niedziela, 28 lutego 2016




(52) Czerwony sztorm

   Za Małaszewiczami pociąg stał dość długo. Powychodziliśmy z wagonów, by rozprostować nogi "na polskiej ziemi". Zjawiły się baby wiejskie, sprzedające chleb i mleko. Co za luksus! Zdawało się, że przekroczyliśmy próg Europy...
   Minął w podróży dzień, noc i następny dzień. W nocy padał deszcz, słyszeliśmy na wschodzie wybuchy, czerwieniły się łuny. Trzeciego dnia nad ranem dowlekliśmy się do Mińska Mazowieckiego. Tu wysiadłem z rodzicami. Pożegnaliśmy się serdecznie z Cześkiem i Kazikiem Ostrowskimi, życząc sobie nawzajem szczęśliwego spotkania po wyzwoleniu. W tym momencie Kazik miał przed sobą jeszcze miesiąc życia, Czesiek - trzy miesiące...
 
Czesław Ostrowski. Z tyłu zdjęcia tekst: "Najszczerszemu Przyjacielowi Jurkowi, aby mą śmiejącą się gębą opromieniał sobie smutne chwile życia. <Czech> Brześć n\Bug. 12.VIII.42."
   Rano ojciec znalazł przez znajomych jakąś izdebkę z glinianą podłogą przy ul. Piłsudskiego. Dostał też zajęcie w miejscowym komitecie RGO (Rady Głównej Opiekuńczej), organizacji charytatywnej, tolerowanej przez Niemców. Pracował właściwie za zupę, chleb i od czasu do czasu puszkę konserw. Ja po kilku dniach podjąłem pracę w prywatnym zakładzie fotograficznym Michała Kwiatka, otrzymując podobne wynagrodzenie. Żywność była w tym czasie najważniejsza.
   W zakładzie spędzałem cały dzień, starając się jak najmniej chodzić po ulicach, gdzie groziła kontrola dokumentów. Młodych mężczyzn - przechodniów często zabierały patrole do pracy przy kopaniu rowów a nawet na roboty do Niemiec.
   W pracy fotolaboratoryjnej nie miałem zgoła doświadczenia, ale dość szybko nauczono mnie zasad retuszu oraz manipulacji chemikaliami. Nasi klienci - przeważnie mieszkańcy okolicznych wiosek - nie byli zbyt wymagający, więc mogłem sobie używać do woli na negatywach ich fizjognomii.
   Około dwudziestego czwartego lipca niespodziewania odwiedziły nas pani Smolnicka z Wiką. Urządziły się w Warszawie, poruszały ze swobodą mieszkanek wielkiej metropolii. Widzieliśmy się wówczas po raz ostatni. Za tydzień wybuchło Powstanie... Czy również i ich życie liczyło się wtedy już tylko na dni?
 
Autor w lipcu 1944. Mińsk Mazowiecki.
   Wkrótce potem, w nocy, przeżyliśmy nalot sowiecki, wykonany wedle wszelkich prawideł sztuki, to znaczy ze świecącymi flarami, których ponury blask wskazywał drogę śmierci. I znów świst i huk wybuchów, drżenie ziemi, pożary i dymy zasłaniające niebo, swąd spalenizny, wściekłe ujadanie zenitówek... Siedziałem zrezy-gnowany w rowie, nie mając nawet chęci zakląć. Czyż te polowania z wysoka na bezbronnych nigdy już się nie skończą? W Mińsku nie było wówczas żadnych niemieckich obiektów godnych tak gęstego obsypywania bombami.
   Po tym nalocie Niemcy zaczęli gorączkowo przygotowywać się do ewakuacji miasta. Z wielu stron dochodził głuchy huk dział, przynoszone wiadomości były sprzeczne i niejasne, nie budziło tylko wątpliwości, że wojska sowieckie przekroczyły Bug a na północy znajdują się w rejonie Białegostoku.
--------------------------------------------------------------------------------
" 29 lipca 1944 roku, czyli dzień przed rozpoczęciem akcji, dobrze uzbrojo­ny oddział niemiecki wdarł się na teren Fabryki Mostów Kruppa (dawne mińskie zakłady „Rudzkiego") i wysadził komin, który uszkodził kilka hal produkcyjnych. Następnego dnia Niemcy zniszczyli podkłady kolejowe na linii Warszawa - Siedlce, wysadzili dworzec kolejowy, wieżę ciśnień oraz wiadukt kolejowy na linii Pilawa -Tłuszcz. Spalili stajnie w garnizonie wojskowym przy ulicy Piłsudskiego, magazyn na rogu ulicy Okrzei i Kościuszki oraz dwa domy. W dniu 30 lipca rano z koszar przy uli­cy Warszawskiej wyszedł ostatni oddział niemiecki na północ w kierunku Niedziałki. Przez miasto przejechały ostatnie czołgi niemieckie."
Maciej Bartnicki, "Dzieje Mińska Mazowieckiego w latach 1944-48", Rocznik Mińsko-Mazowiecki 19/2011.
-------------------------------------------------------------------------------
   30 lipca żołnierzy niemieckich już nie było widać na ulicach, zresztą pustych, bo i miejscowa ludność unikała wychodzenia z domów. Po południu miastem wstrząsnęły silne detonacje. Domyśliliśmy się, iż Niemcy wysadzili stację, wieżę ciśnień i kilka innych budynków. Na drugi dzień w Mińsku nie było już żadnej władzy. Siedzieliśmy przeważnie w schronie, licząc się z możliwością walk o miasto. Panowała jednak cisza. Koło południa rozległa się skądś salwa artyleryjska, powietrzem wstrząsnęły wybuchy, zadźwięczały odłamki... Trwało to tylko chwilę, po czym znów nastąpiła cisza. Późnym popołudniem do miasta wjechały na samochodach pancernych sowieckie patrole rozpoznawcze. Natychmiast otoczył ich tłum ludzi. Żołnierze w hełmofonach i furażerkach pytali o Niemców, rozdawali manifest PKWN. Gorączkowo czytaliśmy pierwszy od pięciu lat drukowany tekst, zapowiadający odzyskanie niepodległości, wzywający do kontynuowania walki i przeniesienia wojny na terytorium Niemiec... Nie mogliśmy się jeszcze oswoić z myślą, że koszmar okupacji się skończył. Zresztą wojna trwała, front przebiegał kilkanaście kilometrów od Mińska. Pod wieczór zaczęły wjeżdżać do miasta setki samochodów, czołgów, tysiące żołnierzy. Całą noc warczały silniki, rozlegały się komendy i inne odgłosy towarzyszące przemarszowi wojsk.
----------------------------------------------------------
"Około godziny 14 Mińsk był już praktycznie wolny od obecności żołnierzy niemieckich. W tym czasie wybiegł z ulicy Kazikowskiego na ulicę Okrzei chłopiec krzycząc „do Mińska weszły oddziały polskie!". Nie pomylił się, gdyż miasto fak­tycznie zaczęły zajmować plutony Wojskowej Służby Ochrony Powstania obsadzając wyznaczone wcześniej obiekty. Od strony wschodniej szosą „Warszawa - Brześć" wkroczył z kolei do miasta szwa­dron zapasowy Pułku „Jeleń" zajmując koszary 7 Pułku Ulanów Lubelskich. Przed budynkiem Magistratu wciągnięto polską flagę. Zaraz po niej powiewała druga na aptece pana Gąsowskiego. Wydarzenia dnia 30 lipca 1944 roku wspomina Bolesław Sadowski „Bitny", który tego akurat dnia wkroczył z oddziałem do miasta. „W nie­dzielę po południu, przygotowanie do odmarszu, idziemy do Mińska (...) ruszyliśmy naprzód, zadowoleni, że idziemy do Mińska, czuliśmy się swobodnie (...) Po dłuższym marszu doszliśmy na przedmieście od strony wschodniej, (…). Przechodzimy obok koszar 7 Pułku Ułanów Lubelskich, mijamy je z prawej strony. (…) Ale ludzi nie widzimy. Mińsk przedsta­wia się jak miasto wymarłe. Ludzie albo się pochowali, albo opuścili miasto. Przed chwilą przeszedł tędy front. Daleko za Mińskiem słychać strzały. Niemcy są od północy i zachodu, gdzieś w Stojadłach. Dochodzimy do centrum miasta, słońce chyli się ku zachodowi. Z lewej strony mamy rynek, z prawej kościół. Przed kościołem stoi por „Lubicz" oraz ksiądz i gromada ludzi ( ... ) Ludzie stojący pod kościołem odbierają naszą defiladą, krzyczą — niech żyją! Niech żyje wojsko polskie!

Młoda dziewczyna podbiega do „Kościeszy" i wręcza mu bukiet kwiatów. Mijamy kościół, maszerujemy dalej, wchodzimy na mostek, mijamy rzekę, mijamy park. W tym momencie sowieccy oficerowie łazikiem zajechali nam drogą. Zatrzymujemy sią, tłumem zbliżamy do czoła, ciekawi, co oni od nas chcą. Słyszymy słowa skiero­wane do „Kościeszy", kto wy takoj? AK... I odjechali w kierunku Stojadeł gdyż tam był front. Dalej oddział nie maszeruje, zatrzymuje się. Nasza drużyna 19 żołnierzy— dostaje rozkaz bojowy, zająć placówkę na skraju miasta od zachodu przy szosie warszawskiej i ubezpieczać Mińsk tej strony.”

Maciej Bartnicki, "Dzieje Mińska Mazowieckiego w latach 1944-48", Rocznik Mińsko-Mazowiecki 19/2011.
--------------------------------------------------------
   Na drugi dzień rano, 31 lipca, miało miejsce jedno z tych dziwnych wydarzeń, paradoksów frontowych, które potęgują dramat wojenny. Wstawał ciepły, pogodny letni dzień, wyszedłem na podwórze, na którym zaparkowano w nocy samochód pancerny. Krzątał się koło niego wąsaty kierowca. Pomogłem mu w tym i owym, a ten przy sprawdzaniu radiostacji podał mi słuchawki, mówiąc: "Wot, radio Łondon!". Wtem od południa zaczął narastać warkot silników, po niebie sunęły na niedużej wysokości dziesiątki samolotów, lecących w rozwiniętej linii, kilkoma falami. Mój znajomy Sybirak wskazał je z dumą: "Smotri, eto naszi. Choroszije masziny!" - Nie zdążył dopowiedzieć do końca, gdy na miasto zaczął sypać się istny grad bomb. Huk, dym, ziemia drga, ja błyskawicznie pędzę do rowu, który już poprzednio dawał mi schronienie, wąsacz za mną, co chwilę oglądając się na niebo i powtarzając ze zdumieniem: "Czto oni? Wied' eto naszi! Sumaszedszije, czto li?" Już leżąc w rowie, po każdym wybuchu podnosił głowę i ręce ku swym rodakom, robiącym w tym momencie wszystko, żeby nie pojechał dalej "Na Berlin!", jak głosił napis na jego bojowej maszynie.
Tupolew Tu 2, sowiecki samolot bombowy.
   Samoloty odleciały, zatoczyły wielkie koło i znów zaczęły nadlatywać od południa. Z ziemi wystrzeliwano raz po raz kolorowe rakiety, mające uświadomić lotników o pomyłce. Nic jednak nie pomogło. Znów zrzucono dziesiątki bomb, na szczęście małych kalibrów. Kilka wybuchło w sąsiednich posesjach, dostałem kawałkiem cegły w ramię i w głowę, zresztą nieszkodliwie. Dopiero po drugim nalocie samoloty odleciały. Rodzice i ja odetchnęliśmy. Ale tak mieliśmy dość tego pierwszego dnia wolności, że zabrawszy trochę jedzenia, wyruszyliśmy najkrótszą drogą za miasto i do zmierzchu przesiedzieliśmy w pobliskim lesie, słuchając niespokojnych odgłosów dochodzących zewsząd, z nieba i z ziemi.
   Nalot wyrządził znaczne szkody, zarówno w mieście, jak i wśród przebywających tu wojsk. Było wielu zabitych i rannych, kilka uszkodzonych czołgów, dziesiątki rozwalonych domów. Cóż, w tej ruchomej wojnie takie przypadki się zdarzały. Mińsk został zajęty dopiero wczoraj, na północ od nas, na Sokołów i Węgrów wciąż wycofywały się dywizje niemieckie, nie istniała żadna ciągła linia frontu a sytuacja zmieniała się z godziny na godzinę. Jednak współdziałanie między lotnictwem i wojskami lądowymi nie zdało w tym wypadku egzaminu. Być może zresztą, że lotnicy pomylili Mińsk ze Starą Miłosną, która była jeszcze w rękach Niemców.
--------------------------------------------------------
"Dzień 31 lipca to dzień wejścia do miasta 8 Korpusu Pancernego oraz 260 Dywizji Piechoty pułkownika Wasilija Biełgakowa ze składu 47 Armii. Około godzi­ny 9 rano nad miasto nadleciały samoloty radzieckie. „Ponury i straszny w skutkach - wspomina Edmunt Rajńsz - okazał się 31 lipca 1944 r. W godzinach przedpołu­dniowych niebo zrobiło się czarne od samolotów, które od strony północnego wscho­du nadleciały nad miasto na niskim pułapie. Minęły miasto by ponownie nad niego nadlecieć. I wtedy rozegrała się tragedia. Spadły bomby zabijając szereg osób przy ulicy Warszawskiej i na zapleczu byłego magistratu, tu gdzie znajduje się dzisiaj Straż Pożarna, jak i na rynku przed kościołem oraz w parku, gdzie pozabijani zostali żołnierze sowieccy. Widząc sowieci co sią dzieje, wyłożyli na szosą warszawskiej olbrzymie białe i czerwone płótno oraz zaczęli strzelać rakietami mówiąc że „eto oszybka" — pomyłkowy nalot. Samoloty dopiero po trzecim nawrocie poszły w górą kierując się na zachód. To był sądny dzień. Gdyby samoloty te zrzuciły cały ładunek, kamień po kamieniu by nie pozostał a było tych czterosilnikowych samolotów, to co naliczyłem, 64.

Maciej Bartnicki, "Dzieje Mińska Mazowieckiego w latach 1944-48", Rocznik Mińsko-Mazowiecki 19/2011.
---------------------------------------------------------
   Po tym dramatycznym epizodzie sytuacja zaczęła się normować, jakkolwiek godzina policyjna trwała nadal i występowały te same trudności ze zdobywaniem jedzenia. Przeżyliśmy jeszcze chwile grozy, gdy ustępujące w walkach na północ od Mińska oddziały niemieckie zagroziły w pewnym momencie wkroczeniem do miasta. Na szczęście zostały okrążone i tylko część zdołała ujść na zachód.
   W pierwszych dniach sierpnia przenieśliśmy się do nowego mieszkania, na piętrze drewnianego domku, przy ulicy prowadzącej do koszar. Tam też pewnego wieczora usłyszałem, po raz pierwszy od wielu lat, polskie piosenki żołnierskie, śpiewane przez maszerujące oddziały. Do Mińska wkraczało Wojsko Polskie. Każda kompania śpiewała inną melodię a w pewnej chwili rozległ się chór cienkich głosów kobiecych. Maszerował oddziałek, w którym tylko po głosach można było w ciemnościach poznać, że i płeć piękna ciągnie w zwartym szyku na wojnę.
 
Oddział kobiecy LWP.

   Wzruszyłem się bardzo słuchając tych znanych a do niedawna zakazanych piosenek. Następnego dnia jednak doznałem pewnego rozczarowania słysząc, jak oficerowie w polskich mundurach polowych rozmawiali między sobą po rosyjsku. I orzełki na czapkach były jakieś przysadziste, przypominały trochę kokoszkę osłaniającą skrzydłami gniazdo. Łatwo jednak przeszedłem nad tym do porządku dziennego. Rozumiałem, iż czas wojenny, więc nie wszystko może być takie, jak dyktowała wyobraźnia. Zacząłem przygotowywać się do wstąpienia w szeregi wojska, gdyż tym razem mój rocznik na pewno miał być powołany. Ale dni upływały a nikt nie organizował poboru, nie ogłaszano mobilizacji. Próbowałem przyłączyć się do pułku, który zajął koszary. Powiedziano mi, że najpierw trzeba się zarejestrować w RKU - kiedy zostanie utworzona - i tam dopiero otrzymam przydział. Komendę Uzupełnień otworzono jednak dopiero we wrześniu.
 
Budynek RKU w Mińsku Mazowieckim (przedwojenna Wojskowa Komenda Uzupełnień). Stan ówczesny.

   W pierwszych dniach sierpnia gruchnęła wieść o wybuchu powstania w Warszawie. Docierająca do nas prasa "lubelska" pisała o nim w tonie krytycznym. Nieuzgodnione z dowództwem sowieckim, wywołane przez rząd "londyński" jako demonstracja polityczna. Mimo braku szczegółowych informacji przypuszczaliśmy, iż sprawy stoją tam kiepsko. Powstańcy potrzebowali pilnie pomocy, tymczasem front utknął na przedpolach Pragi i nic nie wskazywało, aby w najbliższym czasie nastąpiły bardziej zdecydowane działania. Armia Czerwona zaległa wyczerpana 500-kilometrową ofensywą. Stało się jasne - jeśli nawet dotrze do Wisły, nie będzie miała siły ją przekroczyć. Wojska wykrwawiły się w długotrwałych walkach, w dywizjach pozostało po kilka tysięcy ludzi, w korpusach pancernych - po kilkadziesiąt czołgów. Składy z zaopatrzeniem i amunicją pozostały kilkaset kilometrów dalej na wschodzie, linie kolejowe i mosty zniszczone, samoloty trzeba było przebazować na nowe, bliższe lotniska. Jednym słowem operacja zaczepna dobiegła końca, jej cel został osiągnięty, wojska musiały przejść do obrony dla uzupełnienia strat. Nadchodziła pauza operacyjna, podczas której żadna ze stron nie była zdolna do podjęcia aktywnych walk na większą skalę.
   Powstanie mogło się udać jedynie po zsynchronizowaniu z operacją zaczepną grupy frontów sowieckich - bo tylko w takiej skali działań można było sforsować Wisłę, obsadzoną przez świeże siły niemieckie. A operację taką należało dopiero przygotować... My w owym czasie, nie znając całej sytuacji i nie mając, ze zrozumiałych względów, strategicznego horyzontu, narzekaliśmy, że po wyzwoleniu Mińska działania na froncie rozwijały się tak ślamazarnie. Sądziliśmy, podobnie jak generałowie AK, iż przeskoczyć Wisłę dla wojsk sowieckich to drobiazg, na który po prostu nie chcą się zdobyć.
   Któregoś dnia ujrzeliśmy na niebie niecodzienny widok: kilkanaście ogromnych, czterosilnikowych samolotów, majestatycznie przelatujących od strony Warszawy na wschód. Nigdy dotąd nie widzieliśmy takich maszyn. Nikt im nie przeszkadzał a i one nie zdradzały wojowniczych zamiarów. Dowiedzieliśmy się wkrótce, że to amerykańskie "latające fortece", po wykonaniu zrzutów dla powstańczej Warszawy leciały na lotniska sowieckie dla nabrania paliwa. Nigdy jeszcze w czasie tej wojny nie patrzyliśmy w górę z taką ufnością. Niebo w tym czasie zostało całkowicie opanowane przez lotnictwo koalicji antyniemieckiej, co zwiastowało długo oczekiwany początek końca wojny.
"Latająca forteca" 1944.

sobota, 20 lutego 2016




(51) Początek końca. Ucieczka.

   W drugiej połowie stycznia 1944 roku Brześć niespodziewanie znalazł się na bezpośrednim zapleczu frontu. Sowiecki korpus kawaleryjski przełamał pozycje niemieckie na zachód od Kijowa i wykonał daleki rajd na Wołyń, dochodząc do rejonu Kowla. Zaczął się duży ruch transportów wojskowych, rannych żołnierzy, wyposażenia. Niemcy prowadzili już tylko walki obronne - ich panowanie na wschód od Bugu zmierzało ku końcowi.
 
Sprzęt porzucony przez Niemców na obecnej Białorusi 1944.
   Miasto zaczęło się powoli wyludniać. Ci i owi spośród znajomych pakowali manatki i wyjeżdżali w kierunki zachodnim, mając nadzieję, że chociaż tam pozostanie po wojnie jakiś skrawek Polski. Podróżowano przeważnie pociągami towarowymi jadącymi w kierunku Warszawy. Niemcy w tym nie przeszkadzali, spodziewając się widocznie, że prędzej czy później uciekinierzy wylądują na robotach w Reichu. Tak więc pożegnałem na bocznej rampie dworca kolejowego Karczewskich (krewnych Cześka Ostrowskiego), Marychnę Klebeko i panią Rewerską z córką Zosią oraz synem Zbyszkiem - w których gościnnym domu wiele razy spotykaliśmy się na potańcówkach. Wkrótce wyjechał Kazik Rodziewicz z rodziną siostry (rodziców już wcześniej Sowieci wywieźli na Sybir), Janek Dyszlewski, Witek Mioduszewski z niedawno poślubioną Helą (Stankiewiczówną), Wika Smolnicka z matką. Wyjazdy nasiliły się od maja, gdy wznowiono bombardowania miasta.
   Miasto stawało się coraz bardziej puste i zaniedbane, zdobywanie żywności stanowiło coraz większy problem, ale do nader skromnego odżywiania się byliśmy przez ostatnie lata przyzwyczajeni.  Znów kopano na ulicach, w parkach i na skwerach rowy - schrony przeciwlotnicze, a dookoła miasta transzeje i stanowiska artylerii.
   Wczesną wiosną powtórnie wyrzucono nas z mieszkania przy ul. Unii Lubelskiej, w którym przezimowaliśmy. Znaleźliśmy pokój z kuchnią na Ogrodowej, w północno-zachodnim krańcu śródmieścia. Tu przeżyliśmy wszystkie najcięższe naloty, chowając się w piwnicy sąsiedniego, murowanego domu. Zabezpieczała ona wprawdzie przed odłamkami, lecz mogła stać się zbiorowym grobem w wypadku bezpośredniego trafienia. W dodatku gwizd i huk wybuchów słychać było jeszcze donośniej niż na zewnątrz, co potęgowało złe samopoczucie. Toteż po pewnym czasie wolałem przesiadywać w rowie z kawałkiem deski nad głową. Miałem więcej powietrza.
   Kilka mebli zabranych z mieszkania na Kościelnej udało mi się, nie pamiętam już jakim sposobem, wysłać w maju koleją do znajomych w Puchaczowie koło Lublina. Rzecz nie do wiary: w tej przyfrontowej strefie, w terenie, gdzie partyzanci ciągle wykolejali pociągi, Niemcy rabowali wszystko, co im trafiło do rąk zaś zdemoralizowana miejscowa ludność okradała i swoich i szwabów, tych kilka skromnych mebelków przejechało w wagonie przez Łuków i Lublin, dwa razy zmieniając skład pociągu i bez jednego zadrapania dotarły na miejsce! Nie używałem tych rzeczy po wojnie, ale widziałem je i ten widok, po tylu przejściach osobistych, rodziny i znajomych, wydał mi się wprost nierealny. Tylu ludzi zginęło w międzyczasie, tyle miast obrócono w perzynę a te drewniane, łatwopalne przedmioty przetrwały, wielokrotnie zmieniając właścicieli i może do dziś pełnią swoją użyteczną funkcję w jakimś wiejskim mieszkaniu...
   7 czerwca radio niemieckie nadało powściągliwy komunikat o lądowaniu wojsk alianckich w Normandii. Mimo chełpliwych zapewnień o "nieprzebytym Wale Atlantyckim" wiedzieliśmy, iż powstał drugi front. Zdawało się, że wojna potrwa jeszcze tylko kilka miesięcy.
   Z końcem miesiąca ruszył front na Białorusi. Naloty na Brześć i okolice następowały co noc. Miasto przedstawiało ponury widok: leje po bombach, przez nikogo już niezasypywane, stosy gruzów i śmieci na ulicach, sklepy pozabijane deskami, spieszący się nieliczni przechodnie, mnóstwo niemieckich pojazdów wojskowych po drzewami, w parkach i na bocznych ulicach.
   Gdy nadeszła wiadomość o zajęciu przez wojska sowieckie Baranowicz, zaczęliśmy przygotowania do drogi. W niedzielę rano 9 lipca Ostrowscy zawiadomili, iż ładują się do pociągu i są jeszcze wolne miejsca. Włożyliśmy węzełki i walizki na przygodną furmankę i pojechaliśmy na stację. Tego samego dnia wyjechał innym pociągiem Heniek Klebeko. Zobaczyłem go dopiero w grudniu w Chełmie.
   Rozpoczęły się nieznośnie długie godziny oczekiwania na odjazd. Zapadł wieczór a pociąg nadal stał bez lokomotywy - znak, że nie odjedzie tak prędko. W nocy Sowieci dokonali kolejnego nalotu. Czuliśmy się bardzo niepewnie pośrodku takiego wdzięcznego celu dla ich bomb. Istotnie, gwizdały i huczały dookoła, ale "naszą" okolicę stacji szczęśliwie ominęły. Przesiedzieliśmy kilka godzin w jakimś schronie z wielką gromadą kolejarzy, niemieckich żołnierzy i przypadkowych cywilów. Staliśmy na miejscu również przez cały poniedziałek. Dopiero w nocy odciągnięto wagony na stację rozrządową, gdzie po dłuższym manewrowaniu skład pociągu został ostatecznie ustalony i wczesnym rankiem ruszyliśmy wreszcie na zachód. Dworzec centralny minęliśmy bez zatrzymania, pędząc w kierunku mostu na Bugu. Minęliśmy go niepostrzeżenie i kiedy znów wychyliłem głowę, przejeżdżaliśmy właśnie obok budynku stacji w Terespolu. Ojciec wspominał, iż powiedziałem wówczas głośno: "Już jesteśmy w Polsce." Tak odbyło się pożegnanie z miastem mojej młodości, którego nie miałem już więcej ujrzeć.
--------------------------------------------------------------------
Istnieje też inna wersja wyjazdu z Brześcia, opisana w oficjalnym życiorysie z 20 września 1949 r. na użytek ówczesnych przełożonych autora. Wspólna z Niemcami ucieczka przed sowiecką nawałą nie była jeszcze w modzie...
"W czerwcu 1944 powtórnie zmuszony do pracy przymusowej w magazynach niemieckich, zostałem aresztowany pod zarzutem przywłaszczenia kilku drobiazgów i po pobiciu umieszczony w miejscowym obozie pracy, skąd po kilku dniach udało mi się zbiec i - zabierając rodzinę - przedostać do Mińska mazowieckiego."
--------------------------------------------------------------------

Okolice stacji kolejowej Terespol, 1944 (Fotopolska.pl)

niedziela, 7 lutego 2016




(50) Nadchodzi burza


   Rok 1943, w przeciwieństwie do poprzedniego, obfitował w szereg ważnych wydarzeń. 2 lutego usłyszałem transmisję radia niemieckiego z żałobnego wiecu w Berlinie, na którym opłakiwano zagładę 6 armii Paulusa pod Stalingradem. Była to pierwsza wielka klęska Niemców na wschodzie i w ogóle pierwsza, do której się oficjalnie przyznali. Nie oznaczało to jeszcze odczuwalnego zwrotu w sytuacji wojennej, zwłaszcza na głębokich tyłach, ale stało się jasne, że Niemcy wojny nie wygrają. Dla nas stwierdzenie tego faktu miało szczególne znaczenie, gdyż - jak wspomniałem - należało rozstrzygnąć dylemat: zostać w Brześciu, czy przedostać się za Bug. Sprawa ta na razie nie wydawała się pilna, ponieważ rzeka przepływa blisko miasta. Sam miałem okazję być dwukrotnie w Terespolu podczas okupacji.

Niemcy pod Stalingradem. (polskatimes.pl)
   Odtąd też z coraz większą uwagą śledziliśmy ruchy linii frontu, która powoli, lecz nieubłaganie sunęła na zachód. W oficjalnych komunikatach Niemcy nie podawali jej dokładnego przebiegu, ale na podstawie  wymienianych miejscowości można było coś niecoś ustalić. Przez długi czas powtarzały się nazwy: Staraja Russa, Wiaźma, Briańsk, Biełgorod. Później: Wielikije Łuki, Witebsk, Konotopo, Donieck. Gdy w komunikatach pojawiły się nazwy miast: Mogilew, Mozyr, Żytomierz - poczuliśmy, że rozstrzygający okres nadchodzi. Nastąpiło to jednak dopiero w drugiej połowie roku.
 
Sympatia nr 5 - Bronka. Foto z dnia 10 czerwca 1943 r.


   W kwietniu poruszył nas ogłoszony z wielką wrzawą komunikat niemiecki o odnalezieniu w Katyniu na Białorusi zbiorowych mogił oficerów polskich, pomordowanych przez NKWD wiosną 1940 roku. Nie bardzo wiedzieliśmy, jakie zająć stanowisko. Z jednej strony doświadczenia wyniesione przez nas z lat 1939-41 przemawiały przeciw władzom sowieckim, z drugiej jednak żywiliśmy głęboką nieufność wobec niemieckiej propagandy, której bezczelne kłamstwa zdążyliśmy już poznać. Uznaliśmy, że odkrycia grobów dokonano znacznie wcześniej, lecz ujawniono w chwili dla Niemców dogodnej. Byliśmy skłonni dać wiarę niemieckim enuncjacjom i to pogłębiło jeszcze bardziej naszą nieufność wobec intencji Związku Sowieckiego co do Polaków. Z dzisiejszego punktu widzenia zarówno sama zbrodnia jak i jej kłamliwa interpretacja stanowiły podwójny błąd polityczny Stalina; mógł go chociaż częściowo naprawić, ogłaszając szczerą prawdę o Katyniu. Nic takiego nigdy się nie stało. Przeciwnie, władze sowieckie po wyzwoleniu smoleńszczyzny w 1944 roku opublikowały komunikat przypisujący tę zbrodnię oddziałom SS, ale nie dopuściły żadnej komisji międzynarodowej. W późniejszych latach nie przeprowadzono żadnego dochodzenia mającego na celu wykrycie i postawienie przed sądem niemieckich winowajców. Władze PRL przyjęły oficjalną wersję sowiecką, a na stawiane przez społeczeństwo żądania wyświetlenia prawdy odpowiadały wymijająco, iż krew 600.000 poległych w Polsce żołnierzy sowieckich wyrównała istniejące dotychczas rachunki krzywd i na tym należy zamknąć wszelką dyskusję. W rzeczywistości nawet sowieckiej wersji oficjalnej nie podaje żadna encyklopedia, żaden podręcznik wydawany w kraju - po prostu Katyń jest całkowicie przemilczany.
 
Rozkaz zamordowania polskich oficerów.
   W nocy z 30 kwietnia na 1 maja sowieckie lotnictwo wykonało pierwszy w tej wojnie nalot na Brześć - widomy znak, że front znów ruszył z miejsca i zaczął się cofać na zachód. Bomby spadły w mojej dzielnicy, m. in. spalony został budynek, w którym się znajdowała sala "Świt". Wkrótce zauważyliśmy inne oznaki świadczące o niepowodzeniach na froncie wschodnim: przybyły nowe szpitale, ewakuowane z głębi Rosji. Nastąpiły rekwizycje mieszkań. W czerwcu również nas wyrzucono z wygodnej willi przy ul. Kościelnej. Mieliśmy dwie godziny na wyniesienie się. Jakimś cudem ojciec znalazł mieszkanie zastępcze - mały, pożydowski domek na ul. Sienkiewicza, tak nędzny, że nikt go dotychczas nie zajął. Był ciasny i bez wszelkich wygód (na Kościelnej mieliśmy wodę bieżącą, ubikację a nawet wannę), ale zaczynało się lato, więc łatwiej znosiliśmy ów prawie wsiowy prymityw.
 
Sympatia nr 6 - Mietka. Foto z dnia 2 stycznia 1944 r.
   W lipcu przyjechał niespodziewanie Mundek Mąkiewicz, brat wuja Edwarda, zięcia ciotki Janki. Przybywał z Wołynia i przywiózł wiadomość o tragicznej śmierci dziadków Ancutów, zamordowanych przez Ukraińców podczas ewakuacji polskiego obozu warownego w Hucie Stepańskiej. O Bielawskich nie miał dokładnych wiadomości. Jego zdaniem ocaleli z rzezi i dotarli do oddziałów partyzanckich. Wieść o śmierci rodziców stanowiła wielki cios dla matki. Oboje byli przecież zdrowi, mogli żyć jeszcze wiele lat...
   W połowie września, zamiast jeńców sowieckich, pojawili się w magazynach intendentury jako robotnicy - jeńcy włoscy, do niedawna sojusznik, który zdradził fuhrera i Wielką Rzeszę i "haniebnie" skapitulował. Żołnierze włoscy, drobni, czarni, apatyczni, w podartych i brudnych płaszczach ciemnozielonej barwy, wyglądali smutnie i nędznie, ruszali się niemrawo, za co obrywali kopniaki, szturchańce i wyzwiska od swych byłych niemieckich towarzyszy broni. My, Polacy, nie żywiliśmy do nich uczucia nienawiści, ale też nie współczuliśmy, choć na pewno zasługiwali przede wszystkim na litość, jako ofiary gigantomanii swego duce.
   Z początkiem października nastąpił ostatni akt tragedii Żydów brzeskich. Agonia tej społeczności zaczęła się na długo przedtem, właśnie od 22 czerwca 1941 r., pierwszego dnia drugiej okupacji. Zostali od razu wyjęci spod prawa. O ile nam pozwolono na razie pędzić stosunkowo normalne życie - pod warunkiem całkowitej uległości wobec okupanta - Żydów z miejsca pozbawiono wszelkich stanowisk i wszelkiej własności, zmuszono do noszenia na piersiach i na plecach żółtej, naszytej na ubranie łaty, zabroniono im wstępu do sklepów, restauracji i innych publicznych lokali. Po kilku miesiącach wytyczono w mieście rejon kilku ulic, otoczony wysokim ogrodzeniem z drutu kolczastego i spędzono ich do tego getta jak bydło, osiedlając w niesłychanie prymitywnych warunkach, po kilka rodzin w jednej izbie. Nie wolno im było zabrać ze swych domów niczego, oprócz małych węzełków. Odtąd stali się niemal więźniami obozu koncentracyjnego. Pracowali za głodowe racje żywnościowe w różnych instytucjach i warsztatach oraz wykonując najgorsze roboty fizyczne.
---------------------------------------------------------------
 "22 czerwca 1941 r. Brześć został zajęty przez wojska niemieckie. Ulokowano w nim centrum okręgu (Bezirk Brest), należącego do komisariatu Rzeszy Wołyń–Podole. Tutejszych Żydów już w pierwszych dniach okupacji dotknęły szykany. Wprowadzono nakaz noszenia opasek z biało-czerwoną, sześcioramienną gwiazdą. Żydzi nie mogli znajdować się na ulicach, z wyjątkiem chwil, gdy udawali się do pracy lub wracali z niej. Mogli przechodzić jedynie środkiem jezdni i poruszać się w kolumnach. Mieli zakaz pochylania się i podnoszenia z ziemi czegokolwiek. Pracownicy służb miejskich nie mogli witać się z Żydami ani z nimi rozmawiać.
Miasto zostało podzielone na dwie części – żydowską i aryjską. Wejścia do obejść żydowskich były specjalnie oznaczone. W kilkanaście dni od przybycia do Brześcia oddziałów SD oraz wprowadzenia administracji wojennej, władze wydały obwieszczenie wzywające wszystkich Żydów do stawienia się w biurze pracy, gdzie każdy otrzymał zlecenie podjęcia pracy. We wrześniu 1941 r. komisarz miasta Burat zakazał wspólnych targów żydowsko–chrześcijańskich; chrześcijanie nie mogli też korzystać z pośrednictwa Żydów. Żydzi mogli handlować tylko w wydzielonych magazynach. Za sprzedaż im mebli oraz innych przedmiotów groziły dotkliwe kary, dotyczące zarówno mieszkańców miasta, jak i okolicznych wsi.
Społeczność żydowska była systematycznie ograbiana z majątku. 8 sierpnia 1941 r. Niemcy zażądali kontrybucji w wysokości 2 mln rubli, która miała być uiszczona w złotych monetach z czasów carskich. Żydów zobowiązano do zdania władzom futer, tkanin, narzędzi elektrycznych, rowerów, wyrobów z metali szlachetnych i kolorowych. Grabieże domów żydowskich stały się czymś powszednim. Za wszelkie wykroczenia typu wyjście na miasto bez opaski, chodzenie po chodnikach, zakupy w nieżydowskich sklepach, spekulację itp. należało uiszczać kary pieniężne w wysokości od 50 do 500 rubli. Gdy osoba nie była w stanie jej zapłacić – kierowano ją do ciężkich robót. Szacuje się, iż społeczność żydowska przekazała gotówkę, precjoza i inne przedmioty na łączną sumę ok. 26 mln rubli. Z każdą z kontrybucji wiązało się branie przez Niemców zakładników – od 30 do 50 osób.
Na początku lipca 1941 r. aresztowano ok. 200 mężczyzn zgłaszających się w biurze pracy oraz złapanych na ulicach i przewieziono ich do Twierdzy Brzeskiej. Po pięciodniowym uwięzieniu bez pożywienia i wody, wszystkich rozstrzelano na terenie fortu nr 2.
12 lipca 1941 r. Niemcy dowodzeni przez Oberführera SS Schongarta zorganizowali obławę. W jej trakcie 307. batalion policji przeprowadził rewizje w mieszkaniach brzeskich Żydów. Aresztowano ok. 5 tys. mężczyzn i chłopców w wieku powyżej 13 lat. Byli oni przedstawicielami różnych środowisk, m.in. inteligenci, urzędnicy partyjni i robotnicy, żołnierze armii polskiej do 1939 r. oraz tzw. „wostocznicy” – obywatele ZSRR, którzy do Brześcia przyjechali w okresie 1939–1941. Wszystkich rozstrzelano. Do końca 1941 r. straty wśród ludności żydowskiej wyniosły 25% w porównaniu ze stanem sprzed 1939 r."
( http://www.sztetl.org.pl/pl/article/brzesc/13,miejsca-martyrologii/22296,getto-w-brzesciu/)
----------------------------------------------------------------
Getto w Brześciu, 1942. Na tablicy napis: ""Ostrzeżenie|Wstęp do dzielnicy żydowskiej dla miejscowej ludności aryjskiej jest surową karą wzbroniony. Komisarz Miasta" (wersja w języku polskim, niemieckim i rosyjskim).    (http://judaika.polin.pl/dmuseion/docmetadata?id=5592&show_nav=true).
   Trudno się oprzeć wrażeniu, że był to swoisty odwet losu za stosunek Żydów do Polski i Polaków. Wielu z nich bowiem po upadku państwa polskiego nie ukrywało mściwej radości (często powtarzane okrzyki: "Wasze już się skończyło!"). Skąd ta nienawiść? Może nie mogli darować "pogromu" sprzed kilku lat i biernej wówczas postawy policji? Jest faktem, że - z nielicznymi wyjątkami - już przed wojną odnosili się Żydzi do Polaków pogardliwie i z wyższością godną typowych rasistów. Wielokrotnie doświadczyłem tego osobiście. Prawda, iż odpłacano im często pięknym za nadobne. Zmianę władzy we wrześniu 1939 r. przyjęli z hałaśliwym entuzjazmem, dziwnym u najbardziej przecież zagorzałych zwolenników "prywatnej inicjatywy". Masowo wstępowali do partii i Komsomołu, zajmowali wszystkie lepiej płatne stanowiska, usiłowali od początku stać się niezbędnymi dla nowej władzy. Denuncjowali Polaków w NKWD, przyczynili się niemało do ich prześladowań.
   Zdaje się, że dopiero okrutny los, jaki im zgotował faszyzm, otworzył niektórym oczy i pozwolił - zbyt późno - docenić warunki przedwojennej, spokojnej, dostatniej, choć nie dla wszystkich, egzystencji. Pewnego razu, już po utworzeniu getta, zaszedłem do pracowni krawieckiej, w której byli zatrudnieni sami Żydzi, aby dać do przenicowania stary szkolny mundur. Oczekując na przymiarkę, zagwizdałem melodię "Pierwszej Brygady". Krawiec słuchał przez chwilę uważnie, potem z nieśmiałym uśmiechem zapytał: "Uch, proszę pana, kiedy my to znów usłyszymy?"
   Czy zdawali sobie sprawę z tego, co ich czeka? Zdaje się, że mimo wieści o likwidacji getta warszawskiego, nie chcieli uwierzyć, iż do tego samego może dojść w Brześciu. Uważali się za potrzebnych okupantom jako siła robocza, tania i wykwalifikowana. Ucieczki z brzeskiego getta były niezwykle rzadkie, chociaż możliwości ich dokonania istniały. 
   Nie wszyscy Żydzi chcieli naśladować przykład Janusza Korczaka, który dobrowolnie wybrał śmierć wśród swojej społeczności, chociaż podobno sami Niemcy proponowali mu  ocalenie życia. Był w Brześciu lekarz żydowski, który jeszcze przed wojną dla kariery przeszedł na katolicyzm, usiłując odgrywać rolę stuprocentowego Polaka. Po wkroczeniu Niemców został oczywiście zaliczony do narodowości żydowskiej i zmuszony dzielić los swych ziomków. Człowiek ten jednak głośno protestował twierdząc, że Żydem przestał być dawno. Co niedzielę chodził do kościoła na mszę a żółte łaty nosił przerzucane na sznurku przez ramię. Nie zjednało mu to sympatii ani po jednej ani po drugiej stronie drutów i nie uchroniło od spełnienia się losu.
   Jednego z pierwszych dni października, jadąc rano rowerem do pracy, zobaczyłem ulice gęsto obstawione przez żandarmów. W kierunku getta w ogóle nikogo nie przepuszczano. W pracy od innych robotników dowiedziałem się, iż od wczesnych godzin rannych całą ludność żydowską wyprowadzono ulicą Jagiellońską w kierunku rampy kolejowej pod Twierdzą, gdzie załadowano wszystkich do wagonów towarowych. Prowadzeni byli pod konwojem, przy akompaniamencie dzikich wrzasków, szczekania psów policyjnych i wystrzałów. Wielu zginęło nie dotarłszy nawet do wagonów. Tych, którzy nie mogli opuścić domów lub początkowo ukryli się, zabijano na miejscu lub odprowadzano na miejsce egzekucji za miastem. Ulicami przejeżdżały furmanki wyładowane stosami nagich zwłok. Bezładnie rozrzucone ciała widać było przed wieloma domami getta. 
   Przeżywaliśmy wielki wstrząs, gdyż dotychczas nikt nie wierzył w możliwość takiej masakry. Dopiero wówczas zobaczyliśmy, do czego są zdolni Niemcy. Było to zarazem ostrzeżenie dla wszystkich Polaków, iż mogą podlegać likwidacji w następnej kolejności.
----------------------------------------------------------------
"Getto zlikwidowano 15–18.10.1942 roku. Ten fakt potwierdzają zapisy w księdze archiwalnej magistratu brzeskiego. Pod datą 14 października wpisano: »16 943 Żydów«, a skreślono ten sam wpis z 16 października. Pozostałych przy życiu Żydów faszyści wywieźli do uroczyska Bronna Góra, 125 km stąd, za Berezą Kartuską. Na stacji opodal twierdzy brzeskiej wsadzono ich do wagonów bydlęcych. Oprawcy nakazali, by Żydzi rozebrali się w wagonach, groby były już gotowe. Żydów wyprowadzano prosto do przygotowanych dołów i zabijano.
Przed II wojną światową w Brześciu żyło 34 tys. Żydów, a po likwidacji getta – już tylko 19 osób. Były to dwie rodziny, które ukryły Pelagia Makarenko i Polina Gołowczenko, a także dzieci, które zdołały stąd uciec."
(Wspomnienie Borysa Bruka, http://www.sztetl.org.pl/pl/article/brzesc/16,relacje-wspomnienia/33669,wspomnienie-borysa-bruka-o-brzeskim-getcie/)
-----------------------------------------------------------------
   Po wywiezieniu z getta żywych i umarłych, Niemcy pod karą śmierci zabronili zabronili miejscowej ludności wchodzenia za druty. Widocznie przeszukiwali teren w nadziei odnalezienia ukrytych kosztowności. Trafili się jednak amatorzy pożydowskich "skarbów" - kilku młodych mężczyzn, którzy przekradli się nocą do opustoszałego getta. Myszkujące trzy hieny przyłapali żandarmi i natychmiast powiesili w jednym z najbardziej ruchliwych punktów Brześcia - na skrzyżowaniu Dąbrowskiego i Kościuszki. Wisieli na gałęziach drzewa, nisko nad ziemią, mając wciąż na sobie po kilka ubrań a na szyi tablicę z napisem po niemiecku i po polsku: "Ja rabowałem." Była to jedyna publiczna egzekucja w naszym mieście. Od rana wokół wisielców gromadził się tłum (powieszenia dokonano w niedzielę), ale nikt im nie współczuł.
   Po kilku miesiącach okupanci zezwolili na osiedlanie się w byłej żydowskiej dzielnicy. Skorzystali z tego nieliczni. Aż do końca wojny wielki obszar getta straszył pustką, nieładem, trupami domów bez drzwi i okien oraz stosami walających się wszędzie rupieci.

wtorek, 2 lutego 2016




(49) Życie rozrywkowe brzeskiej młodzieży


   Spokój i względna stabilizacja sprawiły, że nieliczne wolne chwile wykorzystywaliśmy dla rozrywek, dostępnych w naszej sytuacji. Kwitło życie towarzyskie, powstawały grupy, które bawiły się wspólnie na potańcówkach, trwających niekiedy, ze względu na wczesną godzinę policyjną, przez całą noc. Przy starym, sprężynowym patefonie, po kilku kieliszkach samogonu i chudej zakąsce, harcowaliśmy do rana w takt fokstrotta, tanga, polki czy marsza. Wyprawiano wesela, imieniny, "Sylwestry". Usiłowaliśmy stwarzać przynajmniej pozory normalnego życia. Po ciężkiej, niewolniczej pracy przy akompaniamencie gardłowych wrzasków gefrajtrów i feldfeblów, dążyliśmy do odprężenia i odpoczynku w towarzystwie ludzi bliskich i przyjaznych. Tańce nasze miały więc coś rytualnego, stawały się wyrazem woli przetrwania a także swoistym wyzwaniem rzuconym nieprzyjacielowi, który chciał widzieć Polaków upokorzonych i drżących ze strachu o życie.
 
Sylwester 1942/43 W górnym rzędzie: drugi od lewej Czesław Ostrowski, trzeci Henryk Klebeko, piąty Jerzy Zabiełło.


   Gdyby żandarmeria lub policja dowiedziała się o tych tłumnych zebraniach, miałaby pretekst do aresztowań i zesłania do obozów lub co najmniej do pracy w Reichu. Dobieraliśmy się jednak starannie i osoby niepewne nie miały do naszych prywatek dostępu.
   Nie organizowaliśmy tajnych kompletów szkolnych i nie konspirowaliśmy. Na naukę nie było czasu. Odkładano tę sprawę na "po wojnie". Natomiast brak zapału do konspirowania wynikał z kilku powodów. Jeden z nich to fakt, iż wiele osób wyszło niedawno z więzień, właśnie za działalność "konspiracyjną". Dziwna ironia losu: zostali wyzwoleni przez hitlerowców! Pisałem o tym wyżej. Mimo, że w odmienionej sytuacji Związek Sowiecki stał się naszym sojusznikiem, stare resentymenty wciąż grały i hamowały zamiar organizowania się na korzyść takiego sojusznika. Istniał również inny powód, może nawet ważniejszy. Coraz mniejsze stawało się prawdopodobieństwo, iż Polska zachowa po wojnie dotychczasową granicę wschodnią na linii Dźwina - Zbrucz. W związku z tym nie czuliśmy się w Brześciu, jak u siebie, a raczej jak chwilowo zamieszkali na obcym terytorium, które wkrótce będziemy musieli opuścić. Tworzenie organizacji podległych zwierzchnictwu "londyńskiemu" wydawało się w tej niepewnej sytuacji niezbyt celowe. Nie mogły one znaleźć oparcia u miejscowej ludności narodowości białoruskiej i rosyjskiej. Z drugiej strony, nie mieliśmy chęci wiązania się z podziemiem rosyjskim, które zresztą odnosiło się do Polaków z nieufnością. Od lewicy byliśmy ideologicznie bardzo daleko. Oczywiście, istniała w Brześciu organizacja podległa warszawskiemu dowództwu AK i Delegaturze Rządu, była jednak słaba i nie przejawiała aktywności, przynajmniej, jeśli chodzi o działalność przeciwko Niemcom. Nikt zresztą nie starał się nas do niej wciągnąć.
-----------------------------------------------------
 Już na przełomie lipca i sierpnia 1941 r., do Brześcia przybył wysłannik Komendy Obszaru Białystok por. N.N. "Kmicic". Po nawiązaniu pierwszych kontaktów i przesłaniu raportu wyjechał w kierunku Białegostoku. Zginął w walce przy próbie przekroczenia granicy. W tym samym mniej więcej czasie w Brześciu, Pińsku, Kobryniu i Łunińcu przebywali już wysłannicy Komendy Głównej ZWZ i Komendy Obszaru. Pod koniec roku 1941 na stanowisko Komendanta Okręgu Poleskiego został skierowany przez KG ZWZ ppłk Franciszek Faix "Adam", "Ordyński", "Bystrzański".
W tym czasie objął on już kierownictwo nad zalążkami Komendy Okręgu Polesie, która została obsadzona głównie kadrą, przybyłą z Generalnej Guberni.

Oto co o stanie organizacyjnym Okręgu mówi meldunek Komendanta Głównego ZWZ do Naczelnego Wodza za okres 1 września 1941 - 1 marca 1942:

"Rydze. W końcu listopada 1941 r., wysłałem ekipę z ppłk piech. Ordyńskim jako p.o. komendanta na czele, dla zorganizowania Okręgu. Brak kadry oficerskiej w terenie utrudnia pracę. Sztab Okręgu, inspektoraty i komendy obwodowe muszę obsadzać ludźmi z GG. Praca Okręgu w pierwszej fazie organizacyjnej. Nawiązano kontakty z miejscowym społeczeństwem, przygotowano alibi dla nowych ludzi do pracy, przystąpiono do zmontowania sieci 

 wywiadu. Plan bojowy i OSZ (Odtwarzania Sił Zbrojnych) nie rozpoczęty."

Okręg Polesie należał do jednych z najgorzej zaopatrzonych Okręgów ZWZ-AK. O ubóstwie środków walki może świadczyć raport zastępcy szefa "Kedywu" Komendy Okręgu z jesieni 1943 r., a który mówił o: 
"5 pistoletach maszynowych MP 40 z jednym magazynkiem zapasowym, 2 rewolwerach typu nagan, 2 pistolety kal. 6,35 oraz 30 granatów obronnych produkcji radzieckiej. A także sprzęt minerski: kilka kilogramów plastiku oraz trotylu , gotowe bomby termitowe i około 60 kg szedytu."

(http://www.dws-xip.pl/PW/formacje/pw2012.html)
-----------------------------------------------------
   Bardzo chcieliśmy się znaleźć w szeregach regularnego wojska polskiego, ale nic nie zapowiadało jego nadejścia. Przeciwnie, gdy stało się jasne - od zakończenia bitwy stalingradzkiej - że Niemcy przegrali kampanię wschodnią, rosło prawdopodobieństwo, iż do Brześcia powrócą wojska sowieckie (o tworzeniu w ZSRR armii polskiej nie mieliśmy pojęcia). Tak więc i tu perspektywa wzięcia aktywnego udziału w wyzwalaniu kraju przedstawiała się niewyraźnie. Coraz częściej też myśleliśmy o wyjeździe na zachód, za Bug. Lepiej wyjechać stąd wcześniej - rozumowaliśmy - niż doczekać się znów władzy sowieckiej, która z pewnością nas wysiedli - pytanie tylko, w jakim kierunku: na zachód, czy na wschód. Ten dylemat tylko pozornie wygląda na niewesoły żart. Po roku 1945 ci nieliczni Polacy, którzy nie zgłosili się do repatriacji i pozostali w Brześciu, nie deklarując narodowości białoruskiej, zostali potraktowani jako element wrogi i osadzeni w obozach na Syberii, skąd pozostałych przy życiu zwolniono dopiero po śmierci Stalina.

Czasy okupacji niemieckiej. Zdjęcie romantyczne, prawdopodobnie 1943. Jerzy Zabiełło pierwszy z lewej.
   Jednakże rozterki nie zaprzątały nam wówczas zbytnio głowy. W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń, staraliśmy się spędzać wolny czas jak najmilej. Latem korzystaliśmy z plaży nad Muchawcem a nawet zażywaliśmy pływania kajakiem, jak za dawnych, lepszych czasów. Ci, którzy mieli rowery lub mogli je wypożyczyć, jeździli całą gromadą na wycieczki za miasto. Pewnej zimy jeździłem nawet na nartach, dopóki okupant nie wydał zarządzenia o zdaniu ich przez ludność cywilną. Oczywiście, nie oddałem ich Niemcom, lecz przekazałem komuś, kto miał możliwość ukrycia.

Sympatia nr 3 - Irka. Foto z dnia 6 października 1942 r.

   Na początku okupacji Niemcy, w przypływie niezwykłej wspaniałomyślności, zezwolili miejscowej ludności na uczęszczanie w niektóre dni do teatru, normalnie zarezerwowanego tylko dla Wermachtu i policji. Jakiś zespół sowiecki, zaskoczony na tych terenach przez działania wojenne, wystawiał w sali "Świt" operetki Straussa i Lehara. Przed pierwszym przedstawieniem "cywilnym" na scenę przy otwartej kurtynie wszedł jakiś mówiący po polsku osobnik i po zapowiedzi widowiska, połączonej z nieodzownym ukłonem w stronę tak dbałych o kulturę władz okupacyjnych, oświadczył - prezentując jednego z aktorów - "ten pan nosi nazwisko Rubinsztejn, ale mogę zapewnić szanowną publiczność, że nie jest Żydem". Aktor stał nieruchomo z martwym uśmiechem na uszminkowanej twarzy a nam na widowni zrobiło się głupio, bo narodowość ludzi teatru nie miała przecież żadnego znaczenia. Tym bardziej niesmaczne było zapewnianie z naciskiem, że ktoś kimś nie jest, skoro wiadomo było, że nim jest. Wkrótce zresztą Rubinsztejn zniknął z trupy teatralnej a i sam teatr stał się dla nas niedostępny.

Sympatia nr 4 - Saba. Foto z dnia 29 sierpnia 1943 r.


   Podobnie jak po nastaniu władzy sowieckiej, tak i teraz można było zaobserwować, jak niektórzy, dla uzyskania poparcia Niemców i dla zarobku, stawali się w wilkami w miejscowej owczarni. Nasz dawny kolega Witold Jakimowicz już po raz drugi zmienił skórę i z gorliwego komsomolca przedzierzgnął się w równie zapalonego policjanta "ukraińskiego". Nie miał chyba trudności z trafieniem w szeregi tej organizacji: komendantem policji pomocniczej (Hilfspolizei) na m. Brześć był jego ojciec. Obaj grasowali przez kilka miesięcy, denuncjując, maltretując i rabując ludność miasta i okolicznych wsi. Zgubiła ich zachłanność. Rekwirowane cenniejsze przedmioty, zamiast oddawać mocodawcom, zatrzymywali dla siebie. Gestapo uznało to za grabież "mienia niemieckiego" i obu sojuszników III Rzeszy powieszono.
   Inną drogę wybrał mój kolega z gimnazjum, Mietek Borkowski. Został agentem Sicherheitsdientsu (służby bezpieczeństwa). Nosił stale rewolwer, który z dumą demonstrował i namawiał nas, byśmy również zaczęli wprowadzać "nowy ład" w Europie. Brał czynny udział w likwidowaniu getta. Niestety, nie poniósł żadnej kary - zdołał wycofać się z wojskami niemieckimi na zachód. Zapewne żyje wygodnie, jak wszyscy kolaboranci, którzy unieśli głowy z wojennej zawieruchy. Miałem podobne informacje o innych znajomych, ale nie powtarzam, ponieważ niesprawdzone.

poniedziałek, 1 lutego 2016





(48) Życie codzienne w Brześciu w latach 1941-44

   Jakież było to nasze życie w latach 1941-44? Okupacja niemiecka zastała nas zahartowanych do trudów egzystencji pod władzą, która nie miała zwyczaju rozpieszczania poddanych. Przystosowanie przyszło więc bez większych trudności.  Chodziło po prostu o to, aby mieć jakiś dach nad głową i trochę żywności. Opalaliśmy drzewem, którego furkę kupowało się od chłopa. Niemcy nie przeszkadzali w wyrębie lasów na opał. Podstawę wyżywienia stanowiło kilka worków ziemniaków i beczka kapusty, własnoręcznie szatkowanej do kiszenia. Do tego zupy otrzymywane w miejscu pracy, chleb przydziałowy oraz niewielkie ilości tłuszczu i mięsa, kombinowane lub kupowane na rynku. Utyć na tym wikcie było trudno. Często śniadanie i kolację stanowiła szklanka herbaty z sacharyną i razowy, ościsty chleb smarowany musztardą, co dawało złudzenie, że jest obłożony wędliną. Powszechna kuracja odchudzająca sprawiła, iż grubasów nie widywało się w ogóle, wszyscy byli wysmukli o nieco zapadniętych policzkach, a ubrania wisiały najczęściej jak worki.

Jerzy Zabiełło, 1943.
   W mieście można było kupić wszystko, oczywiście nielegalnie i za bardzo duże pieniądze. Wśród legalnych sklepów przeważały tak zwane "Sodawasserladen", czyli sklepiki z wodą sodową. Zwykle stało też tam kilka skrzynek z warzywami i owocami, pod ladą zaś przehandlowywano dziesiątki i setki kilogramów słoniny i smalcu, masła, cukru i mięsa. Handel tymi artykułami był oficjalnie niedozwolony i w razie nakrycia przez policję w najlepszym wypadku następowała ich rekwizycja. Toteż towar nigdy nie leżał w sklepie - przynoszono go na określoną godzinę i natychmiast przekazywano umówionemu klientowi.
   Modne były również sklepy komisowe, w których pod przykrywką sprzedaży nowej i używanej odzieży, bielizny i obuwia kwitł handel dewizami, złotem, a nierzadko i artykułami z niemieckiej intendentury. W ogóle towary niemieckie, mimo surowych zakazów, można było dostać wszędzie. Konserwy, wódkę, żyletki a przede wszystkim różne gatunki papierosów sprzedawano w sklepach i w handlu "przenośnym", oczywiście wówczas, gdy w pobliżu nie było nikogo w mundurze feldgrau. Po papierosach poznawało się, nie wychodząc na ulicę, jakie wojska przebywają aktualnie w mieście - oprócz niemieckich pojawiały się bowiem węgierskie, rumuńskie i włoskie. Włosi oferowali za żywność nawet amunicję, a niekiedy pistolet lub karabin. Zawsze znalazł się jakiś chętny nabywca...
   Oczywiście, otwarto wiele warsztatów usługowych: pracownie szewskie i krawieckie, zakłady fryzjerskie, ślusarskie, pralnie chemiczne. Wiele było zakładów fotograficznych, gdyż mania robienia sobie pamiątkowych zdjęć nie przygasła podczas wojny, przeciwnie, obecność wielkiej ilości wojsk sprzyjała interesom tej branży.

Witold Mioduszewski i Jerzy Zabiełło omawiają interesy. Brześć, 1943 r.
   Nieraz patrząc na tłumy przechodniów uświadamiałem sobie nagle, że jestem świadkiem dziwnych obrotów koła historii: już po raz trzeci w ciągu dwóch lat zmieniły się mundury żołnierzy idących ulicami tego miasta, zmienił się język urzędowy, nazwy ulic, flagi na gmachach publicznych - a obraz przyszłości, dawniej tak jasno rysujący się w naszej wyobraźni, wyglądał coraz bardziej pogmatwanie. Wojna trwała i rozszerzała się na coraz dalsze obszary, wojska niemieckie dotarły pod Moskwę i Rostów, rozgorzały walki w Afryce Północnej. Wreszcie w grudniu 1941 roku wybuchła wojna japońsko - amerykańska.
   Przystąpienie Stanów Zjednoczonych do wojny przyjęliśmy jako coś całkiem normalnego i oczekiwanego. Wojna stała się powszechną a więc siłą rzeczy musiała się przedłużyć, lecz jej wynik nie mógł już budzić wątpliwości. Również Niemcy jakby przycichli, stali się nieco mniej butni - kończył się okres ich łatwych, spektakularnych sukcesów. Jeszcze posuwali się naprzód, ale w coraz bardziej zaciekłych, krwawych walkach. Pod Moskwą zostali zatrzymani i odrzuceni. Komunikaty z frontu brzmiały bardziej rzeczowo.
   Brześć pozostawał miastem na dalekich tyłach. O toczącej się gdzieś wojnie przypominały tylko zakrwawione bandaże rannych, przywożonych masowo ze wschodu - i wieczorne zaciemnienie. Poza tym Niemcy zachowywali się w Brześciu stosunkowo spokojnie. Nie było łapanek na ulicach, publicznych egzekucji, masowych aresztowań czy wywozu do niewolniczej pracy w Rzeszy. Oczywiście, ciężar okupacji odczuwaliśmy ciągle. Nie pozwalała o tym zapomnieć godzina policyjna i ciężka sytuacja żywnościowa. Niemcy stosowali też różne dziwaczne formy rekwizycji. Raz na przykład ogłaszano o obowiązku zdania wszystkich, posiadanych przez ludność futer i kożuchów. Innym razem opublikowano nakaz oddania wszystkich rowerów, jeszcze innym - nart. Niestosowanie się do tych  i innych zarządzeń było zagrożone karą śmierci.
   Przez pierwsze dwa lata okupacji spokój w powietrzu panował zupełny. Po raz pierwszy samoloty sowieckie zbombardowały Brześć dopiero 1 maja 1943 roku, po czym znów nastąpiła roczna przerwa. Nie manifestowały też działalności organizacje podziemne. Tylko dwa razy dali znać w mieście o swoim istnieniu partyzanci. Latem 1943 wybuchł ładunek podłożony na drewnianym moście na Muchawcu, na drodze o znaczeniu lokalnym. Niewielką dziurę zatkano deską i rzadki ruch odbywał się nadal bez przeszkód. W wieczór wigilijny tego samego roku podłożono petardę przy wejściu do lokalu "Nur fur Deutsche" przy ulicy 3-go Maja. Huk nastąpił potężny, w całym mieście zadzwoniły szyby, ale wybuch nikomu nie uczynił krzywdy.

Budowa mostu na Muchawcu przed wojną (zbiory NAC)
   Oczywiście, w dalszych okolicach nie było tak spokojnie i wiele pociągów wylatywało w powietrze. Ze szczególnym upodobaniem minowali partyzanci linię kolejową do Łunińca, może dlatego, że była jednotorowa, a więc łatwa do zablokowania.
   Na wschód od Bugu nie mieliśmy takich możliwości poruszania się po kraju, jakie mieli rodacy na terenie tak zwanej Generalnej Guberni, gdzie, mimo szykan i ograniczeń, można było jednak jeździć pociągami, czy nawet samochodami ciężarowymi. U nas dla ludności miejscowej nie istniała żadna komunikacja. Tylko pojedynczym osobom, na zasadzie znajomości z kolejarzami, udawało się odbywać półlegalne podróże. Nie było to bezpieczne - jak nie przyłapała żandarmeria niemiecka, to wykoleili pociąg partyzanci. Taki właśnie przykry wypadek miał wspomniany wcześniej Staś Chochłowski, któremu padający wagon przygniótł nogę. Na resztę życia pozostał inwalidą.
   Mieszkańcy Brześcia najczęściej wypuszczali się do Warszawy, która w naszym wypłukanym z towarów mieście wydawała się Eldoradem i w ogóle tętniącą życiem metropolią. Trudność dodatkową na tej trasie stanowiła granica na Bugu a więc dokładniejsza kontrola pociągów. Podróżowały przeważnie kobiety, mniej narażone na podejrzenia żandarmów. Z Warszawy przywożono najnowsze fasony mody damskiej i mnóstwo dowcipów politycznych, których w Polsce nigdy nie brakowało, nawet w najcięższych czasach.
 
Studio mody "Falbanka" w okupowanej Warszawie (http://warszawa.wyborcza.pl/warszawa/51,34889,13681404.html?i=3)
   Natomiast - o dziwo - zupełnie nieźle działała poczta. Wprawdzie można było wysyłać tylko kartki podlegające cenzurze i szły one dość długo - ale wszystkie, które wysłałem, dotarły do adresatów. W ten sposób utrzymywałem przez całą okupację kontakt z Januszem Mondalskim, przebywającym we Lwowie. Mieliśmy też wiadomości od ciotki Miry z Białegostoku, a nawet od Bielawskich z Omelanki na Wołyniu. W tym regionie jednak sytuacja szybko uległa pogorszeniu. Po pojawieniu się ukraińskich band bulbowców i banderowców, wszelki kontakt z tamtejszymi miejscowościami został przerwany.
------------------------------------------------------------------
Warszawski humor okupacyjny:

Warszawa, okupacja. W tramwaju linii 9 jakaś paniusia zwraca się do konduktora:
- Czy daleko jeszcze do Niepodległości?
- Jeszcze niecały roczek - odpowiada konduktor.

Robociarz będący lekko pod gazem, głośno wyrzekał w tłumie publiczności tramwajowej na opłakane skutki wojny. "A wszystko to - dodaje wreszcie - przez tego drania z piekła rodem, przez tego przeklętego "H". Na to, przeciska się ku niemu tajniak niemiecki i pyta groźnie: Co to za "H"? Kogo pan miał na myśli?" Robociarz nie tracąc kontenansu i wymawiając fonetycznie po polsku nazwisko brytyjskiego premiera odpala: No, Hurhila, ma się rozumieć. Tajniak odwraca się, a robociarz woła za nim:
"Te, panie gestap, panie gestap! A pan miał kogo na myśli?!

 Gość z prowincji widzi jak głęboko kopią ulicę i pyta:
- A po co to, panocku tak wszędzie kopią na ulicach?
Warszawiak odpowiada:
- Bo to szwaby szukają Polski Podziemnej.

Rok 1939. Gwałtowny rabunek mebli przez okupanta. Spotyka się dwóch Warszawiaków:
- Słyszałeś? Biuro podróży organizuje wycieczkę popularną do Berlina pod hasłem "Poznaj swoje meble".

"Stojący wewnątrz zatłoczonego dzyndzaja facet zauważa na drugim końcu wagonu swego kumpla, którego nie widział od wybuchu wojny.
- Jak się masz, Feluś, co robisz ? - woła.
Tamten, przykłada sobie dłonie do ust i woła na całe gardło:
- U - kry - wam się!"


( http://wawalove.pl/Rysunki-i-dowcipy-z-okresu-okupacji-sl10862)

środa, 20 stycznia 2016





(47) Druga okupacja - nauka złodziejskiego fachu

   Zaczęła się codzienna okupacyjna rzeczywistość. Mieliśmy początkowo nadzieję, że Niemcy zlikwidują granicę na Bugu i przyłączą Brześć do obszaru okupowanej "Polski centralnej". Nic z tego. Niemal natychmiast po przekroczeniu rzeki obstawili ją równie szczelnie, jak wówczas, gdy była granicą państwową. Natomiast Brześć przyłączono, nie wiadomo dlaczego, do tak zwanego "Reichskommissariat Ukraine", którego tymczasową stolicę ustanowiono w Równem.  Nie było w naszym mieście żadnych Ukraińców, początkowo nawet rej zaczęli wodzić Polacy. Ukonstytuował się magistrat, niemal całkowicie polski, zaczęły się otwierać prywatne sklepiki z niemiecko-polskimi szyldami. Niemcy jednak szybko wprowadzili własne porządki. Pewnego dnia burmistrza i część wyższych urzędników wywieziono za miasto i rozstrzelano a ich stanowiska przejęli jacyś Białorusini lub Rosjanie, pełniący rolę Ukraińców. Wprowadzono nową walutę, tak zwane "karbowańce", o bardzo niskiej wartości w stosunku do unieważnionych rubli. Miejscowi chłopi nie chcieli przyjmować tych świstków papieru, żądali handlu wymiennego. Ale na wymianę nie mieliśmy już nic. Zaczął się głód.
10 karbowańców, 1942 rok.
   Jeszcze za krótkich rządów polskiego magistratu ojciec zdołał uzyskać, jako pogorzelec, kwaterę zastępczą w jednorodzinnej willi przy ul. Kościelnej. Jej właściciel, polski oficer, zaginął po wrześniu, później została zajęta przez sowieckiego dygnitarza, który z kolei zniknął wraz z rodziną po 22 czerwca. Zamieszkaliśmy w dwóch pokojach i kuchni, pozostałe dwa pokoje zajęli niemieccy lotnicy. W piwnicy pozostał zapas drewna i węgla, w ogródku rosła jabłonka, dość wcześnie owocująca. Jej jabłka ugotowane z mąką kartoflaną na kisiel, stanowiły przez dłuższy czas nasze podstawowe pożywienie. Moje trzewiki rozpadły się a o kupnie nowych nie było mowy. Sporządziłem więc sobie z czterech kawałków drewna i kilku pasków brezentu "sandały", w których człapałem aż do późnej jesieni.
   Żeby zdobyć jakoś środki utrzymania, zgłosiłem się do pracy w magazynach żywnościowych ("Heeresverpflegungslager"). Pracowali tu już moi dawni koladzy: Witek Mioduszewski i Kazik Rodziewicz, dołączył wkrótce Heniek Klebeko. Do zalet tej pracy należało przede wszystkim to, że oprócz groszowej zapłaty w miejscowych "karbowańcach" i menażki zupy na obiad, przydzielano tygodniowo ćwierć litra wódki na osobę. Ten litr alkoholu miesięcznie miał większą wartość, niż całe miesięczne wynagrodzenie. Ponadto wódka stanowiła środek wymiany na żywność, będącą towarem najcenniejszym i najbardziej poszukiwanym. Wymieniało się na nią też papierosy, tytoń, alkohol, pościel, ubrania, przedmioty z cennego kruszcu. Oczywiście, litr wódki to było za mało, aby kupić żywność na cały miesiąc. Toteż musieliśmy wysilać całą pomysłowość dla zdobycia innych środków. Jeden z nich polegał na wynoszeniu dodatkowych butelek wódki, tym razem kradzionych, w dni fasunku. W ten sposób, jadąc na obiad, wywoziliśmy wódkę "legalną", a wieczorem, po pracy - tak zwaną skombinowaną. Wkrótce poznaliśmy dostatecznie obyczaje panujące w naszej instytucji jak i mentalność okupantów. Ich działanie cechował tak wyraźny schematyzm, że przy odrobinie sprytu można było wyprowadzić ich w pole, jak dzieci.

Pracownicy magazynów.Od lewej: Kazimierz Rodziewicz, Henryk Klebeko, Jerzy Zabiełło, Witold Mioduszewski. Brześć, 1942 r.

   Do sposobów względnie łatwych należało wykradanie całych skrzyń sowieckiej machorki, zwanej krupczatką. Był to tytoń niezwykle smrodliwy i mocny. Niemcy go nie używali, zwłaszcza w pierwszym okresie wojny ze Związkiem Sowieckim, kiedy mieli dość własnych papierosów i tytoni. Krupczatka stanowiła cenny artykuł wymienny na wsi. Można było w zamian otrzymać tłuszcze, mąkę, jaja, "prawdziwy" chleb i nawet mięso.
   Niemcy nie prowadzili ścisłej ewidencji tej machorki, traktując ją pogardliwie jako zdobycz wojenną, nie nadającą się do użytku. Niekiedy więc wspaniałomyślnie przydzielali po kilka paczek robotnikom cywilnym. Na ogół nie przychodził im do schematycznych mózgów pomysł, aby artykuł ten wymieniać na jajka u chłopa. Tylko niektórzy co sprytniejsi - bo i tacy się wśród nich zdarzali - robili na krupczatce kokosowe interesy. My szybko połapaliśmy się w istniejących możliwościach. Wiedzieliśmy, że towarów niemieckich nie można "kombinować" bezpośrednio, gdyż były dokładnie rejestrowane i często kontrolowane. Jako stali pracownicy musieliśmy uważać, bo podejrzenia padłyby w pierwszej kolejności właśnie na nas. 
Jerzy Zabiełło (na pierwszym planie) z kolegami podczas pracy w magazynach niemieckich.

Machorkę wywoziliśmy natomiast do miasta całymi skrzyniami. Wystarczały podrobione klucze i wynajęty woźnica z furmanką. Oczywiście i za ten rabunek groziła kara śmierci. Ryzykowaliśmy jednak, bo skrzynia machorki zapewniała zakup żywności na kilka miesięcy. Możliwości kombinowania zwiększyły się, gdy jednego z nas - Henia Klebeko - przeniesiono do biura, w którym miał dostęp do różnych dokumentów, wykorzystanych kwitów itp. Ja zajmowałem się podrabianiem podpisów na fakturach. Polowaliśmy głównie na mięso, wędliny, tłuszcze. Punkty odbioru tych artykułów znajdowały się w mieście a ich obsługa nie znała nas. Stwierdziliśmy, iż po odbiór przyjeżdża często Niemiec z pracownikami cywilnymi a niekiedy sami cywile. Zaopatrzywszy się więc w podrobioną fakturę, przyjeżdżałem na rowerze z workiem, wręczałem dokument Niemcowi, który urzędował w okienku (był to przeważnie stary landwerzysta) i czekałem na wydanie towaru. Tych kilka minut pełnych napięcia dłużyło się w nieskończoność. Moje życie wisiało na włosku. Szczęśliwie udawało się za każdym razem. Metody tej zresztą nie nadużywaliśmy i dzięki ostrożności oraz stałej obserwacji biur intendentury nigdy nie wpadliśmy. Niemcy połapali się kiedyś, że ktoś im w ten sposób kradnie kartofle. Odbiorcą był mój dawny kolega ze szkoły powszechnej, Staszek Chochłoński, który uciekł z robót w Prusach Wschodnich i prowadził różne nielegalne interesy. Pewnego dnia Heniek podsłuchał rozmowę swych szefów, omawiających zorganizowanie zasadzki na nieproszonego odbiorcę towaru "nur fur Deutsche". Po pracy pojechał natychmiast do Chochłowskiego i uprzedził, by pod żadnym pozorem nie zbliżał się więcej do punktu wydawania ziemniaków. Staszek, który lubił załatwiać interesy hurtem, musiał odwołać zamówione furmanki, ale wyniósł cało głowę. Przy okazji i myśmy ocaleli.
 
Stanisław Chochłowski i Jerzy Zabiełło, most nad Muchawcem, 1943 rok.

   Nie zawsze jednak dzielenie się ze Szwabami ich rekwirowanym towarem przebiegało tak gładko. W kantynie intendentury pracował jako bufetowy młody chłopak lat może osiemnastu, zuchowaty i lekkomyślny. Dobrał sobie kilku kumpli i razem dokonali włamania do magazynu z masłem, zabierając ok. 100 kg tego niezwykle cennego i deficytowego towaru. Ta zuchwała akcja postawiła na nogi niemiecką policję. Może jednak wszystko udałoby się pomyślnie, gdyby chłopcy zachowali ostrożność i przysiedli cicho. Zbyt jednak poczuli się pewnie, zaczęli hulać w knajpach, pijąc i rzucając pieniędzmi.Niedługo potrwała ta zabawa - wszyscy zostali aresztowani i, odpowiednio potraktowani w śledztwie, przyznali się. Powieszono ich w więzieniu nad Muchawcem.
   Magazyny i biura intendentury zajmowały rozległy teren, wykorzystywany w tym samym celu przed wojną przez wojsko polskie. Mieszkałem na przeciwległym krańcu miasta, w odległości około czterech kilometrów. Potrzebowałem roweru. Pewnego dnia wsiadłem na stojący w sieni biura wojskowy rower niemiecki (nieużywany od wielu dni a więc niemal "bezpański") i pojechałem do miasta. W prywatnym warsztacie wymieniłem ramę i kilka detali - i zacząłem dojeżdżać, oszczędzając mnóstwo czasu, co nie było bez znaczenia zważywszy, że dzień pracy trwał 10-12 godzin. Musieliśmy również często pracować w niedzielę. Wolnymi dniami świątecznymi były jedynie: 1 stycznia i 25 grudnia. 
   Nie muszę udowadniać, iż nienawidziliśmy okupantów z całego serca. Nie przejmowaliśmy się ich początkowymi zwycięstwami na wschodzie, wierząc niezachwianie w zwycięstwo koalicji antyniemieckiej. Orientując się w systemie zaopatrywania armii i posiadanych zapasach widzieliśmy też, jak sytuacja Niemców staje się pod tym względem z miesiąca na miesiąc coraz trudniejsza. Tylko w pierwszych miesiącach wojny występowała względna obfitość artykułów żywnościowych i kantynowych. Szybko zaczęto jednak wprowadzać ograniczenia i obcinać przydziały. Niektóre artykuły w ogóle znikły, inne dostarczano tylko w gorszych gatunkach. Nietrudno było też zauważyć, iż środki zaopatrzenia rozdzielano w sposób daleki od demokratycznej równości: wyższe szarże - generałowie, starsi oficerowie - fasowali bez ograniczeń, w tym artykuły luksusowe . Duże przydziały otrzymywały oddziały SS i policji a także lotnicy. Wszystkich innych, łącznie z rannymi w licznych szpitalach, zaopatrywano o wiele gorzej.
   Rozwiało się też wiele mitów o niemieckiej gospodarności. Czasami nadchodziły całe pociągi artykułów zepsutych, szczególnie warzyw. W zimie wyrzucaliśmy na śmietnik tysiące butelek zmarzłego wina francuskiego, które przysyłano niezabezpieczone przed zimnem, a także tysiące paczek spleśniałych papierosów. Zapewne przykładali do tego rękę i nasi kolejarze. Wagony miewały długie przestoje, a zdarzało się, że wyładowywaliśmy skrzynie całkowicie rozbite w zaplombowanych wagonach - zapewne skutek odpowiedniego "manewrowania" wagonami.
 
W trakcie rozładunku, 1943 rok.

   Również i my staraliśmy się sprawiać przykrość okupantowi wszędzie tam, gdzie było to możliwe. Pracowałem w magazynie z towarami kantynowymi (Marketenderwaren): alkohol, papierosy, zapałki, przybory toaletowe, papier listowy, koperty itp. Do naszych ulubionych kawałów należało odlewanie koniaku lub wódki gatunkowej i uzupełnianie butelki wodą z gaśnicy lub moczem. W niejednej jednostce  spełniali Niemcy toasty za zwycięstwo takim właśnie płynem...
 
Autor obok magazynów intendentury. Brześć, 1942 r.

   Najłatwiej można było dokonywać zniszczeń w dużych skrzyniach. Po ostrożnym otwarciu pokrywy wybieraliśmy z głębi butelkę opakowaną w słomiankę, owijaliśmy szmatą i uderzaliśmy lekko tępym, twardym przedmiotem, po czym zbitkę w słomiance wkładaliśmy na miejsce i zabijaliśmy skrzynię. Jeżeli przed zbiciem butelki chcieliśmy wykorzystać jej zawartość, wyjmowaliśmy korek i po wylaniu płynu wciskaliśmy go do szyjki odwrotną stroną. Poiliśmy też zatrudnionych przy wyładunku jeńców sowieckich. Nieraz wracali do swego obozu na mocno chwiejnych nogach...
   Byliśmy dość przebiegli. Szkody i zniszczenia dokonywaliśmy w taki sposób, żeby przy remanencie wszystko się zgadzało. Zbite i dopełnione butelki "sprzedawaliśmy" odbiorcom przyjezdnym, często z frontu, którzy nie mieli okazji do składania reklamacji.
   Niemcy, z którymi mieliśmy do czynienia, przedstawiali szeroki wachlarz charakterów: od zdeklarowanych hitlerowców i szowinistów, do ludzi zupełnie przyzwoitych, traktujących nas nawet przyjaźnie. Prawda, że tych ostatnich było bardzo niewielu. Jeśli chodzi o żołnierzy, to w przeważającej części byli to parobkowie lub małomiasteczkowi rzemieślnicy, robotnicy lub kupczykowie bądź kelnerzy - dość tępi i ograniczeni. Niespodziewanie dla siebie samych, oni, w Niemczech popychani i traktowani lekceważąco, otrzymali nagle władzę nad jeszcze niżej postawioną gromadą "podludzi". Wyżywali się więc wrzeszcząc, czasem rozdzielając szturchańce, upojeni możliwością komenderowania tak wielką liczbą niewolników. Niektórzy szykanowali nas rozmyślnie, aby przypodobać się przełożonym. Wykazując gorliwość w popędzaniu "miejscowych" i jeńców do roboty, chronili swoje tyłki przed wysłaniem do mniej bezpiecznych okolic.
   Na ich tle korzystnie wyróżniał się pewien młody Austriak, niekryjący przed nami swej wrogości wobec "Anschlussu". Syntezą jego stosunku do hitleryzmu i wojny było wyrażenie "Oesterreich kaputt, Polen kaputt, alles kaputt", które często powtarzał, oczywiście, gdy w pobliżu nie przebywali Niemcy z Reichu. W jego towarzystwie nie odczuwałem, że rozmawiam z żołnierzem III Rzeszy. Niestety, wkrótce go zabrano i wysłano na front. Zapewne wydał się podejrzany za swój ludzki stosunek do Polaków.
   Bardzo przyzwoicie zachowywał się też pewien Ślązak w średnim wieku, mówiący trochę po polsku. Odnosił się do nas zawsze uprzejmie, pomagał, ile mógł, a w czasie Świąt Bożego Narodzenia składał nam wizyty w domach, śpiewał z domownikami kolędy. Kilku innych, nie przejawiając takiej uprzejmości, nie wykazywało też przejawów chamstwa. Była to jednak bardzo nieliczna grupa tych, którym szowinizm i propaganda wyższości rasowej nie uderzyły do głowy a dotychczasowe zwycięskie blitzkriegi nie odebrały rozsądku.
   Oficerowie intendentury nosili stopnie o innych nazwach niż w wojskach liniowych. Podporucznikowi odpowiadał stopień "inspektora", porucznikowi - "zahlmeister", kapitanowi - "oberzahlmeister" itp. W cywilu byli to przeważnie kupcy, urzędnicy bankowi, księgowi, ekonomiści. Nas traktowali wyniośle, jakkolwiek nie posuwali się do rękoczynów. W tej grupie obserwowaliśmy najwięcej zdeklarowanych hitlerowców lub przynajmniej udających entuzjazm dla reżimu.  Jednak i wśród niech można było zauważyć koniunkturalizm postaw. Przez przeszło rok podlegałem bezpośrednio oberzahlmeistrowi Schnabl'owi z Wiednia, zarozumiałemu i traktującemu z góry tubylców, chociaż nie gardził wdziękami tutejszych pań (miał "stałą" kochankę, Polkę, żonę oficera przebywającego w oflagu). Powodziło mu się tu doskonale: ciepły, przytulny pokoik, smaczna kuchnia, trunki bez ograniczeń, blond-dziewczyna na zawołanie, tłum niewolników na posługi. I ciche miasto na głębokich tyłach, bezpieczne, jakby nie było wojny. Ale szczęście nie trwa wiecznie. Z początkiem 1943 roku cała załoga intendentury została przesunięta bliżej frontu, na ich miejsce przyszli inni. Wyjechał więc i Schnabl. Spotkałem go po roku, przypadkowo na ulicy. Był przejazdem w Brześciu - jakże zmieniony! Przywitał się ze mną jak z "równym", niemal serdecznie, nic w nim nie pozostało z dawnej buty i wyniosłości. Twarde warunki wojenne, których zaznał zapewne po raz pierwszy, przywróciły w nim cechy normalnego człowieka. 

Jerzy Zabiełło, 1943 rok.
   Zupełnie odmienny typ stanowił zahlmeister Beckmann, zrównoważony i uprzejmy. W rozmowie z nim trudno było wyczuć, że ma się do czynienia z okupantem. Oddał mi on wielką przysługę. Gdy w czerwcu 1944 roku zostałem aresztowany pod zarzutem rozdawania papierosów sowieckim jeńcom i osadzony w więzieniu, moja matka, za poradą Henia Klebeko, udała się do Beckmanna z prośbą o pomoc. Ten zachował się bardzo przyzwoicie, pojechał do więzienia, załatwił zwolnienie, zabrał mnie stamtąd i zawiózł do domu, aby rodzice mogli się ucieszyć. Musiałem wprawdzie potem odsiedzieć trzy tygodnie w tak zwanym obozie pracy, był to już jednak drobiazg, uniknąłem bowiem łap Sicherheitsdienstu, zwanego potocznie gestapo. Warto podkreślić, że Beckmann uczynił to całkowicie bezinteresownie i cały czas odnosił się do mnie i moich rodziców w sposób grzeczny i taktowny. Z pewnością czuł się antyfaszystą, ale nawet ten fakt nie tłumaczy jego postawy. Był po prostu porządnym facetem. To jedyny Niemiec, jakiego znałem w czasie okupacji, którego chciałbym odszukać i mu podziękować...
Więzienie nad Muchawcem, stan sprzed kilkunastu lat (działał tu wtedy zakład krawiecki) - (http://polesie.org/2623/moj-wigilijny-prezent-czyli-ucieczka-z-wiezienia/).