wtorek, 31 marca 2015



(6) Dalsi krewni

   Dziadek Wincenty-Adam Zabiełło, będąc przez całe życie raczej ubogim, miał żal do swych zamożniejszych stryjów, że nie pomogli mu skończyć szkoły. Szczególnie liczył na pomoc w formie zapisu spadkowego po swym kuzynie, Ignacym Zabielle z Radomia, który miał tam posiadłość i browar. Ignacy umarł bezdzietnie w 1900 r. Podobno zostawił nawet jakiś zapis, ale żona Ignacego jakoby "pokręciła" coś z testamentem a dziadek nie miał pieniędzy na proces. W ten sposób rozwiały się marzenia o zakupieniu domku, który sobie upatrzył w małej mieścinie Zwiahel na Wołyniu. Chyba jednak dobrze, że do zakupu nie doszło, gdyż Zwiahel po I wojnie światowej pozostał po stronie sowieckiej i do Polski nigdy nie wrócił.

Piwo produkowane przez browar Ignacego Zabiełły.

   Dwóch Zabiełłów, kuzynów dziadka, odwiedzało go w Żytyniu: Zygmunt, wysoki, chudy brunet z orlim nosem, urodzony ok. 1885, mieszkał na Wołyniu i Władysław, poeta, tęgi, z wąsami, urodzony ok. 1880, mieszkał w Warszawie. Byli to prawdopodobnie synowie stryjecznych braci pradziadka Jana. Grób Władysława znajduje się na Powązkach w Warszawie. Zapewne jego synem był Stanisław Zabiełło, dyplomata i publicysta, zmarły w 1969 r.
   Przekaz rodzinny wspomina o innej krewnej dziadka - Hance Ruszkowskiej, ur. ok. 1895, zamieszkałej w 1924 r. w Domanowie w woj. białostockim. Ona również przyjeżdżała do Żytynia. Brak danych, jakie łączyło ją z nami pokrewieństwo. Pochodziła prawdopodobnie z tzw. szlachty zagrodowej.
   Spokrewniona z rodziną Zabiełłów była Józefa Moritz, która w końcu XIX w. poślubiła Kazimierza Sztachelskiego. Ich syn, Jarosław Sztachelski, pracował w Białymstoku jako nauczyciel przyrody. Bywaliśmy w ich domu, Jarosława nazywałem stryjem a babcię Józefę pamiętam jako staruszkę. Sztachelskiego podczas okupacji rozstrzelali Niemcy za działalność w AK. Miał troje dzieci: Jerzego, Janinę (Nunę) i Alinę (Lilę). Jerzy ukończył przed wojną studia medyczne w Wilnie. Związał się z KPP (m. in. z Dembińskim, Putramentem), był sądzony za działalność wywrotową. Podczas wojny w ZSRR. Po wojnie został najpierw wojewodą białostockim, potem Ministrem Aprowizacji i długoletnim Ministrem Zdrowia (wpłynął istotnie po wojnie na los autora Kroniki, o czym wspomnimy w innym miejscu - red.).

Jerzy Sztachelski, 1914 r.

   Inni krewni to Chodakiewiczowie. Brak bliższych danych o stopniu pokrewieństwa. Znana jest tylko jedna osoba z tej rodziny: Jadwiga z Chodakiewiczów Jarecka, bardzo zaprzyjaźniona z babcią Wiktorią i jej siostrami; widocznie więc pokrewieństwo przez Borkowskich. Jadwiga była matką chrzestną Lucjana, Walentyny i Mirosławy. Jej mąż, Józef Jarecki, pracował jako mierniczy. Syn, Stanisław Jarecki, pełnił przed wojną funkcję wojewody stanisławowskiego. Legionista, oficer żandarmerii. Wszyscy oni od dawna nie żyją.

Jadwiga z Chodakiewiczów Jarecka




(5) Dzieci Adama i Wiktorii Zabiełłów

   Jak wspomniałem, wieku dojrzałego dożyło pięcioro dzieci dziadków Zabiełłów: Wacław, Lucjan, Walentyna, Stanisława i Mirosława. Zgodnie z ówczesnymi możliwościami, a także zwyczajem, czworo z nich zostało "urzędnikami", czyli pracownikami biurowymi niższych kategorii.


Dzieci Adama i Wiktorii. Od lewej: Wacław, Stanisława, Lucjan, Walentyna. Równe 1905 r.

Stoją od lewej: Lucjan, Stanisława, Mirosława, Walentyna. Siedzą: Wacław, Wiktoria, Adam. Ok. 1912 r.
   Stosunkowo najlepiej urządził się stryj Lucjan - był kasjerem w Banku Gospodarstwa Krajowego, przez szereg lat w Równem a na rok przed wybuchem II wojny światowej został przeniesiony do Pińska. Z końcem sierpnia 1939 r. powołano go do wojska i przydzielono do policji państwowej w randze aspiranta. Po 17 września zrzucił mundur i powrócił do Pińska, gdzie w międzyczasie jego młoda gospodyni, Olga Terlecka, Rosjanka, znalazła sobie przyjaciela wśród "komandirów" z Armii Czerwonej. Stryj przyjechał późną jesienią do nas, do Brześcia i dawał do zrozumienia, że obawia się denuncjacji swojej przyjaciółki i gospodyni w celu zawładnięcia mieszkaniem. Nie można wykluczyć, iż tak się właśnie stało. Po jego powrocie do Pińska otrzymaliśmy tylko zagadkową kartkę: "Wybieram się w daleką podróż." Odtąd wszelki ślad po nim zaginął. Istnieją przypuszczenia, iż został aresztowany przez NKWD i wywieziony do obozu lub też zginął w czasie przekraczania granicy. Być może wpływ na jego losy miał udział w wojnie z bolszewikami w 1920 r.

Lucjan Zabiełło w czasie wojny 1920 r.
   Stryj Lucjan miał więc pracę dobrze płatną a że pozostał w stanie bezżennym, więc i obowiązków nie miał nadmiernych. Nie był skąpy i chętnie pomagał rodzinie, gdy ta zgadzała się pomoc przyjmować. Pamiętam kiedy na Boże Narodzenie 1934 postanowiono zorganizować zjazd rodzinny w Równem, stryj opłacił podróż mojemu ojcu, matce i autorowi niniejszych wspomnień. Mnie traktował życzliwie, jako najmłodszego z rodu i spadkobiercę tradycji rodzinnych. Tradycje te traktował bardzo serio; miał metalową pieczęć z herbem Zabiełłów, którą pieczętował listy a w adresie zawsze umieszczał przydomek "Topór". Nieco niższy od mego ojca, tęgi i w wieku 44 lat zupełnie siwy, zawsze z przekornym uśmieszkiem w zwężonych, obramowanych tłuszczem oczkach, zajmował się też okultyzmem i nieźle grał na fortepianie. Używał życia na swój sposób, dużo pił i jadał w dobrych restauracjach. Naszą bogobojną rodzinę nieco gorszył tryb życia tego "bon vivanta", jego lekkie traktowanie wszystkiego, łącznie z religią. Ja go w owych czasach podziwiałem.

Lucjan Zabiełło, 1925 r.
   Ciotka Stasia była również, jak wspomniałem, urzędniczką, ale na dużo skromniejszej posadzie w urzędzie skarbowym w Równem. Mimo iż niebrzydka, nie wyszła za mąż. Uważała, że ma dobry głos, nawet odbyła próby w radio lwowskim - z kariery śpiewaczki nic jednak nie wyszło. Prawdopodobnie miała o to głęboki żal do losu i ludzi. Usposobienia łagodnego, trochę ckliwa, miała bardzo dobre serce i z melancholijnym uśmiechem znosiła losowe przeciwieństwa. Przeżyła ciężkie dni wojny w Równem, a po wojnie repatriowała się do Wrocławia, gdzie mieszkała do śmierci wraz z Wirpszami. Zmarła w lipcu 1955 r.
Stanisława Zabiełło, lata 20-te

   Ciotka Mira jest najmłodszą z rodzeństwa. Przystojna, wesoła i dowcipna, była ulubienicą wszystkich. W 1929 r. opuściła ze swymi rodzicami Żytyń, przyjechała do Białegostoku, gdzie zamieszkała u brata Wacława i podjęła pracę jako maszynistka w starostwie. Po wyjeździe rodziny do Brześcia pozostała na miejscu, spędziła tam lata wojny i pierwszy okres powojenny. W 1950 r. przeniosła się do Wrocławia. Mieszka tam dotychczas, schorowana, utrzymując się z bardzo skromnej emerytury (zmarła po napisaniu tej kroniki w 1977 r. - red.).

 
Mirosława Zabiełło, lata 20-te

   Zawsze przepadałem za nią a ona mnie rozpieszczała. Prawie każdej niedzieli chodziliśmy do kina na seans przedpołudniowy a często również na białostockie przysmaki - chałwę i buzę. Gdy byłem starszy, kilkakrotnie przyjeżdżałem do niej z Brześcia; zawsze potrafiła przyjemnie zorganizować tam mój pobyt, w ostatnim okresie przed wojną traktując prawdziwie po koleżeńsku. Zwykle otaczała się młodymi mężczyznami, jednak nie założyła własnej rodziny. Jest moją najbliższą krewną i spośród wszystkich członków rodziny z pewnością najbardziej życzliwą.

Mirosława Zabiełło, 1947 r.
   Ciotka Wala była najstarszą z sióstr i jedyną, która wybrała drogę gospodyni i matki. W 1927 r. wyszła za mąż za Olgierda Wirpszę, właściciela sklepu z narzędziami rolniczymi w Równem. Małżeństwo to miało troje dzieci: Zygmunta (1928), Jerzego (1930) i Irenę (1933). 
 
Akt ślubu wydany 11 września 1927 r. : "Łucka Diecezja, Dekanat Rówieński, parafia Szpanowska, Szpanów, woj. wołyńskie. Nr 234. "...Tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku, dnia dziesiątego września w Szpanowskim parafialnym Rzymsko-Katolickim Kościele, został pobłogosławiony związek małżeński Olgierda Wirpszy, kawalera lat 41, syna Dominika Benedykta i Kazimiery z Nowaków Wirpszów z Walentyną Ireną Zabiełło, panną lat 26, córką Wincentego Adama i Wiktorii z Borkowskich Zabiełłów. Oboje z cukrowni Żytyńskiej, szpanowskiej parafii. Zgodność powyższego     z oryginałem stwierdzam Proboszcz Szpanowskiego Kościoła Ks. D. Kuśmiński"
Ciotka, z pozoru szorstka, była bardzo dobrą kobietą. Zawsze zapracowana, nie miała chyba nigdy okazji do "własnego życia". Ich dom był otwarty dla krewnych, którzy dość bezceremonialnie korzystali z ofiarowanej gościnności. W czasie wojny cała rodzina wiele przecierpiała: z początkiem 1940 r. wuj Olgierd został aresztowany przez NKWD i osadzony w więzieniu, z którego wyszedł po zawarciu układu Sikorski - Stalin. W 1942 r. wraz z korpusem Andersa wyjechał z ZSRR na Bliski Wschód, gdzie przebywał do końca wojny.
   Po aresztowaniu męża, ciotka z dziećmi została wywieziona do Kazachstanu; powrócili do Polski w 1947 r. po latach nędznej wegetacji. W tym czasie wrócił również zdemobilizowany w Anglii mąż. Osiedlili się we Wrocławiu, gdzie wuj Olgierd pracował w zakładach mięsnych. Zmarł w 1961 r. na raka. Ciotka przeżyła go o pięć lat.

Wirpszowie. Od lewej: Jerzy,Walentyna, Irena, Zygmunt. 1947 r.

   Najstarszemu synowi, memu ojcu Wacławowi, będzie poświęcony odrębny rozdział.


poniedziałek, 30 marca 2015



(4) Borkowscy

   W rodzinie mojej babki, Wiktorii, zachowała się wiadomość o protoplaście rodu - Kazimierzu Borkowskim, żyjącym w drugiej połowie XVIII wieku. Nic poza tym o nim nie wiadomo. Był szlachcicem a więc musiał być ziemianinem. Miał on co najmniej czworo dzieci. Trzech synów: Stanisława, Franciszka i Wincentego oraz córkę niewiadomego imienia, po mężu Filochowską (?). Franciszek służył w armii carskiej i uzyskał nawet stopień generała (być może to pochowany w Grodnie, zmarły w 1871 r. generał-major Niżegorodzkich dragonów, który dłuższy czas walczył na Kaukazie, co w tej opowieści nie jest bez znaczenia). Legenda rodzinna głosi, że słynął jako doskonały szermierz i kiedyś podobno rozłożył sześciu oficerów rosyjskich wykpiwających jego polskie pochodzenie.
   Wincenty posiadał dziesięcioro dzieci, które dały początek kilku liniom Borkowskich. Jednym z jego synów był Kazimierz, ojciec Wiktorii. Inny syn, Paulin, został malarzem. Zachował się jego autoportret, obecnie własność Bolesława Borkowskiego.
   Pradziadek Kazimierz-Tomasz Dunin-Borkowski (herbu Łabędź) był architektem wnętrz. Dwukrotnie żonaty, z pierwszego małżeństwa miał córkę Marię. Powtórnie żonaty z Marią Ostrowską, miał z nią siedmioro dzieci: Wiktorię (moja babka), Helenę, Romualda, Wacława, Czesława, Julię i Ryszarda. Kazimierz pracował też przy budowie kolei, dlatego często zmieniał miejsce zamieszkania, a jego dzieci rodziły się w różnych miasteczkach i wsiach. Najstarsza Wiktoria urodziła się np. we wsi Wiercieliszki (w guberni grodzieńskiej). Niedaleko stąd, koło Przyrzecza, przy linii kolejowej Petersburg – Warszawa, 15 grudnia 1862 r. otwarta została stacja kolejowa – podobno pierwsza na Polesiu.

   Żona Kazimierza, prababka Maria Ostrowska, pochodziła z Czernihowa na Ukrainie i była narodowości ukraińskiej lub rosyjskiej. Postać to trochę tajemnicza, prawie nigdy o niej w rodzinie nie wspominano. Kiedyś po latach, dziadek Wincenty-Adam miał się wyrazić: "Kazimierz ogromnie ryzykował, żeniąc się z Marią." Na czym polegało ryzyko? Być może odgrywała tu rolę różnica wyznań. Za caratu przechodzenie prawosławnych na katolicyzm było nie do pomyślenia i niewątpliwie groziło represjami ze strony władz. Faktem zaś jest, że dzieci Borkowskich były wychowane w duchu katolickim. Może chodziło też o coś innego - że Maria zrusyfikuje rodzinę. Nic podobnego jednak nie nastąpiło.
   Gdy Kazimierz z rodziną osiedlił się w Białymstoku, zamieszkali w obszernym domu na Bojarach. Synowie pokończyli po kilka klas rosyjskiego gimnazjum a córki otrzymały domowe wykształcenie. Pradziad zmarł 16 czerwca 1886 r. i liczna rodzina znalazła się w trudnej sytuacji. Za główne źródło utrzymania służyły lekcje muzyki, udzielane przez córki; zarabiały też prawdopodobnie szyciem.
    Wkrótce najstarsza Maria wyszła za mąż za Karola Hermana, księgowego pochodzenia niemieckiego. Mieli troje dzieci: Zofię, Juliusza i Eugeniusza. Pewnego dnia Karol uciekł do Niemiec, przypuszczalnie z powodu popełnionych malwersacji finansowych. Zofia zmarła wcześnie a Maria z synami wyjechała do męża do Bremy. Tam Juliusz ożenił się z Niemką i miał dwoje dzieci. Zginął na froncie podczas I wojny światowej. Eugeniusz pozostał w stanie bezżennym. Utrzymywał kontakt listowy z Wiktorią Zabiełlową, swoją ciotką, aż do jej śmierci.
   Syn Kazimierza, Romuald, mieszkał w Baku i pracował w banku. Zmarł na gruźlicę w młodym wieku. Rodziny nie założył. Jego brat Czesław również osiedlił się na Kaukazie. Pracował w banku w Tbilisi. Ożenił się z Gruzinką imieniem Anastazja. Mieli dwoje dzieci: Anatoliusza i Zinaidę. Wychowane już na sposób rosyjski, nie mówiły po polsku. Tolek zginął na froncie I wojny światowej, w tym też czasie zmarł Czesław. Anastazja z Ziną ok. 1940 r. przeniosły się do Równego, gdzie odnalazły Stanisławę Zabiełło. Po wojnie usiłowały przyjechać do Polski, aby stąd przedostać się do Turcji, gdzie mieszkał ich krewny. W tym celu utrzymywały korespondencję z Mirosławą Zabiełło. Nie były to jednak osoby sympatyczne i odnosiły się źle do Stasi Zabiełlówny, która w tym czasie mieszkała w Równem. Kontakt z nimi został więc przerwany.
   Kolejny syn Kazimierza, Wacław, również został urzędnikiem bankowym. Przed I wojną światową mieszkał w Bobrujsku, gdzie pojął za żonę Kamilę Żebrowską. Po jej śmierci ożenił się powtórnie, tym razem z Zofią Adamowiczową, siostrą Olgierda Wirpszy. Zmarł na raka podczas okupacji.

Wacław Borkowski
   Julia Borkowska, najmłodsza córka Kazimierza, przyjechała do siostry do Żytynia. Tu wyszła za mąż za Kazimierza Szpakowskiego, inżyniera w cukrowni. Uchodziła za zgrabną, przystojną, elegancką i zadbaną. Oboje z mężem lubili się bawić i dobrze tańczyli. Byli lubiani przez rodzinę i pożądani w towarzystwie. Podczas I wojny w Żytyniu wybuchła epidemia tyfusu. Choroba nie ominęła Julii, która wyszła z niej z życiem, ale bardzo odtąd postarzała. Zmarła w 1923 r. skutkiem wylewu krwi do mózgu.

Julia z Borkowskich Szpakowska
   Najmłodszy syn Kazimierza i Marii Borkowskich, Ryszard, był w młodości przystojnym brunetem, z zawodu... a jakże, bankowcem. Pracował - nikt nie zgadnie - w Baku, potem w Piatigorsku, by po I wojnie przenieść się do Białegostoku. Mimo dobrej sytuacji materialnej nie ożenił się. Kilka lat przed II wojną światową dostał wylewu krwi do mózgu, długo chorował, stracił posadę. Stary i schorowany przyjechał do Równego, gdzie zaopiekowała się nim siostrzenica, Stanisława Zabiełło. W czasie wojny mieszkał sam i w 1942 r. zmarł w skrajnej nędzy. Pochowano go w cudzym ubraniu, gdyż nie miał własnego. Stanisława sama ubrała go do trumny, wykopała grób i zasypała.

niedziela, 29 marca 2015


  (3) Babcia Wiktoria


 Zwyczajem ówczesnym Wiktoria otrzymała wykształcenie domowe: trochę języków obcych i literatury, język i historia Polski oraz gra na fortepianie. Dodatkowo wyuczyła się szycia. Gdy miała 23 lata, zmarł jej ojciec. Liczna rodzina znalazła się w ciężkiej sytuacji. Aby związać koniec z końcem i ulżyć matce, Wiktoria z siostrami od rana do nocy dawały lekcje muzyki.
   Po wyjściu za mąż i osiedleniu się w Żytyniu, Wiktoria Zabiełłowa pędziła pracowity żywot żony i matki. Do prac domowych dochodziła uprawa ogrodu oraz obsługiwanie żywego inwentarza. Poza tym babka szyła zarobkowo i udzielała lekcji gry na fortepianie. 
--------------------------------------------------
Z listu Mirosławy Zabiełło do autora:
"Wiktoria szyła, najczęściej suknie ślubne. Miała jeszcze do tego dodatkowy obowiązek ubierania panien młodych do ślubu. Prawie co drugą niedzielę zjawiała się taka panna z druhną. Mama grzała rurki na lampie i fryzowała jej włosy, co trwało długo a my trzy siostry przyglądałyśmy się z zainteresowaniem. Układała suknię, upinała welon i wianek, czasem popudrowała chlipiąca dziewczynę. Wreszcie zajeżdżał pan młody dorożką i zabierał oblubienicę.
   Mama była bardzo uzdolniona. Co się w domu zepsuło, nie Adam, lecz ona reperowała, przybijała, piłowała. Miała zamiłowania lecznicze. Czytała książki na ten temat i leczyła ziołami dzieci swoje i robotników w Żytyniu. (...) Uczyła nas przy fortepianie pieśni patriotycznych. Pilnie przestrzegała, abyśmy nie zniekształcały mowy polskiej, pobierając nauki w rosyjskim gimnazjum. Była wielką zwolenniczką Piłsudskiego i bardzo się dziwiła, że ja nią nie byłam."
---------------------------------------------------
   Godzi się wspomnieć o jej działalności społecznej i patriotycznej; mianowicie zbierała u siebie dziewczęta - córki miejscowych robotników - i pod pozorem wspólnego szycia uczyła je czytać i pisać po polsku a także rachunków i historii Polski. Był to rodzaj "tajnych kompletów", odważne i niebezpieczne przedsięwzięcie, gdyż uczenie po polsku na tych ziemiach karano zsyłką na Sybir.
----------------------------------------------------
Z listu Mirosławy Zabiełło:
" Wkrótce Wiktoria prowadziła całą polską szkołę. Mieliśmy dużą, oszkloną werandę, na której stał długi stół i ławy. Przeszło 40 dzieci uczyło się tu po polsku czytać i pisać, rachunków i innych przedmiotów, w zależności od wieku. Przygotowywała je również do pierwszej Komunii Świętej. Wszystko to funkcjonowało nielegalnie, pod groźbą wtargnięcia żandarmów."
-----------------------------------------------------
   Mimo tylu pracochłonnych zajęć, Wiktoria znajdowała czas, aby bywać u sąsiadów i przyjmować gości. Słynęła z wypiekania znakomitych ciast (sękacza) i tortów. Miała uzdolnienia literackie a w każdym razie ciągoty do poezji; między innymi próbowała opisać, nieporadnym wprawdzie wierszem, ale ciepło i z humorem, swój dom rodzinny. Gdy umarła w Równem, wiele jej uczennic z płaczem żegnało tę, która bezinteresownie tyle dobrego dla nich uczyniła.
   W Żytyniu dziadkowie wiedli żywot nader skromny. Wprawdzie mieszkanie było przestronne - pod koniec życia 7 izb, ogród, sad, pole ziemniaczane, 2 krowy i koń oraz bryczka wypożyczana z fabryki do wyjazdów w okolice - ale pensja dziadka na tyle osób z ledwością starczała. Mimo to wszystkie dzieci, które przeżyły, otrzymały średnie wykształcenie. Był to z pewnością ze strony dziadków duży wysiłek finansowy. Należy też pamiętać, iż w zaborze rosyjskim kształcenie Polaków napotykało na szczególne trudności. Szkołę średnią uczyniono narzędziem wynaradawiania, a i tak dostać się do niej nie było łatwo, zaś koszty nauki poważnie ciążyły na rodzinnym budżecie. Najbliższa szkoła znajdowała się w Równem, należało więc również opłacać stancję.
   Jacy to byli ludzie, moi dziadkowie? Trudno mi dzisiaj oceniać, gdyż subiektywne wrażenia nie pozwalają na wydobycie z cienia wszystkich ich cech. Z całą pewnością byli cisi i skromni, bez żadnych aspiracji życiowych, których zresztą mieć w owych czasach i okolicznościach nie mogli. Brak majątku i wykształcenia automatycznie zamykał drogę do pozycji zapewniającej dostatek i ciekawe przeżycia. Głęboka i szczera wiara w nauki Kościoła w połączeniu z wrodzoną uczciwością i prostodusznością, kazała zapewne patrzeć na życie jak na wyrównany szlak, wyznaczony prawami boskimi i ludzkimi, choć wyboisty, ale prowadzący do nieśmiertelności i szczęścia pozaziemskiego. Byli dobrzy, skłonni do poświęceń i bardzo mało wymagający od życia. Gdyby nad ich życiorysem ktoś chciał zamieścić motto, najlepiej i w sposób lapidarny oddałyby je słowa prostego wiersza, znalezionego w sztambuchu babki:


"Cicho boską spełnić wolę,
Cicho bliźnim ulżyć dolę,
Cicho kochaj ludzi, Boga,
Cicho - oto święta droga.

Cicho z swymi dzielić radość,
Cicho wszystkim czynić zadość,
Cicho innych błędy znosić,
Cicho życzyć, błagać, prosić.

Cicho z cnoty zbieraj plon,
Cicho, aż nadejdzie zgon;
Cicho ciało spocznie w grobie,
Cicho da Bóg niebo tobie."

   Czyż te słowa nie przypominają pełnej pokory złotoustej maksymy Juan Eugenio Hartzenbuscha, dramaturga hiszpańskiego z XIX w.:

"Patrz, Florencjuszu, na wody strumienia:
Cicho poją łąkę, nie pragnąc zapłaty.
Odtąd, w tę naukę nową tak bogaty,
Czyń dobrze bliźniemu i rób to w milczeniu."

   A jeżeli potrzebne jest świadectwo współczesnych i dobrze znających ten spokojny dom ludzi, niech nim będzie wyjątek z wiersza, jaki na 25-lecie ślubu dziadków napisał i wygłosił na uroczystości srebrnego wesela 18 lutego 1914 roku Adam Chmielowski, przyjaciel domu:


"Nam się zdaje, niedawne to czasy, Adamie!
Tak jasno nasza pamięć tę chwilę odtwarza.
Gdyś Twej zacnej małżonce podał Twoje ramię,
W ślubnych szatach i wieńcu wiodąc do ołtarza.
I radosne to były, i rozkoszne chwile,
Dusze Wasze płonęły w ognisku miłości,
Życie się uśmiechało uroczo i mile,
Jutrzenka Wam świeciła w urokach przyszłości!

I poszliście tak cicho, spokojnie i zgodnie,
Wyrok pobłogosławił Waszych dążeń cele,
Bo Chrystus, jak do Marty, rzekł do Was łagodnie,
Że ten wiele uzyska, kto ukochał wiele.
A Wyście się kochali w całej serc swych pełni.
Zdrada, zazdrość, nieufność wśród Was nie postały.
I żyliście najzgodniej, jak mogą śmiertelni,
W zgodnym Waszym stadle mieszkał spokój stały.
Wychowaliście dziatwę ku chwale przyszłości,
Pracujecie wytrwale, ciągle w pocie czoła,
I dajecie im przykład tej wstrzemięźliwości,
Którą człowiek uczciwy naśladować zdoła.

Wytrwaliście tak wspólnie ćwierć Waszego wieku,
Z niezłomną siła woli w zakresie czynności,
A wszystko, co się ceni w uczciwym człowieku,
Cechuje Waszą przeszłość - niechajże w przyszłości
Nie uchyli się z cnoty i honoru drogi,
Wieńcząc Wasze zamiary plonem pożądanym;
Opatrzność niech osłania Waszej chaty progi,
By smutek, niedostatek dla Was był nieznanym.
Idźcie do drugiej ćwierci w niezłomnym pokoju,
I gwiazda pomyślności niech Wam w drodze świeci.
A gdy spoczniecie w szczęściu po swej pracy, znoju - 
Niech Wasz byt opromienia szczęście Waszych dzieci."

   Dziadkowie mieszkali w Żytyniu do 1929 r. Dziadek Adam otrzymywał niewielką emeryturę. Skutkiem podeszłego wieku i chorób, wymagali stałej opieki, toteż w 1929 r. zabrał ich do siebie najstarszy syn, Wacław, mieszkający wtedy z rodziną w Białymstoku.
   Długoletni pobyt w Żytyniu i związane z tym przeżycia, niewątpliwie spowodowały silne przywiązanie staruszków do tego miasteczka. Gorzko płakali, wyjeżdżając stamtąd na zawsze. Nie ukoił żalu nawet przyjazd do miasta ich młodości - zresztą byli już tak schorowani, że nie mogli opuszczać mieszkania.
-------------------------------------------------
Z listu Mirosławy Zabiełło:
"Ojciec był bardzo religijny i przy tym praktykujący. Z drugiej strony, wieczorem, po pacierzu, czasem mawiał: <No, już boruchy odprawiłem a teraz mogę iść spać.> Mamę bardzo te <boruchy> denerwowały; uważała, że nie godzi się tak mówić o modlitwie. Mnie zaś bawiły i próbowałam sama tak mówić.."
--------------------------------------------------
   Dziadkowie pozostawali ludźmi bardzo cichymi i zrównoważonymi. Z trudem przypominam sobie ich głos - mówili bowiem niewiele i niezbyt głośno. Babka niekiedy rano. krzątając się przy łóżku, śpiewała godzinki. Dziadek większość dnia drzemał, siedząc na łóżku i opierając głowę na ręce złożonej na biurku. Po wielu dziesiątkach lat pracowitego żywota, oprócz ubogiej bielizny i pościeli nie posiadali właściwie nic - prawda, dziadek miał złoty, kieszonkowy zegarek o trzech kopertach, ofiarowany mu przez współpracowników na 25-lecie jego pracy w cukrowni. Na zewnętrznej kopercie przylutowano wielki, złoty monogram a wewnątrz wygrawerowano okolicznościowy napis. Zegarek ten po śmierci dziadka w 1933 r. miał mi przypaść w udziale po osiągnięciu dojrzałości. Na razie nosił go ojciec. Był to zresztą w naszym domu jedyny wartościowy przedmiot, oprócz obrączek rodziców. Złotą dewizkę od zegarka rodzice zmuszeni byli sprzedać w zimie 1939 r., gdy ojciec nie mógł znaleźć pracy zarobkowej. Sam zegarek cudem przetrwał wojnę i kilka sowieckich rewizji w mieszkaniu; dopiero latem 1945 r. rodzice sprzedali go, by móc się jakoś urządzić w Sławie Śląskiej, gdzie zamieszkali po wyjeździe z terenów zajętych przez ZSSR.

   W 1931 r. ojciec został przeniesiony służbowo do Brześcia nad Bugiem. Oczywiście, dziadkowie wyjechali razem z nami. 18 stycznia 1933 r. dziadek Wincenty-Adam zmarł w wieku 73 lat. Na pogrzeb przyjechały jego dzieci: Mirosława, Stanisława, Lucjan oraz Olgierd Wirpsza, mąż ciotki Wali. Pamiętam, jak w zadymce śnieżnej wyruszał z podwórza karawan a za nim mała grupka osób, odprowadzających go na cmentarz. Mama, ja i płacząca babka zostaliśmy w domu.
 
Wincenty-Adam Zabiełło na łożu śmierci 1933 r.

   Na drugi dzień rano wuj Olgierd zabrał babcię do Równego, gdzie jeszcze blisko dwa lata mieszkała u Wirpszów. Do końca życia była bardzo czynna. Uczyła wnuka Zygmunta gry na fortepianie, odrabiała z wnukami lekcje, robiła ładne roboty ręczne. Zmarła nagle 14 grudnia 1935 r. Na rok przed śmiercią, na Boże Narodzenie 1934 r. miała po raz ostatni możność ujrzenia wszystkich swych dzieci, gdyż zorganizowano w Równem coś w rodzaju zjazdu rodzinnego. Po jej śmierci, do trumny stojącej na katafalku w mieszkaniu przychodziło wiele osób, wśród nich starsze kobiety z Żytynia, jej dawne uczennice, składając hołd "naszej dobrej Pani".
 -----------------------------------------------
Z listu Mirosławy Zabiełło do autora:
"Mama chorowała na wątrobę, serce i silny reumatyzm. W dużym pokoju miała swe łóżko, za parawanem. Pewnego ranka cicho zgasła na siedząco. Obok bawiły się wnuki, ale nikt nie zauważył, kiedy nastąpiła śmierć."
------------------------------------------------

piątek, 27 marca 2015





(2) Rodowód


Dziadkowie  

   W 1948 roku, na przyjęciu w Ambasadzie RP w Rzymie, pewna dystyngowana, starsza pani, słysząc moje nazwisko, spytała: "A pan z jakich Zabiełłów?" Zdaje się, że podobne pytanie zadawały sobie w późniejszych latach liczne komisje weryfikacyjne, badające moje pochodzenie społeczne jako pracownika zatrudnionego na odpowiedzialnym stanowisku. Mej rozmówczyni odpowiedziałem wówczas: "z tych dobrych, łaskawa pani!". Komisjom natomiast musiałem przedstawiać szczegółowy życiorys, z którego wynikało niezbicie, że nie mam nic wspólnego z rodzinami hrabiów i wielkich posiadaczy ziemskich o tym samym nazwisku, a przodkowie z dziada pradziada zarabiali na chleb własną pracą. Oczywiście, to byli ci "dobrzy" Zabiełłowie, jakkolwiek pochodzili ze szlachty ziemiańskiej. Ale to odległe dzieje. Po wojnie, w jakąś aferę przemytniczą była zamieszana pewna hrabina Zabiełłowa. Koledzy z wojska podśmiewali się, winszując mi paranteli. Mogłem wraz z nimi śmiać się spokojnie. Hrabiowie wyszli z mody a brak ich w rodzinie - chociaż dziś patrzy się już na to z przymrużeniem oka - raczej pomagał w robieniu życiowej kariery. Pokrewieństwo z arystokracją ludzi prostych i niezamożnych zawsze budzi niezbyt przyzwoite skojarzenia, nie mówiąc już o niemądrym snobizmie. Wyobraźmy sobie, iż odległym krewniakiem okazał się osławiony hetman polny litewski Józef Zabiełło, targowiczanin powieszony przez lud warszawski w 1794 r. Czy byłby to zaszczyt dzisiaj, choć na pierwszy rzut oka facet mógł uchodzić za prekursora współczesnej "orientacji wschodniej"? Lepiej się więc stało, że co najmniej od stu lat czcigodni antenaci - chociaż herbowi szlachcice - borykali się z losem i klepali biedę, żyjąc z uczciwej pracy. Bowiem, jak mawiali starożytni, sic itur ad virtutem.


------------------

   Pamięć moja sięga trzeciego pokolenia, a fragmentaryczne przekazy rodziców i krewnych dostarczają skąpych wiadomości o pradziadach. Wcześniejsze dzieje rodziny toną w pomroce historii. Prapradziad Zabiełło niewiadomego imienia, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, musiał być zamożnym ziemianinem: trzynastu synów wyposażył w mająteczki i folwarki. Gniazdo rodzinne zwało się Zabieliszki - Worniany, gdzieś na Wilenszczyźnie. Ponieważ szlachcic bez herbu jest jak pies bez ogona, więc przodkowie pieczętowali się herbem Starża i nosili przydomek "Topór".
 
Pałac Zabiełłów w Kiejdanach, zbudowany na przełomie XVI i XVII w., obecnie pusty, podobno sprzedany jakiemuś litewskiemu przedsiębiorcy.

Tablica przy wejściu informująca, że jest to pomnik architektury, pałac Zabiełłów z przełomu XVII i XVIII w.
Na frontonie budynku nadal doskonale widoczny herb "Topór".



   Jeden z owych trzynastu synów miał na imię Jan i prawdopodobnie rezydował w odziedziczonym majątku Brzeźnica. Urodził się w latach trzydziestych ubiegłego wieku a ożenił z Hilarią, z domu Olędzka. 
-------------------------------------------------------------
   Już po opublikowaniu tego tekstu redaktor otrzymał od znanej badaczki drzewa genealogicznego Zabiełłów, Pani Julii Zabiello z Moskwy, wykaz antenatów od poł. XVII w. Pani Julia posiada w swojej bazie ponad dziesięć tysięcy nazwisk (!). 
   Okazuje się, że najstarszym znanym przodkiem naszej linii jest Krzysztof Zabiełło, ur. w 1639 r. Miał on syna Jerzego, ur. w 1669 r. Ten z kolei spłodził potomka Aleksandra w 1699 r. Aleksander miał również syna Piotra (1734 r.), ten zaś Jana Dyonizego (1774 r.). To właśnie ten, nieznany nam do tej pory ojciec Jana Zabiełły i zarazem prapradziadek autora. Zidentyfikowano u niego jak dotąd tylko ośmioro dzieci, w tym cztery córki (a nie trzynastu synów).
   Jan s. Jana urodził się nie w latach trzydziestych, lecz w 1809 r. Był dwukrotnie żonaty: z Weroniką Ilcewicz (dwoje dzieci: Józef w 1842 r. i Kazimiera) a kiedy żona zmarła w 1851 r., ożenił się ponownie w 1854 r. z dużo od siebie młodszą Hilarią Olędzką.
(red.)
---------------------------------------------------------------
Chyba niedługo cieszyli się swoją posiadłością, którą pradziad Jan z niewyjaśnionych przyczyn utracił. Może zadłużył się, może przehulał - a niewykluczone też, iż do utraty tej przyczyniły się władze carskie. W każdym razie wiadomo, że po śmierci Jana Hilaria nie miała żadnego majątku, trzymała jedynie dzierżawę. Małżeństwo miało jednego syna - Wincentego Adama, który przyszedł na świat 18 kwietnia 1859 r. Adam miał również przyrodnią siostrę, Kazimierę; nie wiem, czy była córką Jana czy Hilarii. Wincenty Adam to mój dziadek, którego dobrze pamiętam. Gospodarowanie Jana, a po jego śmierci Hilarii, szło widocznie kiepsko. Adam, ukończywszy kilka klas rosyjskiego gimnazjum, podjął pracę w kolejowych magazynach tytoniowych w Białymstoku. Nie musiała to być posada lukratywna; większą część zarobków odsyłał matce, borykającej się z trudnościami finansowymi na swej dzierżawie. Sam żywił się przeważnie zsiadłym mlekiem i ziemniakami. Nic dziwnego, że jak później opowiadał, kwaśne mleko obrzydło mu na całe życie.
-----------------------------------------------------
Z listu ciotki autora, Mirosławy Zabiełło:
" Pracował w magazynach kolejowych, gdzie składowano ogromne ilości różnego gatunku tytoniu. Ojciec był niepalący przez 30 lat życia. Właśnie tam, za namową kolegów, wciągnął się z łatwością."
------------------------------------------------------

Wincenty Adam Zabiełło 1889 r.

   Stan taki nie mógł trwać długo. Wkrótce Hilaria zrzekła się dzierżawy i przeniosła do Białegostoku. Zamieszkała wraz z synem, a dla podreperowania budżetu domowego trzymała uczniów "na stancji", prowadząc coś w rodzaju prywatnej bursy.
   W tym czasie Adam poznał młodą pannę, Wiktorię Dunin-Borkowską, córkę inżyniera Kazimierza Tomasza Dunin-Borkowskiego. Zakochany codziennie ją odwiedzał - a było to duże poświęcenie, zważywszy, że musiał przejść pieszo tam i z powrotem z dworca kolejowego na ulicę Piasta (dzielnica Bojary) co najmniej pięć kilometrów.

Wiktoria z Dunin-Borkowskich Zabiełlowa
Maria z Ostrowskich Dunin-Borkowska

Kazimierz Dunin-Borkowski
    Nędznie płatna posada dziadka Adama nie dawała możliwości utrzymania żony i rodziny. Musiał więc starać się o zajęcie dające większy dochód. Nie było to łatwe w owych czasach, zwłaszcza dla Polaków, i wiązało się najczęściej z wyjazdem w dalsze strony. Taką posadę znalazł dziadek aż koło Równego, w nowopowstałej cukrowni w Żytyniu (Wołyń). Otrzymał tam stanowisko kasjera, na którym pracował aż do zamknięcia fabryki, co nastąpiło po zakończeniu I wojny światowej. Mając lepiej płatną pracę, mógł się ożenić. 
 -------------------------------------------------------
 Z listu Mirosławy Zabiełło:
"Ojciec, zamierzając zmienić pracę, dowiedział sie od kogoś o cukrowni w Żytyniu, własności prywatnej spółki akcyjnej. Z wielkim trudem wyprosił sobie kilka dni urlopu (a urlopów żadnych za caratu Polakom nie dawali) i pojechał na Wołyń. Tam dostał z miejsca posadę kasjera i tam już pozostał. Opowiadał nam, że kiedy jeszcze nie miał zamiaru rzucać pracy w magazynach, wyśniła mu się cała podróż koleją na Wołyń, cały Żytyń, fabryka. Jadąc później, był oszołomiony, że wszystko to widział we śnie."
-------------------------------------------------------

Ślub Adama z Wiktorią Dunin-Borkowską miał miejsce 3 marca 1889 r. w Białymstoku, w starożytnym kościółku św. Franciszka (?), obecnie niknącym w cieniu ogromnej, neogotyckiej fary. Po ślubie młoda para wraz z Hilarią wyjechała do Żytynia. Przeżyli tam około czterdziestu lat. Tam też przyszły na świat wszystkie ich dzieci:
1. Wacław (mój ojciec) - ur. 5.03.1890 r. - zm. 18.11.1948 r.
2. Ewelina-Olimpia - ur. 16.04.1891 r. - zm. 23.06.1891 r.
3. Leonard - ur. 4.09.1892 r. - zm. 25.09.1892 r.
4. Stanisław - ur. 1.01.1894 r. - zm. 4.08.1902 r. (szkarlatyna)
5. Lucjan - ur. 18.12.1895 r. - zaginął bez wieści w 1940 r., prawdopodobnie zamordowany przez bolszewików.
6. Zofia - ur. 29.12.1899 r. - zm. 25.03.1900 r.
7. Walentyna-Irena - ur.2.03.1901 r. - zm. 11.09.1966 r. we Wrocławiu.
8. Stanisława - ur. 27.06.1902 r. - zm. 8.07.1955 r. we Wrocławiu.
9. Mirosława - ur. 5.08.1905 r. - zm. w 1976 r. we Wrocławiu.
10. Chłopiec poroniony.

   Tak więc z dziesięciorga dzieci tylko pięcioro dożyło wieku dojrzałego. Największą tragedią w rodzinie była śmierć 8-letniego Stasia, który skonał na rękach ojca, bezradnego wobec nieuleczalnych wówczas, a dziś prawie nieznanych chorób dziecięcych (szkarlatyna i krup). Wszyscy zmarli w tych latach, a także Hilaria (1901) oraz siostry Wiktorii: Julia Szpakowska i Helena Ostankowiczowa, zostali pochowani na cmentarzu w Szpanowie koło Równego.
Wincenty Adam Zabiełło - Żytyń 1910 r.

Wincenty Adam Zabiełło - 1930 r.
    Babka Wiktoria Borkowska - Zabiełłowa urodziła się w czasie Powstania Styczniowego, 11 marca 1863 r. Z tym wydarzeniem historycznym jest też związane jej imię. Mianowicie przed jej przyjściem na świat pradziadek Kazimierz Borkowski tak sobie wróżył: jeśli urodzi się syn, to powstanie zwycięży; wówczas da synowi imię Wiktor. Jeżeli będzie córka - powstanie upadnie. Tak też się stało. Mimo klęski, dziecko otrzymało imię Wiktorii. Podobno pradziadek rozgoryczony upadkiem Powstania, przez wiele miesięcy nie chciał patrzeć na niemowlę. Zaiste, w osobliwy sposób przejawiał się niekiedy wówczas tak skądinąd głęboki patriotyzm naszych przodków. Dopiero dzieciom Kazimierza danym było w wieku dojrzałym dożyć niepodległości.
----------------------------------
Wedle "Ilustrowanego przewodnika po Wołyniu" (1929 r.) dr Mieczysława Orłowicza:
"W odległości 9 km. od Równego, 3 km. na północ od szosy, zwraca uwagę okazały kompleks budynków fabrycznych i mieszkalnych. Jest to likwidująca się cukrownia Żytyń - Horodyszcze. Cukrownia ta znana pod nazwą "Elucja" założona była przez Blocha i Raca. Do czasu wojny europejskiej cukrownia przerabiała na rafinadę nie tylko melasę z cukrowni wołyńskich, lecz sprowadzała ją z lubelskiego i innych okolic. Z szosą państwową połączona jest prywatnym gościńcem (3 km.). Obecnie z powodu warunków produkcji ten największy ośrodek kultury i ducha polskiego, posiadający wzorową szkołę, ochronkę, szpital, kooperatywy, okazałe domy mieszkalne, stopniowo zamiera. Element polski pozbawiony pracy w cukrowni znajdującej się w stanie likwidacji, rozchodzi się po całej okolicy w poszukiwaniu zarobków. Dobra tutejsze należały niegdyś do Radziwiłłów, potem do Horodyskich."
Brama wjazdowa do dawnej Cukrowni "Elucja", w chwili wykonania fotografii - olejarni (1933 r.).
 
   Dość niespodziewanie, kilka lat temu otrzymaliśmy od Pani Julii Zabiełło z Moskwy skany dokumentów świadczące o tym, że Wincenty Adam Zabiełło z powodzeniem starał się o uznanie, na początku XX w. przez władze carskie swojego szlacheckiego pochodzenia. Doszło do tego w dniu 20 marca 1903 r. na podstawie postanowienia Departamentu Heroldii Senatu Rządzącego. Wywiedziono tam linię pochodzenia pradziadka od Jana Dyonizego, ziemianina, i jego syna Jana, zamieszkałych "w guberni grodnieńskiej".



czwartek, 26 marca 2015


 (1) Jerzy Zabiełło 1922 - 1982


Silva rerum familiaris
czyli
Sprawy rodzinne

Tom I


 Od autora

"Non omnis moriar multaque pars mei vitabit Libitinam"
Horacy

 Gdy człowiek osiąga pięćdziesiątkę, stwierdza pewnego dnia z niejaką przykrością, iż większość spraw życiowych ma już z głowy. A taką mamy naturę, że choćby te sprawy były najbardziej kłopotliwe, wolimy je mieć, niż być ich całkowicie pozbawieni. Skoro więc o nowe przeżycia trudno, lubimy sięgnąć pamięcią wstecz, aby z lubością powspominać o tym, co się kiedyś w naszym życiu zdarzyło, tym bardziej, że z perspektywy lat doznane przykrości stają się mniej ważne, a chwile przyjemne nabierają szczególnej atrakcyjności, pewnie dlatego, że są niepowtarzalne. Oto prawdziwy powód pisania pamiętników. Niekiedy kryje się za tym pozorna chęć uczczenia pamięci przodków i pochwały dawnych czasów, ale podejrzewam, iż przy tej okazji autor realizuje nieco bezwstydny zamiar wystawienia sobie papierowego pomnika - a może nagrobka? Bo to prawie na jedno wychodzi. Na ogół lubimy czytać wspomnienia o czasach minionych, pod warunkiem, że nie zawierają zbyt wiele dydaktyki, wolimy bowiem uczyć się na własnych błędach i nie znosimy pouczeń, choćby zupełnie słusznych. Niełatwo jest też jest pisać dobrze o bliźnich, a najtrudniej przedstawiać własną osobę, jak zwykłego człowieka. Sądzę więc, iż nie tyle własne przeżycia, ile obraz epoki wart jest przede wszystkim utrwalenia, jakkolwiek w danym przypadku próba będzie zapewne nieudolna, gdyż wymaga lepszego pióra. Pewien krytyk literacki wołał z rozpaczą: "Niektórzy w chwilach wolnych nie wiedzą, jak zabić czas - wtedy chwytają za pióro i piszą. Niech by już lepiej chwytali za kieliszek..."

   Aby uniknąć pułapek, staram się pamiętać o wskazówkach ludzi mądrzejszych od siebie. Tuwim mawiał: "głupstwa można pisać, byle nie uroczystym tonem". To bardzo trudno, zawsze można się do czegoś przyczepić. Jeżeli dla odmiany wyrazisz się o kimś uprzejmie - powiedzą, że to tylko przyjemniejsza odmiana hipokryzji. Wyrwie ci się coś niezbyt mądrego - zaraz zacytują: "gdybyś milczał, mógłbyś uchodzić za filozofa". Chowam się więc za parawanem samokrytyki, aby tym łatwiej otrzymać rozgrzeszenie za wszystkie błędy, potknięcia, dłużyzny.

   Niekiedy z poszczególnych fragmentów tego opisu można odnieść wrażenie, że umyślnie przedstawiam w ciemnych barwach warunki życia w przeszłości, aby na ich tle uwydatnić świetlaną rzeczywistość dzisiejszą. Nie jest to prawda; wspominki te stanowią całkowicie prywatną produkcję a prywatnie nie ma potrzeby kadzić władzy. Po prostu w takim oświetleniu różne sprawy utkwiły w mej pamięci. Nie jestem jeszcze zresztą w tak podeszłym wieku, aby entuzjazm dla dawnych "dobrych" czasów uważać za dowód nabytej mądrości i obiektywizmu. Jeżeli zaś nakreślony obraz nie zawsze jest radosny, to nie oznacza wcale, iż autor ma usposobienie pesymistyczne; jest on w rzeczywistości optymistą z praktyką życiową.


Wrzesień 1973 
Jerzy Zabiełło