koni i ludzi na próżno mordować. Tam nieprzyjaciela nie ma. Jednak oficer sztabowy uparł się, że podjazd musi pojechać. Dillenius się zirytował, trzasnął obcasami i wyszedł. Kazał trąbić wsiadanego i w pół godziny później wyruszył stępem w kolumnie dwójkowej, bez żadnych ubezpieczeń, jadąc na czele zły jak osa. Dzień był przepiękny, słoneczny. Szwadron stępem przemaszerował po nakazanych wioskach i w tej samej kolumnie powrócił na kwatery. Mijając kwaterę kwaterę generała Hallera, usłyszał głos d-cy dywizji:
„Panie Rotmistrzu, coś Pan znalazł?”
„Gówno, Panie Generale” salutując odpowiedział Dillenius.
Na ganku wszyscy struchleli, znając porywczość generała. Chwila ciszy. Generała
ta odpowiedź zaskoczyła. Chwilę myślał, wreszcie uśmiechnął się i zawołał: „Dziękuję Panu Rotmistrzowi. Pierwszy treściwy meldunek, jaki w życiu otrzymałem.”

wtorek, 2 czerwca 2015



(23) Brześć - obrazy miłe i niemiłe

   Miasto było ciche i spokojne. Nocą żaden hałas nie zakłócał snu mieszkańców.  Na ul. Kobryńskiej, na peryferiach śródmieścia, żyło się prawie jak na wsi. Ulica na tym odcinku była wówczas niebrukowana, podobnie jak oba jej pobocza, oddzielone rowem od jezdni. Po deszczu trzeba było przeskakiwać po kilku kamieniach przez rozległe kałuże. Tu nawet furmanki przejeżdżały niezmiernie rzadko. Małe domki, ukryte za płotami, tkwiły wśród ogrodów i sadów. Letnimi wieczorami zapach maciejki wprost odurzał. Zresztą każda pora roku miała swój specyficzny nastrój. Zima zaczynała się już w listopadzie i gruba warstwa śniegu pokrywała białym całunem ulicę, ogrody, dachy domów. Gdy szron ubielił płoty, gałęzie i przewody elektryczne a w pogodne, mroźne niebo ulatywały proste smugi dymu, wszystkie dźwięki dochodziły do ucha przytłumione i świat dookoła wydawał się nierealny, jak na obrazach impresjonistów. Wiosną zlodowaciały śnieg nad strużkami wody mienił się w słońcu brylantowym odblaskiem, ciepły wiatr niósł dziwne, tajemnicze zapachy, świeża zieleń pojawiała się tak nagle, że zawsze budziła radosne zdziwienie. Wczesna jesień z kolei wybuchała orgią barw - żółtych, zielonych, czerwonych i brunatnych liści, pastelowych odcieni astrów. Cierpka woń ziemi, obumierającego listowia, mgły, ścielących się nisko dymów wzbudzała melancholijne uczucia żalu za odchodzącym latem, ale i podniecenie w oczekiwaniu nowych przeżyć. 
   Nie opuszczając miasta, miałem często okazję bezpośredniego obcowania z przyrodą - uprawiałem ogródek, godzinami obserwowałem pracowitą krzątaninę mrówek, karmiłem pająka własną krwią, którą poprzednio pozwoliłem wytoczyć z siebie komarowi, wplątanemu następnie w zdradzieckie nici pajęczyny. Chyba najlepiej czułem się w takim właśnie środowisku, w którym życie miejskie przeplatało się na co dzień z sielanką. Żyliśmy w spartańskich warunkach, lecz ciszy i powietrza pozbawionego trujących spalin będą nam na pewno zazdrościć przyszłe pokolenia, wzrosłe w luksusie komfortowej, aczkolwiek też męczącej cywilizacji.

   W naszej cichej mieścinie raz jeden nastąpił wybuch niskich, ludzkich namiętności. Długo tajona, ale wciąż wrząca wrogość części społeczeństwa wobec ludności żydowskiej, stale podsycana przez różne szowinistyczne organizacje, znalazła gwałtowne ujście po zabójstwie policjanta przez żydowskiego rzeźnika. Było to w maju 1937 roku. Pewnego dnia rano do jatki Ajzyka Szczerbowskiego wszedł policjant Kędziora i w trakcie lustracji zakwestionował mięso z nielegalnego uboju (bez pieczęci weterynarza). Rozwścieczony rzeźnik chwycił długą "majzę" do ostrzenia noży i wbił mu w bok, zabijając na miejscu. Wiadomość o tym rozeszła się lotem błyskawicy po całym mieście, podchwycona natychmiast przez elementy antysemickie, które tylko czekały na taką okazje. Podjudzone tłumy ruszyły na żydowskie sklepy, niszcząc i rabując, co się da. Ulice pokryło rozbite szkło, podarta na strzępy galanteria, mąka, cukier, kasze. W jednym miejscu chrzęściły pod stopami resztki potłuczonych płyt gramofonowych, w innym guziki, nici, masy papieru, szczątki drewnianych i tekturowych opakowań. Nad miastem fruwała chmura pierza z rozdartych poduszek, wyrzucano z domów meble i naczynia kuchenne. W nieopisanym zamieszaniu, które osiągnęło szczyt koło południa, władze szkolne straciły głowę. Zabroniono nam wychodzić z gimnazjum bramą na ulicę Długą (morderstwo miało miejsce kilkadziesiąt metrów od tego miejsca) i skierowano do wyjścia na Dąbrowskiego. Popędziliśmy oczywiście natychmiast do centrum miasta, chłonąc chciwie niecodzienny widok. 
   W czasie tych zajść władze województwa i policja zajęły postawę dość dwuznaczną. W zasadzie nie przeciwdziałano ekscesom, starając się jedynie nie dopuścić do zabójstw. Po południu przybył do Brześcia batalion rezerwy policyjnej, tak zwani "chłopcy z Golędzinowa". Ich patrole w czarnych hełmach i z karabinkami na pasie spacerowały nonszalancko po ulicach, nie zbliżając się zbytnio do gromad niszczycieli. Wybuch szowinistycznej histerii antysemickiej był zdaje się na rękę władzom, widzącym w niej okazję do odwrócenia uwagi społeczeństwa od rzeczywistych przyczyn trudności gospodarczych, stagnacji i marazmu. Kierowanie wrogich nastrojów przeciw Żydom było też swoistym akompaniamentem dla flirtu sfer rządzących z hitleryzmem. Brześć nie stanowił wyjątku - poprzednio miały miejsce podobne rozruchy w Siedlcach, wybuchały ustawicznie awantury endeckie na uniwersytetach - usiłowano tam wprowadzić osobne ławki dla studentów Żydów a nawet przeforsować numerus clausus. W kraju kolportowano legalnie antysemickie, nacjonalistyczne pisma w rodzaju "Samoobrony narodu", które zohydzając Żydów jako narodowość, przypisywały im wszelkie możliwe zbrodnie. Cała ta wrzaskliwa propaganda nie pozostawała bez wpływu na masy, zawsze łatwo ulegające taniej demagogii. 
   Spokój do Brześcia wrócił dość szybko. Przez jeden dzień pozwolono wyszumieć się hałastrze, potem żelazną ręką zaprowadzono porządek. Wszelkie rozruchy, gdy trwają zbyt długo, mogą się obrócić przeciwko władzom - o tym wiedziano doskonale. Ulice zostały uprzątnięte, golędzinowcy wyjechali, życie znów zaczęło płynąć normalnym, powolnym nurtem. Kupcy otrzymali odszkodowania a interesy po krótkim zastoju ponownie ruszyły. Nazwa naszego miasta znikła ze szpalt dzienników światowych a "Brzeski pogrom" przeszedł do historii, podobnie jak inne niechlubne wydarzenia w tym mieście: "Brzeski proces" i "Brzeski traktat pokojowy" z 1918 roku.

Policjanci z Golędzinowa (http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,132750,15090069,Zadymiarze_II_RP__czesc_2__.html)
------------------------------------------------------------------------------
"Bezpośrednim pretekstem zajść było zabójstwo powszechnie lubianego ST. Posterunkowego służby śledczej Stefana Kędziory w trakcie wykonywania czynności służbowych, polegających na przejęciu mięsa z nielegalnego uboju. Zjawisko nielegalnego uboju prowadzonego przez żydowskich rzeźników nasilało się od pewnej pory i władze policyjne postanowiły położyć jemu kres.
Śmierć policjanta nastąpiła w wyniku ciosu nożem, a śmiertelnie ranny funkcjonariusz zdołał jeszcze postrzelić swego mordercę.
Wiadomość o zamordowaniu policjanta rozniosła się po całym mieście w ciągu godziny i spowodowała ok. godz. 10 pierwsze ekscesy, które następnie rozszerzyły się na całe miasto. Od godz. 14. większe grupy demolowały żydowskie sklepy w centrum, a wieczorem także w innych dzielnicach miasta.
W świetle dokumentacji policyjnej należy odrzucić tezę, podnoszoną przez środowiska lewicowe i żydowskie, o dyrygowaniu zajściami przez miejscową komórkę SN. Policja już na początku wydarzeń prewencyjnie aresztowała na 48 godzin szefa miejscowego SN Mordasa-Żylińskiego. W tej sytuacji absurdalnie brzmiały oskarżenia „Robotnika” o udziale w zajściach „endeckiej klienteli”, podatnej na „zbrodniczą agitację” antysemicką, którą porównywano z „taktyką hitlerowców”, służącą zdobyciu władzy.
Prasa narodowa od początku podkreślała spontaniczny charakter zajść, które „mają zawsze swoje uzasadnienie w realnym układzie warunków życiowych oraz w dojrzewającym pragnieniu zmiany krzywdzących kraj stosunków” . Równocześnie akcentowano brak rabunków w trakcie wydarzeń, wskazując, iż „tłum polski w Brześciu, mimo dzieła zniszczenia, którego zdołał dokonać, okazał się tłumem opanowanym, wolnym od krwiożerczych instynktów i wolnym od chęci niesłusznego wzbogacenia się”. W rzeczywistości w godzinach wieczornych doszło do grabienia zniszczonego mienia żydowskiego przez bezrobotną młodzież.
Słabość miejscowych sił policyjnych (50 funkcjonariuszy) spowodowała, iż władzom nie udało się stłumić zajść w zarodku i dopiero przybycie posiłków pozwoliło w godzinach nocnych na opanowanie sytuacji. Teza o bierności policji nie odpowiada prawdzie, jednak pojedyncze patrole spotkały się z wrogą i czynną reakcją znacznie liczniejszych grup biorących w zajściach.
Wbrew apokaliptycznym opisom prasy żydowskiej o „ruinie całego kilkudziesięciotysięcznego skupienia obywateli Żydów” czy niemożności znalezienia „prawie w całym Brześciu” mieszkania żydowskiego z niewybitnymi szybami, władze odnotowały wybicie szyb w 200 posesjach, a poszkodowanych zostało 300 rodzin żydowskich. „Nowy Przegląd” informował o zniszczeniach na sumę 2 mln złotych, w rzeczywistości straty te nie przekroczyły kwoty 300 tysięcy złotych.
W trakcie zamieszek rannych zostało 27 osób, spośród których jedna – zegarmistrz Zybelberg, zmarła w kilka tygodni później w warszawskim szpitalu. W trakcie zajść zatrzymano 128 osób, w ciągu następnych dni liczba ta wzrosła do 185, w tym 16 Żydów.
Mimo uspokojenia sytuacji w dniu 14 maja, władze z niepokojem czekały na uroczystości pogrzebowe zamordowanego policjanta, obawiając się nowej fali zamieszek. Wbrew jednak obawom pogrzeb odbył się w spokoju, przy udziale wojska i policji. Na uspokojenie nastrojów wpłynęła niewątpliwie wiadomość o aresztowaniu mordercy policjanta – Welwela Szczerbowskiego. Józef Mackiewicz przedstawiając swe wrażenia z pogrzebu napisał, iż „ nie przestrzeń tych ulic dzieliła dwa tłumy, jeden, który szedł za trumną i drugi, który stał niemy i uparty, a zrozumiałem to najoczywiściej, straszna wzajemna nienawiść, która się nie da już chyba wyrównać, ani się nie da odwrócić”
W obszernym reportażu, opublikowanym na łamach wileńskiego „Słowa”, Mackiewicz przyczyny zajść upatrywał w niechęci do Żydów „zresztą niechęci wzajemnej”. „Jest to zatem walka obustronna – pisał - walka na tak wielką skalę i tak anarchizująca nasze wewnętrzne życie państwowe, iż tolerowana być w żadnym wypadku nie może”.
Z kolei „Kurier Poranny” podkreślał, iż „sprawa żydowska znajduje się w fazie ostrej i drażliwej. Jej załatwienie i uregulowanie wymaga wielkiego spokoju i opanowania. Z tego nie zdaje sobie jednak sprawy wielu Żydów, zajmując systematycznie w prasie i w wystąpieniach zewnętrznych postawę zaczepną i drażniącą w stosunku do Polaków”.
W końcu maja i na początku czerwca 1937 roku przed sądem okręgowym stanęło 37 uczestników zajść, którym postawiono zarzut niszczenia mienia oraz udziału w agresywnym zbiegowisku. W wyniku postępowania 3 osoby uniewinniono, 17 skazano na kary w zawieszeniu, 16 zaś na kary więzienia na okres 6-10 miesięcy.
Proces Welwela Szczerbowskiego odbył się w połowie czerwca 1937 roku. Na mocy wyroku sądu okręgowego skazano go na karę śmierci, który został utrzymany w sądzie apelacyjnym. Kara śmierci nie została jednak wykonana, bowiem w połowie lutego q1938 roku, kolejna apelacja doprowadziła – z uwagi na wiek oskarżonego, który nie przekroczył 21 roku życia – do zmiany kary na dożywotnie więzienie.
Pokłosiem majowych wydarzeń były zmiany, jakie przeprowadzono w Brześciu – stanowisko utracił starosta brzeski Franciszek Czernik oraz naczelnik Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego Kazimierz Rolewicz. Przyczyna tych roszad miało być „mylne informowanie władz przełożonych i brak stanowczych zarządzeń w stłumieniu w zarodku rozruchów w mieście”. Posunięcia te znalazły uznanie prasy lewicowej, która określiła je jako „oczyszczające atmosferę”
Najbardziej spektakularną roszadą był jednak powrót na początku września – po półrocznej nieobecności – Wacława Kostka-Biernackiego na stanowisko wojewody poleskiego."
(http://blogpress.pl/node/11810)
----------------------------------------------------------------------------------------
   Polesie było najuboższym regionem międzywojennej Polski. Rozległe bagna, torfowiska, podmokłe łąki i piaski dawały nędzne plony, zwłaszcza przy niskim stanie kultury mieszkańców. Chłop białoruski po opłaceniu podatków resztę zbiorów musiał zostawiać na wyżywienie dla siebie i rodziny; nie wystarczało to jednak na cały rok i na przednówku - od marca do lipca - całe wsie głodowały. Oczywiście, w tych warunkach nie mogło być mowy o inwestycjach, warunkujących rozwój gospodarki. Dziś trudno sobie nawet wyobrazić, jak niska była stopa życiowa mieszkańców tej krainy. Gdy uczęszczałem do pierwszej klasy gimnazjum, na adres naszej szkoły nadszedł list od nauczycielki z małej wiejskiej szkółki, chyba z powiatu stolińskiego. Pisała ona, że już nie może patrzeć, jak dzieci z głodu ogryzają korę z młodych gałązek i żują trawę. Błagała, aby zorganizować zbiórkę wśród młodzieży i przysłać trochę żywności. List odczytano w klasie, wraz z odpowiednim apelem. Następnego dnia zaczęliśmy znosić woreczki i pakunki z kaszą, mąką, cukrem, słoniną... Zapakowaliśmy wszystko w kilka skrzynek. Jesienią, już w drugiej klasie, otrzymaliśmy z tej wioski w podziękowaniu worek orzechów laskowych.

Poleszucy, lata trzydzieste.