sobota, 30 maja 2015



(22) Miasteczko Brześć, ciąg dalszy


    Typowo wschodni przysmak stanowiły suszone nasiona dyni i słonecznika, czyli tak zwane "pestki". Kupowało się je w sklepikach spożywczych i na straganach. Spora torebka kosztowała od kilku do kilkunastu groszy. Gryzienie pestek towarzyszyło każdej wymianie plotek i pogwarkom na ulicy, a w zimowe lub jesienne wieczory - również w mieszkaniu. Odrzucane łuski zaśmiecały niemiłosiernie ulice. Śmieci jednak w Polsce nigdy nie brakowało; walkę z nimi prowadzono przy użyciu brzozowych mioteł, bez większego zresztą przekonania.
    Na ulicy częściej niż dzisiaj noszono nakrycia głowy: uczniowie gimnazjum obowiązkowo swoje maciejówki, mężczyźni - kapelusze lub czapki ("cyklistówki", zimą "narciarki"), chłopi białoruscy - baranie czapy, starzy Rosjanie - kozackie, okrągłe czapki z małym daszkiem. Elegantki miejskie wkładały różnego kształtu kapelusze, zaś kobiety niezamożne i wiejskie - chusty i chusteczki. Rogatywka stanowiła służbowe nakrycie głowy wojska, kolejarzy, straży ogniowej, harcerzy. Wśród tłumu przechadzali się wąsaci policjanci w granatowych, wyjątkowo niezgrabnych mundurach, długich butach i okrągłych czapkach. Pary spacerowały "pod rękę", dziewczyny obejmowały się po cztery - pięć i szły całą szerokością chodnika, szepcząc i chichocząc. Za nimi ciągnęły gromadki chłopców, gryząc pestki. Oficerowie kroczyli dostojnie w swoich długich, sukiennych pelerynach i lśniących butach angielskiego kroju. Żołnierze na przepustce maszerowali sztywno, z bagnetem przy boku, co chwila energicznie salutując. W sobotę żydowskie sklepy i warsztaty zamykano, zaś w pobliżu synagogi kłębił się tłum czarno ubranych, brodatych wyznawców Mojżesza. Ulicą rzadko przejeżdżał samochód, wiele natomiast było turkocących furmanek i rowerów. Komunikację miejską stanowiły dorożki konne i kilka taksówek. Jakiś czas funkcjonowała linia autobusowa, ale szybko splajtowała - mieszkańcy woleli chodzić piechotą.
   Istniała jednak aż do wojny jedna linia komunikacji publicznej, mianowicie kolejka wąskotorowa, łącząca miasto z Twierdzą. Jej stacja końcowa w mieście, kilkakrotnie przesuwana, znajdowała się ostatnio koło strzelnicy na ulicy Unii Lubelskiej. Ciuchcia potrafiła rozwijać znaczną prędkość - 30 do 40 km na godzinę. Lokomotywka sapała, huczała, pluła dymem i parą, wagoniki podrygiwały i zataczały się chwilami jak pijane. Mała kolejka trafiała na swej pracowitej drodze na trudne przeszkody. Choćby krowa - wejdzie na tor, rozkraczy się i w zamyśleniu spogląda, wolno przeżuwając, na parowego potwora, który gwiżdże, syczy, ale w końcu posłusznie staje. Maszynista wysiada i ciągnie krowinę za ogon. Nareszcie wolny przejazd. Znów dudnią koła, ale rozchwiany wagon tym razem wypada z szyn.  Sprawa bardziej skomplikowana - tu muszą się włączyć do akcji pasażerowie i wspólnym wysiłkiem, przy pomocy przypadkowo znalezionych drągów, ustawiają skrzypiącą landarę na właściwe miejsce. 
   W wagonikach nigdy nie było tłoku. Kolejką jeździło wielu oficerów, którzy choć mieli ordynansów, nie posiadali własnych czy służbowych środków lokomocji. Bryczka przysługiwała jedynie wyższym dowódcom, a na rowerze oficer w mundurze nie miał prawa jeździć...
----------------------------------------------------------------------
Kolejka wąskotorowa łącząca Twierdzę brzeską z miastem była istotnym ele­mentem w życiu żołnierzy i mieszkań­ców zamkniętego garnizonu, jakim była Twier­dza brzeska. Jej istnienie doskonale wpisywało się w funkcjonowanie lokalnej społeczności w okresie międzywojennym, dając możliwość stosunkowo szybkiego przemieszczenia się do odległego ponad trzy kilometry miasta. Szczególnie ceniona była przez stałych mieszkańców Twierdzy udających się celem dokonania więk­szych zakupów oraz młodzież, dojeżdżającą do szkół średnich.
Historię jej powstania należy łączyć z dzia­łalnością 9. pułku saperów, który po zakończo­nej wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r., jako stałą, pokojową siedzibę jednostki otrzymał wymagające remontu zniszczone w wyniku I. wojny światowej obiekty koszarowe położo­ne na Wyspie Centralnej.
W pierwszym etapie w latach 1923-24, poza budynkami koszarowymi remontowanymi przy współudziale Szefostwa Budownictwa OK IX realizowano odbudowę magazynów na sprzęt oraz przystąpiono do budowy kolejki wąskotorowej łączącej Twierdzę z miastem. Było to przedsięwzięcie bez precedensu, nie poparte żadnym zabezpieczeniem finansowym, które pozwoliłoby na zakup niezbędnych materiałów, sprzętu, wyposażenia. Brakowało dosłownie wszystkiego. Decydującym jednak czynnikiem okazało się zaangażowanie kadry i żołnierzy 9. pułku saperów. Korzystając z faktu, że na terenie Twierdzy istniała rozbudowana sieć torowisk zabezpieczających funkcjonowanie fortyfikacji poszczególnych umocnień oraz magazynów rozebrano ich nie eksploatowane odcinki. Pozyskane szyny, w tym rozjazdy przygotowano do ułożenia na wytyczonym szlaku. Równolegle przystąpiono do remontów elementów taboru, lokomotów oraz wykorzystując posiadane zestawy osi i kół - budowy wagonów osobowych. Wszystkie jednostki przyszłej kolejki remontowano bądź budowano modernizując zgodnie z przyszłymi potrzebami we własnym zakresie w latach 1923-24.
Bardzo istotną sprawą było wytyczenie trasy przyszłej kolejki. Po dokładnej analizie możliwości technicznych, jak również uwzględnieniu optymalnej lokalizacji przyszłych potrzeb zdecydowano się na wytyczenie trasy, której końcowy przystanek w mieście zlokalizowano w rejonie skrzyżowania ulic 3 Maja oraz Unii Lubelskiej. W kolejnych latach, w pierwszej połowie lat trzydziestych w związku z modernizacją ulicy Unii Lubelskiej, która stała się reprezentacyjną arterią miasta, trasę kolejki skrócono do skrzyżowania z Aleją Kościuszki (w rejonie Teatru „Świt"). W końcowym etapie modernizacji, trasę kolejki skrócono o dalszy odcinek - do bliskiego sąsiedztwa (ok. 150 m) ze skrzyżowaniem ulic Unii Lubelskiej z ulicą Jagiellońską, bezpośrednio za budynkiem Żeńskiej Szkoły Średniej „Macierz Szkolna".
 Zygmunt Popiel, "Kolejka wąskotorowa z Twierdzy do Brześcia" (http://www.twierdza.org/wydarzenia/twierdza-brzeska-w-historii/61-kolejka-w-twierdzy).
--------------------------------------------------------------------------------
   Młodzież, podobnie jak dziś, nie mogła się doczekać wieku dojrzałego a wraz z nim obalenia wszelkich zakazów. Jednak w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, usiłowała ona jak najwcześniej upodobnić się do dorosłych zarówno ubiorem jak i sposobem bycia. Nie istniało coś takiego jak "moda młodzieżowa", "muzyka młodzieżowa" i żargon. W jednym nic się nie zmieniło: była i jest ta sama niechęć do korzystania z doświadczeń starszego pokolenia i przeświadczenie o własnej nieomylności. W piosence królował sentymentalizm, tańczono walca, tango, fokstrotta - poważnie i dostojnie. 

   Wspomniałem już o rzadkiej sieci wodociągowo-kanalizacyjnej. Woda ze studni w śródmieściu najczęściej nie nadawała się do picia. Sytuację ratował więc woziwoda. Za dwa małe wiaderka płaciło się 8 groszy. Gdy mieszkaliśmy na Długiej, roznosił wodę gruby, barczysty Żyd o brązowej twarzy i czerwonych od wilgoci rękach. Mówiono, że noszeniem wiader dorobił się kilku kamienic. Ile jednak trzeba wnieść tych wiader na piętra, aby zdobyć majątek...

Żydowski tragarz
   Szamb podwórkowych nie podłączano do kanalizacji. Opróżniał je specjalny beczkowóz, zwany popularnie "gównowozem". Było to urządzenie niezwykłe a zarazem pomysłowe. Wybierania nieczystości z dołu kloacznego dokonywano na zasadzie podciśnienia: do szamba wpuszczano grubą, gumową rurę, połączoną z cysterną. W górnej części cysterny znajdował się otwór, przykryty okrągłą klapą. Woźnica wrzucał przez ten otwór do wnętrza kawałek zapalonego papieru, po czym następowała eksplozja metanu, który zdążył przeniknąć przez rurę. Po wybuchu powstawało w cysternie ciśnienie niższe niż w szambo a zawartość tego ostatniego wsysało do cysterny. Dla całkowitego opróżnienia szamba operację powtarzano kilkakrotnie; towarzyszył temu wiercący nozdrza odór. Lubiłem się przypatrywać całej operacji, gdyż błysk ognia i huk podrzucanej wybuchem klapy przypominał wystrzał z działa. Czasami wyobrażałem sobie z zachwytem, że eksplozja roznosi pełną cysternę... W naszym sennym miasteczku nawet to niezbyt wonne widowisko stanowiło atrakcję.


1 komentarz:

  1. Bardzo ciekawie napisane. Jestem pod wielkim wrażaniem.

    OdpowiedzUsuń