środa, 15 kwietnia 2015



(17) Życie na Wołyniu

   Znalezienia lepszej pracy nie ułatwiał też niski poziom wykształcenia. Prawda, że w każdej wsi działała szkoła, mająca realizować konstytucyjne prawo chłopa do oświaty. Były to jednak tylko szkółki z jednym nauczycielem. W jedynej izbie lekcyjnej dzieci miały teoretycznie przerobić program czterech lat szkoły podstawowej. Duża absencja, spowodowana pracą dzieci w gospodarstwach rodziców, czyniły ambitne założenia fikcją. Nic dziwnego, że w kilka lat po zakończeniu nauki wiejskie dziecko stawało się wtórnym analfabetą. Ci którym się udało zakończyć szkołę siedmioklasową, stanowili miejscową "inteligencję". Nie funkcjonowało żadne szkolenie rolnicze, nie czytano prasy ani książek, nie uprawiano sportów. Wiele osób nie miało okazji podróżować pociągiem czy obejrzeć filmu w kinie. Jedyną rozrywkę stanowiły wesela, chrzciny i zabawy urządzane w stodole lub świetlicy.
   Miejscowy handel był odbiciem niedorozwoju gospodarczego wsi. Sklepiki istniały jedynie w miasteczkach i większych wioskach, zresztą nędznie zaopatrzone. Biedniejszy chłop - a takich była przecież większość - kupował przede wszystkim sól, naftę i gorsze gatunki mydła do prania (i mycia). Dobrze sprzedawały się również wódka, machorka, gwoździe, igły. Gdy dodamy do tego szkło do lamp naftowych, to wyczerpiemy podstawowy asortyment sprzedawanych towarów. Gospodarkę wiejską na wschodzie cechował w dużej mierze autarkizm i chroniczny brak pieniędzy na inwestycje. Nic dziwnego, iż w ciągu międzywojennego dwudziestolecia niewiele się tam zmieniło; poziom gospodarowania, warunki bytowe, oświata i kultura znalazły się w martwym punkcie, co stanowiło rażący kontrast w stosunku do zachodnich dzielnic Polski.
   Kilka słów warto poświęcić wsi Huta Stepańska, gdyż w jej dziejach zaznaczył się nietypowy przypadek. Była to wioska parafialna, z dużym kościołem, będącym zarazem miejscowym urzędem stanu cywilnego, siedmioklasową szkołą, pocztą i posterunkiem policji. Już to nagromadzenie instytucji stawiało ją ponad okoliczne wsie i na drugim miejscu w gminie, po miasteczku Stepań. Ale około 1936 r. nastąpiły wydarzenia, które jeszcze bardziej podniosły rangę osady. Oto obrotny proboszcz odkrył, że w okolicy znajdują się obfite złoża borowiny - czarnej, bagiennej mazi, działającej leczniczo na schorzenia stawów. Ksiądz Czaban postanowił to wykorzystać. Skoro mógł się stać sławnym uzdrowiskiem Ciechocinek, leżący na takim samym bagnie, to mogła i Huta. Zebrano więc kapitały i w odległości jednego kilometra od wsi, w kierunku Omelanki, zbudowano kilka drewnianych baraków. Największy ochrzczono mianem "Łazienek". Zainstalowano tam wanny i piec do podgrzewania borowiny. Kilka innych domków, szpetnych i byle jak skleconych, pełniło rolę pensjonatów. Wieść poszła w świat i zaczęli się zjeżdżać kuracjusze, głównie rodziny bogatszych kupców żydowskich z Równego, Łucka a nawet ponoć z samego Lwowa. Uzdrowisko, któremu miejscowa ludność nadała dosadną, ale trafną nazwę "Słone Błoto", dorobiło się jednej taksówki dla co znamienitszych gości. Mniej ważni i zamożni przybywali "bałagułą", tj. ogromnym wozem drabiniastym, na który ładowano po kilkanaście osób wraz z bagażami. Nie zapominajmy, iż od stacji należało przejść co najmniej 20 kilometrów. 

Sanatorium w Hucie Stepańskiej. Nie wygląda to tak źle, jak chce autor...

   Wioska ożyła, pojawiło się kilka nowych sklepików i zakład fryzjerski a właściciel młyna parowego zainstalował prądnicę, aby na kilka godzin dziennie dostarczać światła elektrycznego. Kto wie, gdyby nie wojna, może by nawet wybudowano jakąś drogę o twardej nawierzchni i Huta zaczęła by zdecydowanie zmierzać w kierunku Europy. Znane wydarzenia z września 1939 r. położyły kres rozkwitowi nowego kurortu. Po 17 września proboszcz-kapitalista został aresztowany i wywieziony na Białe Niedźwiedzie. Zanim nowa władza zdołała przekształcić drewniane chatki Słonego Błota w nową Jałtę, przyszli Niemcy. Potem ukraińscy rezuni w szale niszczenia wszystkiego, co wiązało się z lackim panowaniem, zrównali osadę i kurort z ziemią. Czy obecnie ekshumowano pomysł księdza Czabana w socjalistycznej formie i treści? Nic na ten temat nie wiadomo.

Miejsce po kościele w Hucie Stepańskiej (stał w miejscu krzyża), stan z 2003 r. Autor: Leszek Dawidowicz. (http://wolyn.freehost.pl/fotopo45/huta_stepanska/2.html).
  Na tle ogólnej biedy i zacofania sytuacja moich krewniaków przedstawiała się względnie korzystnie. Główną tego przyczyną była pensja ciotek, nauczycielek, które do domowego budżetu mogły co miesiąc dodawać sto kilkadziesiąt złotych swych poborów, co w tamtejszych warunkach znaczyło bardzo wiele. Ich nowe domy, wprawdzie pod względem wyposażenia prymitywne, odbijały korzystnie od sąsiednich chałup, już chociażby dlatego, że trzy-, czteropokojowe mieszkania stanowiły na wsi rzadkość. Tradycje dworków wiejskich znalazły tu reminiscencje w postaci "saloniku", urządzonego w największym pokoju: trzcinowe foteliki i kanapka, oleodruk z niedźwiadkami na ścianie i obowiązkowy... fortepian. Ten ostatni mebel miał charakter raczej prestiżowy, gdyż nikt w tych domach nie uprawiał na serio muzyki, z wyjątkiem brzdąkania kilku popularnych melodyjek tanecznych. Froterowana podłoga, firanki, pelargonie w doniczkach - i w długie, zimowe wieczory można było wygodnie usiąść, poczytać książkę lub przyjąć rzadkich gości. Bielawscy posiadali nawet bateryjny detektorek na słuchawki. Małą mieli jednak z niego korzyść z uwagi na dużą odległość od słabych wówczas stacji nadawczych.
   Wujowie gospodarowali, każdy według swych możliwości, na kilkunastu hektarach niezbyt urodzajnej ziemi. Wyniki tych zabiegów nie były identyczne. Wuj Mąkiewicz, jakkolwiek syn posiadacza ziemskiego, trudniej dawał sobie radę, pomimo ogromnej pracowitości i ciężkiej pracy od świtu do nocy. Być może nie posiadał zmysłu gospodarności albo zadania przerastały jego siły, w każdym razie już na pierwszy rzut oka dawały się zauważyć trudności: budynki gospodarskie były w złym stanie, ogrodzenie byle jakie lub żadne. Ozdobę posesji stanowił natomiast piękny sad, w którym liczne gatunki jabłoni, zdziczałe już nieco, wciąż jednak obficie owocowały, zapewniając jesienią pokarm dla trzody chlewnej.
   Z pewnością premier Sławoj-Składkowski nie interesował się tak odległym zakątkiem kraju. Widomym tego znakiem był rozpaczliwy stan sławojek w obu wujowych gospodarstwach. Rachityczne, przekrzywione, o dziurawych dachach i ażurowych ścianach, smętnie dumały nad niegłębokimi dołkami, o których ktoś ułożył taki wierszyk:

"Tu się składa leguminy,
mięso rosół i jarzyny.
Cała nasza praca
w g... się obraca."

   Trzeba było pewnej odwagi, by usiąść na tym chwiejnym tronie, zwłaszcza, gdy pod bezbronną częścią ciała bzyknęła zaciekawiona osa lub szerszeń. W porównaniu do zagród wiejskich, zabytkowe budyneczki wujostwa były i tak wzorem higieny, ponieważ gdzie indziej chodziło się po prostu za stodołę lub pod najbliższy krzaczek. A że gazeta należała na wsi do rzadkości, więc na zakończenie ceremonii używano szerokiego liścia łopianu, o ileż miększego i milszego w dotyku niż szorstki papier...
   Wuj Bielawski był rolnikiem z dziada pradziada i do tego dobrym gospodarzem. W doskonale zaplanowanym obejściu panował zawsze wzorowy porządek. Solidnie zbudowane stajnia i obora znajdowały się w najniższym miejscu podwórza, ocembrowana studnia w najwyższym. Wszystko ogrodzone niewysokim płotem ze sztachetek. Nieduży ogród owocowy a w nim dziesięć uli, przynoszących dodatkowy dochód. Całość sprawiała wrażenie schludności i nowoczesności.
   Ciotkę Marię pamiętam jako kobietę energiczną o dużym posłuchu we wsi. Z jej inicjatywy wybudowano nową szkołę, w której znalazła się również świetlica ze sceną - miejsce zebrań i zabaw miejscowej ludności. Za tę działalność społeczną ciotka, jako jedyna osoba w rodzinie, została kilka lat przed wojną odznaczona srebrnym krzyżem zasługi.
  

poniedziałek, 13 kwietnia 2015



(16)

Interludium: wsi radosna, wsi wesoła

   Należeliśmy do tej ponoć szczęśliwej kategorii mieszczan, którzy mieli krewnych na wsi - dwie siostry matki wyszły za mąż za rolników i mieszkały w dwóch sąsiednich wioskach na dalekim Wołyniu, w powiecie kostopolskim. Szczęście z posiadania rodziny na wsi polegało właściwie tylko na możliwości spędzenia wakacji za darmo (nie licząc przejazdów koleją). W latach, gdy o wczasach pracowniczych i masowych koloniach nikomu się nie śniło, miało to duże znaczenie; rodzice jednak rzadko korzystali z tej okazji. Ojciec tylko raz za mojej pamięci spędził tam parę tygodni, matka jeździła kilka razy. Ja byłem wysyłany najczęściej. Dwukrotnie w czasie wojny domy krewniaków wiejskich stały się dla nas przymusowym schronieniem. Tak więc miałem sposobność poznać życie wsi przedwojennej i zachować w pamięci jej obraz, pozwalający dokonać po latach wiele pouczających porównań. 


   Okolica, w której zamieszkiwały ciotki z rodzinami, stanowiła w całym tego słowa znaczeniu świat zabity deskami. Od najbliższej stacji kolejowej wieś Siedlisko była oddalona o 15 km, Omelanka - 20 km. Dostać się tam można było furmanką przemierzającą polne trakty biegnące przez piaski, lasy i bagniska. Nie było żadnych dróg bitych. W porze wiosennej i jesiennej droga stawała się nie do przebycia. Dla uzupełnienia obrazu dodajmy brak elektryczności i odległość kilku kilometrów do najbliższego urzędu pocztowego, 15 km do miasteczka, gdzie urzędował felczer, funkcjonowała apteka i kilka sklepów. Jak sobie dawano radę w razie choroby? W lżejszych przypadkach dawano sobie radę bez lekarza, w cięższych - umierało się również bez lekarza. Choć nie zawsze. Gdy podczas mojej bytności wuj Edward dostał ataku wyrostka robaczkowego, ciotka Janka wiozła go furką 40 km do najbliższego szpitala w Kostopolu. I cóż? Pacjent dojechał żywy, operacja się udała i po paru tygodniach wuj wrócił osłabiony, ale zdrów i wkrótce kontynuował ciężką harówkę na polu. My, rozpieszczeni przez cywilizację, z trudem możemy sobie uzmysłowić warunki, w jakich żyli ludzie na kresowych rubieżach.
----------------------------------------
"Siedlisko powstało w XVIII wieku. Na mapie austriackiej w tamtym czasie widniało pod nazwą Majdan Sieliska, w zapisach metrykalnych parafii w Stepaniu (Archiwum Akt Danych w Warszawie) figuruje pod nazwą Słoboda Sieliska. W 1943 r. było tu około 60 zagród i ponad 300 mieszkańców. Szkoła była w domu p. Mąkiewiczów. Dzieci z Siedliska uczęszczały również do szkoły powszechnej w Wyrce."


Wieś Siedlisko u progu wojny. Dom Mąkiewiczów pod numerem 33. Mapa sporządzona przez Janusza Horoszkiewicza.
(http://wolyn.ovh.org/opisy/siedlisko-03.html)
----------------------------------------

   Pod względem administracyjnym tereny te należały do Polski, ale w gruncie rzeczy był to obcy kraj. Nieliczna ludność polska żyła rozproszona w masie żywiołu ukraińskiego. Wsie polskie tkwiły jak rodzynki w cieście ukraińskim. W miasteczkach liczących około 2000 mieszkańców, osób narodowości polskiej było zwykle kilkadziesiąt: wójt i kilku urzędników gminy, paru nauczycieli, ksiądz, organista, kilku policjantów i sklepikarzy, urzędnicy poczty. Reszta to Żydzi i Ukraińcy. Szyldy były polskie, ale języka polskiego na ulicy się nie słyszało. Granica między terenami zamieszkałymi przez Polaków i Ukraińców przebiegała wyraźnie: we wsiach polskich nie mieszkali w zasadzie Ukraińcy a we wsiach ukraińskich - Polacy. Małżeństwa mieszane zawierano niezmiernie rzadko, raczej w Małopolsce Wschodniej i na Podolu. Obie narodowości traktowały się z nieufnością i niechęcią, niemal na granicy tolerancji. Ukraińcy uważali - nie bez racji - chłopów polskich za intruzów: przybyli oni tak naprawdę dopiero w drugiej połowie XIX w., po uwłaszczeniu dokonanym na obszarze Rosji. Niektóre wsie powstawały w trybie kolonizacyjnym i fakt ten pozostał w określeniu osady - wieś Omelanka na przykład, oficjalnie nosiła nazwę "Kolonia Omelanka". Wiele takich "kolonii" powstało na zachodnim Wołyniu po I wojnie, gdy władze polskie osadzały tam masowo byłych żołnierzy w ramach polonizowania terenów o zwartej ludności obcej. 

Osadnicy budują studnię, jedna z wołyńskich wsi.
We wschodniej części Wołynia nie brakowało kolonii niemieckich. Ten trzeci żywioł etniczny, podobnie jak pozostałe, zamykał się w swych osadach, ograniczając kontakty z pozostałymi narodowościami do niezbędnego minimum. Żydzi stanowili większość ludności miasteczek, tworząc hermetycznie zamknięte ghetta. Taka trwała wzajemna obcość nie sprzyjała integracji i zawierała zarodki nacjonalistycznych nienawiści, co dało w końcu upust znanym zbrodniom ukraińskim na Polakach, poprzedzonym wymordowaniem Żydów przez niemieckich okupantów. W latach 1942-44 Wołyń spłynął krwią a ponure wspomnienia rzezi będą jeszcze przez długie lata unosić się nad tą ziemią, która w czasach mego dzieciństwa tchnęła spokojem i beztroską wakacyjnych igraszek.
   Polskie i ukraińskie wsie różniły się znacznie wyglądem zewnętrznym domostw, jak też ubiorami i obyczajami mieszkańców. Chaty ukraińskie budowano według jednolitego standardu: drewniane, ze słomianych dachem i małymi, kwadratowymi okienkami, ustawiane zazwyczaj szczytem do drogi. Chłop ukraiński ubierał się zazwyczaj tradycyjnie w spodnie i koszulę z płótna tkanego w domowych warsztatach. Stopy owijane szmatami tkwiły w łapciach z lipowego łyka, tak zwanych "postołach". Zimą noszono baranie kożuchy a na głowie, o każdej porze roku, baranie czapy. Kobiety chodziły w koszulach i spódnicach wyszywanych w czarno-czerwone wzory, na głowach wiązały obowiązkowo chusteczki.  Zimą okrywały się grubą, wełniana chustą. W cieplejszej porze chadzano boso a wygląd stóp świadczył, że nieczęsto miały kontakt z mydłem.

Chłop wołyński.
   Domy chłopów polskich nie odznaczały się jakąś specyficzną architekturą. Wystrój i rozmiar zależały od zamożności właściciela. Spotykało sie tutaj jednak dość często naśladownictwo dawnych dworków (z ganeczkami). Dachy, prócz słomy, kryto też blachą, gontami i papą, ustawienie domów było bardziej zróżnicowane, okna większe, prostokątne, niekiedy nawet trzyczęściowe. Jednakże nie wszystkie izby miały drewnianą podłogę a w kuchni z reguły zastępowała ją gliniana "polepa". Kuchnia była też miejscem, gdzie się najczęściej przebywało. Tu w zimie było najcieplej, tu spożywano posiłki, gotowano karmę dla świń a w porze lęgu przesiadywały na jajach niespokojnie gdaczące kury. Zresztą drób wałęsał się po kuchni zawsze. W tych warunkach trudno było mówić o czystości i higienie. W rzadko wietrzonym mieszkaniu panował zaduch, kwaśny odór nieczęsto pranej odzieży i równie rzadko mytych ciał, zmieszany z woniami, jakie wydziela ptactwo domowe, psy, koty i "insza gadzina".

                     Odpoczynek po pracy, wieś wołyńska, lata trzydzieste.                                                                      

 (https://www.facebook.com/media/set/?set=a.164651580265689.40888.138690862861761&type=3).

   Umeblowanie należało do bardziej niż skromnych. Proste drewniane łóżka, stoły, ławy i skrzynie, sklecone przez wiejskiego stolarza. W niektórych okolicach Polski - we wsiach łowickich, kurpiowskich czy podhalańskich - meble o wystroju regionalnym stanowiły niekiedy przykład kunsztu artystycznego i były wzorem modnego do dziś stylu "rustique". Na Wołyniu nic z tych rzeczy. Odnosiło się wrażenie, że ciężki trud zdobywania codziennego chleba tłumił chęć zajmowania się estetyką życia. Może wynikało to też z faktu, iż ludzie nie czuli się całkiem pewnie? W każdym razie nie powstała tam sztuka regionalna.

Chłopi ukraińscy, Wołyń. Źródło jak wyżej.
   Ubiór codzienny chłopów polskich niewiele się różnił od ukraińskiego, jednak w niedzielę wkładano ubrania "miejskie", trzewiki lub buty z cholewami, głowy przykrywano "macie-jówką" lub zwykłą czapką z daszkiem. W dni świąteczne kobiety chętnie nosiły perkalowe sukienki i trzewiczki lub pantofle, w czasie długich wędrówek do kościoła uciskających nieprzyzwyczajone do nich stopy. W takich przypadkach podczas podróży trzymano je w rękach i nakładano dopiero przed wejściem.
   Poziom życia i warunki pracy chłopów wołyńskich nie odbiegały od warunków panujących w innych dzielnicach ówczesnej Polski. Była to ciężka, nieludzka harówka bez żadnych szans na jakąś poprawę. Nie mechanizowano najcięższych prac, prawie nie znano nawozów sztucznych; o traktorach słyszano, ale nikt ich nie widział. Wszystkie czynności w gospodarstwie wymagały siły mięśni a za podstawowe narzędzia służyły: kosa, sierp, pług jednoskibowy, drewniana brona, cep, grabie, widły i motyka. Gdzieniegdzie używano najprostsze maszyny jak sieczkarnia czy wialnia (dla oczyszczania ziarna od plewy).  W całej wsi znajdowała się jedna młockarnia kieratowa (poruszana siłą mięśni koni), którą właściciel wypożyczał dla omłotów bogatszym sąsiadom.
   Nie było też ucieczki od losu. Młody wieśniak po ukończeniu służby wojskowej wracał do wsi i obejmował gospodarkę ojca albo jej wydzieloną część, a jeśli ziemi nie starczało, zostawał parobkiem u bogatszego. Rzemiosło było mało rozpowszechnione a zawód stolarza czy kowala przechodził zwykle z ojca na syna. Rzadko trafiała się posada państwowa, np. gajowego lub policjanta. Tylko niektórzy trafiali do folwarków i majątków albo cukrowni - w ramach prac sezonowych.

niedziela, 12 kwietnia 2015




(15) Ostatnie chwile w Białymstoku

   Monotonię letnich dni urozmaicały wycieczki do lasu. Były to wyprawy całodzienne a odbywały się w niedziele lub święta, wyłącznie pieszo, kiedy tylko dopisała pogoda. Od dzielnicy Bojary odległość do lasu wynosiła kilka kilometrów. Wędrowaliśmy wzdłuż torów kolejowych na wschód, w kierunku Wołkowyska. Okolica wyglądała dość malowniczo, sosnowe i mieszane laski z trawiasto-krzaczastym podszyciem porastały morenowe pagórki. Wybieraliśmy się dużą gromadą, najczęściej wraz z całą rodziną Sztachelskich. Sportowych ubiorów nie noszono, wszyscy wbijali się w "niedzielne" ubrania, np. mężczyźni w marynarki z obowiązkowymi krawatami. Jedynym wycieczkowym akcentem bywały spodnie "pumpy" (spinane pod kolanami). Taszczono koce, torby i koszyki z prowiantem i napojami, a także aparat fotograficzny w postaci pokaźnej skrzynki i nieodzowny statyw. Doszedłszy do wybranego punktu, towarzystwo zasiadało na trawie, kładło się na kocach, konsumowało, piło, czytało gazety lub drzemało. Późnym popołudniem, zmęczeni upałem, wlekliśmy się z powrotem, przy czym szczególną atrakcją było przyglądanie się pędzącym pociągom pasażerskim. Dla mnie kolej była zawsze magnesem. Gdy zamieszkaliśmy na Sobieskiego bliżej stacji towarowej, często wychodziłem z dziadkiem Adamem aż do torów kolejowych, czekając na ekspres Stołpce-Paryż, który przejeżdżał tamtędy około południa. Migały wagony - niebieskie sypialne i brunatny restauracyjny, a ja marzyłem o dalekiej podróży. Podróż taka, choć niezbyt daleka, miała się ziścić w 1930 r. Ojciec przebywał na jakimś kursie w Warszawie i matka wraz ze mną pojechała na jedną dobę, aby go odwiedzić. W sobotę po południu wsiedliśmy w Białymstoku właśnie do międzynarodowego ekspresu. Jechali tym pociągiem Chińczycy na Wystawę Światową w Paryżu. Przypatrywałem się im z ciekawością, jak diabłom zamorskim. Ku memu rozczarowaniu wcale nie wyglądali jak na rysunkach w książeczkach dla dzieci. Nie mieli warkoczy, krymek na głowie i jedwabnych chałatów. Byli ubrani po europejsku, kobiety w modnych kostiumach i fryzurach. Cały czas uśmiechali się grzecznie, ale rozmowy nie podejmowali.
   Warszawa wywarła na mnie oszałamiające wrażenie. Ruch na ulicach wydawał się niesamowity. Przechodząc przez jezdnię wyrywałem się rodzicom i biegłem na oślep, przerażony rozpędzonymi tramwajami, które widziałem pierwszy raz w życiu. Kamienice wydawały się niebotyczne - raz naliczyłem aż 8 pieter! A w ZOO biegałem rozgorączkowany, nie wiedząc, którym zwierzakom poświęcić najpierw uwagę. Był to niezapomniany dzień, ale na długie lata miałem dość i pobyt w wielkim mieście wcale mnie nie pociągał. Nie wiedziałem wówczas, że do intensywnego ruchu można się nie tylko przyzwyczaić, lecz i go polubić. W tym czasie najbardziej odpowiadały mi miasta średniej wielkości, gdyż i na wsi czułem się trochę nieswojo.

Warszawa, róg Marszałkowskiej i Alej Jerozolimskich, prawdopodobnie przełom lat dwudziestych i trzydziestych XX w. (http://przedwojennawarszawa.pl)
http://www.youtube.com/user/adrianwolowski - Ruch uliczny w Warszawie (film)

  Sztukę czytania i pisania opanowałem dość wcześnie. Gdy ukończyłem siedem lat, rodzice nie posłali mnie do szkoły. Fakt ten miał sie okazać niekorzystny w skutkach, o czym będzie jeszcze mowa. Kurs pierwszych czterech lat szkolnych matka przerabiała ze mną w domu. Czytałem dużo a w wieku lat ośmiu wziąłem się za Trylogię. Bardzo mnie ta lektura zajęła, chociaż miałem sporo trudności, gdyż wydanie sprzed I wojny autor naszpikował łaciną. Z kolei dziadek interesował się geografią i miał stary, zniszczony atlas, który po pewnym czasie znałem na pamięć. Zapewne rozbudził też we mnie pierwszą namiętność do tej dziedziny wiedzy. Z pamięci mogłem wówczas rysować (ze znaczną dokładnością) kontury wszystkich kontynentów, granice państwowe, rozmieszczenie większych miast. Palcem po mapie odbywałem podróże i oczami wyobraźni odgadywałem wygląd egzotycznych krain i ludów. Niekiedy fantazja kazała mi tworzyć państwa, jakich nie było w rzeczywistości; wymyślałem nazwy miast, rzek, gór, tworzyłem sieć komunikacyjną i widziałem siebie w roli zwykłego mieszkańca tej baśniowej krainy, szeroko korzystającego z dobrodziejstw cywilizacji. Niektóre z tych fantastycznych marzeń miały się ziścić w wieku dojrzałym...

Odznaka LMK

   Wiele mych pierwszych lektur ukazywało w nieprawdziwym świetle kraje i ludzi a także wydarzenia historyczne. Szczególnie pastwiono się w tych książkach nad innowiercami i "poganami", co wskazywało na źródło inspiracji autorów i cele, jakim miały służyć. Godzi się wspomnieć, że przed wojną istniała w Polsce przedziwna organizacja pod nazwą "Liga Morska i Kolonialna", głośno domagająca się nowego podziału kolonii z uwzględnieniem Polski. Szczytem ogłupiania dzieci była akcja zbierania staniolu "na wykup z niewoli małych Murzynków". Z jakiej niewoli, dlaczego właśnie staniol miał być tą wymienną walutą? Trzeba było dopiero drugiej wojny światowej, aby w psychice cywilizowanych społeczeństw uległy częściowemu wykorzenieniu formalno-niewolnicze relikty  - i to nie wszędzie.
Plakietka Polskiego Touring Klubu oraz Ligi Morskiej i Kolonialnej
   Jesienią 1931 r. ojciec został służbowo przeniesiony do Brześcia nad Bugiem, gdzie został, na krótko zresztą, naczelnikiem Urzędu Skarbowego. Wyjazd z Białegostoku nie wywarł na mnie większego wrażenia.  Byłem przyzwyczajony do częstej zmiany mieszkania. Jak wspomniałem, w Białymstoku przeprowadzaliśmy się cztery razy, z tego trzykrotnie w ciągu trzech lat. Od przyjazdu dziadków i ciotki Miry, mieszkania były większe - trzy lub czteropokojowe, ale standard wyposażenia zawsze ten sam: bez żadnych wygód. Łazienka i ubikacja w lokalu, a chociażby kran z wodą - były mi całkowicie nieznane. Zawsze natomiast istniało jakieś podwórko i dzieci, z którymi mogłem się bawić. Poza tym spędzałem czas w domu. Jedyna odmiana nastąpiła w ostatnim roku pobytu w Białymstoku: rodzice postanowili, że powinienem poznać elementy gry na fortepianie, zacząłem więc kilka razy w tygodniu uczęszczać do prywatnej szkoły muzycznej przy ul. Lipowej. Były to duże i kłopotliwe wyprawy, gdyż Lipowa, łącząca śródmieście z dworcem, znajdowała się na drugim końcu miasta. Trzeba było dojść Warszawską do Sienkiewicza (1,5 km), wsiąść do autobusu (właśnie powstało prywatne przedsiębiorstwo komunikacji miejskiej) i przejechać jeszcze ok. 2 km. Jazda autobusem była największą atrakcją tej edukacji. Zapach spalin i skóry okrywającej siedzenia podniecał wyobraźnię. Za to lekcje odbierałem jako dość nudne i bez większej przyjemności bębniłem gamy i wprawki. Ponieważ w naszym domu nie było fortepianu, stryj Sztachelski zgodził się, abym obowiązkowe ćwiczenia odbywał u niego, oczywiście rano, gdy domownicy zajęci swoimi sprawami w mieście, nie musieli wysłuchiwać, jak dręczyłem wysłużony instrument. Miałem dobry słuch i czyniłem podobno nawet postępy. Wyjazd z Białegostoku położył raz na zawsze kres mej karierze  artystycznej.
Ćwiczenia na fortepianie.
   Tak zamknął się jeden rozdział w moim życiu. W nowym mieście miałem wkroczyć w wiek dojrzały, tu 1 września 1939 r. zakończeniu uległ sielski, chociaż nie zawsze anielski okres beztroskiego dzieciństwa i pierwszej młodości.

Rząd górny od lewej: Irena Jarecka, Adam Zabiełło, Walentyna Wirpszowa z synem Zygmuntem, Olgierd Wirpsza, Mirosława Zabiełło; rząd dolny: Jerzy Zabiełło, Irena Zabiełło, Wiktoria Zabiełło. Białystok, 1930 r.

sobota, 11 kwietnia 2015



(14) Świąteczne tradycje

   Ze wszystkich świąt najbardziej uroczyście obchodziliśmy Boże Narodzenie. Ta głęboko zakorzeniona tradycja bliska była sercom maluchów ze względu na choinkę i gwiazdkowe upominki. Choinkę przygotowywało się na wiele tygodni przed świętami. Bombek i innych szklanych ozdób bywało niewiele (znów te koszty!), natomiast wytwarzało się własnym przemysłem ozdoby z bibułki i kolorowego "glansowanego" papieru: kolczaste kule, łańcuchy, wisiorki. Do choinkowego wyposażenia należały oczywiście świeczki w lichtarzykach i "zimne ognie", cukierki, orzechy, jabłka i pierniczki, które z taką przyjemnością obrywało się z gałązek po świętach.
 
Reklama z lat międzywojennych (http://www.sfora.pl/polska/)

   W dniu wigilijnym obowiązywał ścisły post. Zamiast obiadu podawano śledzia i kartofle w mundurkach - dania, które degustowałem bez entuzjazmu. Dopiero wieczorem,         "z pierwszą gwiazdką na niebie", zaczynała się właściwa uroczystość. Pamiętam, jak niecierpliwie wyglądałem tej pierwszej gwiazdy! Nie zawsze zresztą można było zdążyć na ten pierwszy moment, ponieważ w małej kuchence z trudem pichciło się wszystkie potrawy na raz.
   Kolację wigilijną urządzano z całym rytuałem. Potrawy oczywiście postne: barszcz z uszkami, ryba, pierogi z serem, kompot ze śliwek, łamańce z makiem. Przy jedzeniu tego ostatniego dania starałem się omijać twarde łamańce, wyjadając smakowicie przyrządzony mak, który obaj z ojcem uwielbialiśmy. Z ciast często królowała babka drożdżowa, makowiec i kruche ciastka - wszystko oczywiście wykonane w domu. Uroczystość otwierało wzajemne składanie życzeń i dzielenie się opłatkiem. Wszyscy byli przy tym wzruszeni, łagodnie uśmiechnięci i serdeczni dla siebie nawzajem. Do stołu wigilijnego zasiadała też służąca. Jedno nakrycie ustawiano dodatkowo dla bezdomnego, na wypadek, gdyby się zjawił w ten uroczysty wieczór. Po kolacji zapalano świeczki i zimne ognie, gaszono lampę, a po rozdaniu upominków rozpoczynano śpiewanie kolęd. Do tej pory kojarzą mi się one z nastrojem tego wieczoru i ciepłem rodzinnego domu.
   W okresie świąt często zaglądali do nas kolędnicy. Były to całe przedstawienia z udziałem wielu aktorów, zwykle pomysłowo poprzebieranych: Herod w koronie, Śmierć z kosą, diabły i anioły - a wśród tej czeredy ogromna szopka oświetlona świeczkami. Po odśpiewaniu kolęd i okolicznościowych kupletów, przedstawienie kończyło się niezmiennie zakatrupieniem obrzydłego Heroda, porwanego do piekła przez rozfiglowanych diablików, ku wielkiej uciesze widzów, co roku z jednakową emocją przeżywających widowisko. Po wręczeniu datków pieniężnych i w naturze, cała wrzaskliwa trupa aktorska wysypywała się na dwór, by odegrać swą farsę dla kolejnych mieszkańców.
   Inne święta obchodzono mniej uroczyście, ale zawsze tradycyjnie, czego wyrazem były przede wszystkim potrawy. W Tłusty Czwartek faworki lub pączki, na Wielkanoc pisanki, szynka z chrzanem i lukrowana baba. Obowiązkowo też lukrowany baranek z chorągiewką. Barankowi próbowałem ukradkiem odgryźć nogę lub rogi, co spotykało się zawsze z protestem matki, która słusznie uważała ten wyrób za niehigieniczny, wielokrotnie obmacywany cudzymi rękami. Gdy byłem starszy, lubiłem w Wielką Sobotę chodzić ze "święconym". Na małym talerzyku układało się jajko (bez skorupki), chleb, sól, kawałek ciasta; wszystko to zawijano w serwetkę a jej cztery rogi zawiązywano w węzeł i tak przygotowaną święconkę zanosiłem do kościoła. Tam, gdy zebrała się większa liczba osób, wychodził ksiądz i po odmówieniu modlitwy, kropił owe dary boże święconą wodą. Jajko służyło w następnym dniu, przed wielkanocnym śniadaniem, do podzielenia się przy składaniu życzeń. Lubiłem właśnie ten przedświąteczny nastrój, ciepłe, wiosenne popołudnie i zapowiedź wielu smakołyków w niedzielny poranek.

Sprzedaż palm i baranków przed Wielkanocą, okres międzywojenny.
   W niedzielę poprzedzającą Wielkanoc, każdy dom obowiązkowo zaopatrywał się w wierzbowe gałązki z baziami, mające przypominać Chrystusową palmę. Gałązkami tymi chłopcy smagali dziewczęta po plecach i łydkach, gdyż we wszystkim musiał być element ludowej zabawy. Taką zabawą był też poniedziałkowy śmigus - niezbyt fortunny zwyczaj, który przetrwał do dziś, ku utrapieniu świątecznych strojnisiów. W naszym domu czyniono zadość oblewanej tradycji, strząsając na śpiochów kilka kropel wody kolońskiej. Ale później, przez cały ranek, raczej nie wychodziliśmy z mieszkania...

piątek, 10 kwietnia 2015



(13) Życie w Białymstoku (2)

   Mieszkanie na parterze przez ścianę zajmowała rodzina Wodzyńskich z trojgiem dzieci: Krysią, starszą ode mnie, Halinką w moim wieku i młodszym Zbyszkiem. Wodzyńscy mieli sklep z damskimi kapeluszami, posiadali w pobliżu działkę ziemi i zbierali fundusze na własny domek. Ich mieszkanie miało tę samą powierzchnię co nasze, ale było podzielone na dwa pokoje i kuchnię. W tych klitkach mieszkało sześć osób (ze służącą). W stosunku do innych mieszkańców domu byli to ludzie zamożni, czego wyrazem stał się zakup odbiornika lampowego, w ówczesnych czasach absolutna nowość. Odbiornik składał się z kilku części, z których najbardziej okazale prezentowała się skrzynka z lampami na wierzchu. Błyskały w nich kolorowe ogniki. Z oddzielnie umieszczonego głośnika wydobywał się chrapliwy głos, śpiewający modny wówczas szlagier: 


"I popija czaj, czaj, czekoladę, czarną kawę,
I popija czaj, czaj, czekoladę, rum!"

   Słuchanie tej "żywej" muzyki stanowiło dla mnie wielkie przeżycie, potęgowane tajemniczością skomplikowanej, oplątanej siecią przewodów aparatury. Wszyscy uważali to radio za szczyt nowoczesności w technice. A był to przecież rok 1928...


Odbiornik kryształkowy model D-1 sprzedawany przez Polskie Zakłady Marconi. Na rynku polskim ukazał się w 1928 roku (http://www.historiaradia.neostrada.pl/Lata1925-1929.html).

   Z dziećmi Wodzyńskich bawiłem się najczęściej. Nie byłem chyba najbardziej zgodnym towarzyszem zabaw; czubiliśmy się, nieraz dochodziło do płaczu. Pamiętam moją groźbę skierowaną do któregoś z nich: "jak ci dam, to będziesz ryczeć, jak końska mucha!" Nie wiem, skąd się wzięło to entomologiczne skojarzenie, świadczyło jednak o abstrakcyjnych skłonnościach dziecinnego sposobu myślenia. Kontakty z nimi utrzymywałem nawet wówczas, gdy wyprowadziliśmy się z tego mieszkania, a latem 1939 r. odwiedziłem w nowym domku przy ul. Kraszewskiego. Byłem już wtedy wysokim młodzieńcem w wieku 17 lat. Halinka wyrosła na dorodną dziewczynę, Krysia była po maturze, całkiem "dorosła" i traktowała mnie z przyjazną wyższością, z którą ja z kolei odnosiłem się do szczeniakowatego Zbyszka. Widziałem ich wtedy po raz ostatni. Nie wiem, czy przeżyli wojnę.
   Zabawy na podwórzu były nieskomplikowane i chyba odwieczne: w chowanego, w klasy, w "kręcę". Ta ostatnia nazwa, dość osobliwa, oznaczała popularnego berka, który w Białymstoku musiał akurat nazywać się inaczej - pewnie od niemieckiego słowa "kratzen" - drapać. Chętnie też właziliśmy, ku utrapieniu rodziców, w każdą kałużę po deszczu a szczególnie wiele radości sprawiały rynsztoki, zwłaszcza gdy płynęły nimi mydliny i niebieska woda po "farbce" do bielizny. Grzebanie w śmietniku ujawniało niekiedy różne skarby w rodzaju zdechłego kota lub szczura, którymi można było straszyć dziewczynki lub obrzucać siebie nawzajem.

Autor, Białystok, 1928 r.
   Nasze mieszkanie składało się z jednego, dość dużego pokoju i wąskiej kuchenki, w której stały kuchnia węglowo-drzewna, stół roboczy, łóżko służącej a także taboret z miednicą do mycia dla wszystkich mieszkańców. Umeblowanie pokoju również nie miało nic wspólnego z luksusem; znajdowało się tu małżeńskie łoże rodziców, moje łóżeczko z siatką zabezpieczającą przed wypadnięciem, szafa imitująca kredens, szafa ubraniowa, komoda z lustrem oraz duży, prostokątny stół z krzesłami. Za jedyny mebel służący bardziej wyrafinowanej wygodzie można uznać głęboki, niski fotel na mikroskopijnych kółkach, który w późniejszych latach bardzo polubiłem. Obity zielonym pluszem, miał pęki frędzli przy okrągłych wałkach służących jako oparcie dla rąk. W braku innego zajęcia zabawiałem się rozkręcając i skręcając z powrotem owe frędzle, skutkiem czego zatraciły swój pierwotny kształt, zwisając w żałosnych strączkach.
   Nie wiem do dziś, skąd się wziął u nas ten fotel, w każdym razie ojciec żywił niczym nieuzasadnione przekonanie, iż ukryto w nim pieniądze. Poszukiwanie ich jednak wymagałoby zniszczenia pokrycia i sprężyn, więc stale je odkładano na dalszą przyszłość. Fotel odbył z nami dziesięć przeprowadzek, zanim ojciec zrealizował swój zamiar w styczniu 1940 r., w Brześciu. Byliśmy wtedy zmuszeni opuścić mieszkanie i przenieść się do sąsiadów, gdzie nie było miejsca na kolejne meble. Wtedy to, razem z sąsiadem, bezlitośnie spruli staruszka, czemu przyglądałem się z daleka ze smętnym uczuciem żalu. Oczywiście, wymarzonych skarbów nie znaleziono.  Pocieszyłem obu zawiedzionych poszukiwaczy, że gdyby spoza zmaltretowanych sprężyn ujrzała światło dzienne paczka papierowych sturublówek, to też by nam nic z tego nie przyszło...
   W mieszkaniu znajdowały się dwa punkty świetlne: nad stołem w pokoju wisiał obowiązkowy abażur, którego druciany szkielet obciągnięto żółtą satyną i zwykła, nieosłonięta żarówka w kuchni. Przy stole koncentrowało się życie rodziny. Tu jadano wszystkie posiłki, tu matka poprawiała zeszyty swych uczniów a ojciec czytał gazetę lub przeglądał przyniesione z biura dokumenty. Tutaj też ja stawiałem pierwsze litery lub gryzmoliłem nieudolne rysunki. W ciągu dnia, gdy pogoda nie pozwoliła wybiec na podwórko, zabawiałem się z nudów obrywaniem głów zdechłym muchom, które najadły się arszeniku z trutki posypanej cukrem i wyłożonej na talerzu. Innym ciekawym  miejscem był kąt pokoju, w którym miałem kilka ubogich zabawek, wśród nich ulubiony przeze mnie pociąg, składający się z blaszanej lokomotywy i kilku osobowych wagonów. Zabawa w jazdę pociągiem wywoływała we mnie zawsze wielkie podniecenie, gdyż prawdziwe podróże odbywałem niezmiernie rzadko.
   Służące, zwane eufemistycznie w późniejszych latach gosposiami lub pomocnicami domowymi, były w naszych warunkach niezbędne. Dopóki oboje rodzice pracowali poza domem, ktoś musiał  opiekować się dzieckiem, przygotować obiad, zrobić pranie, posprzątać. Również później, kiedy zamieszkali z nami dziadkowie, pomoc domowa okazała się konieczna, gdyż babka nie była w stanie pełnić roli gospodyni.
   Kandydatek do służby domowej nie brakowało. Tysiące wiejskich dziewcząt dążyło do miasta w nadziei znalezienia nieco lepszych warunków bytu, niż nieludzka harówka na gospodarstwie wiejskim. Być może snuły też marzenia o zamążpójściu za "chłopców z miasta", cieszących się sławą lepszych mężów. Miasto zresztą zawsze było magnesem dla ludzi z kresowych wsi. Tymczasem stanowisk pracy w fabrykach czy sklepach lub warsztatach rzemieślniczych brakowało, zwłaszcza dla kobiet bez kwalifikacji, pozostawała im więc służba domowa. Za swoją całodzienna pracę "u państwa" dziewczyna otrzymywała wikt, kąt w kuchni i kilkanaście złotych miesięcznie. Czasem też jakieś używane części garderoby pani domu.
   Obecność obcej osoby w domu wcale nie stanowiła gwarancji, że pod nieobecność pracodawców wszystko idzie dobrze. Rodzice z niepokojem wracali z pracy nie wiedząc, co zastaną, a szczególnie  czy mnie nic się nie stało. W przypadku mniej uczciwej gosposi cukier i masło ginęły jak kamfora, a do kuchni często zaglądali "narzeczeni", osobnicy niekiedy poznani zupełnie przypadkowo, wątpliwej konduity.
   Dziewczyny wiejskie, niezwykle prymitywne, niewiele zyskiwały na kontakcie z miastem. Pamiętam, miałem może osiem lat, gdy jedna z nich z płaczem poskarżyła się mojej matce, że ją nieprzyzwoicie przezywam. W wyniku przeprowadzonego dochodzenia okazało się, iż ją nazwałem... "Miss Polonia". Niezrozumiała mieszanka angielsko-łacińska nie skojarzyła się w umyśle biednej istoty z komplementem, którego jej zresztą nikt nigdy nie prawił.
   One też, służące, wraz z gromadą wszędobylskich dzieci, zbiegały się zewsząd, jak stadko wróbli, na pierwszy dźwięk katarynki. O katarynkach śpiewa się dziś sentymentalne piosenki, niechybny znak, że przeszły już do historii. Ale jeszcze za mojej pamięci kataryniarze stanowili nieodłączny element pejzażu miejskich podwórek, podobnie jak wędrowni grajkowie i pieśniarze, rzemieślnicy z przenośnym, ubogim warsztatem do ostrzenia noży czy lutowania garnków. Katarynki ucieleśniały tęsknotę gminu do muzyki, do chwili rozrywki w szarzyźnie i monotonii życia wśród rynsztoków i sznurów z bielizną, kocich łbów i cuchnących wychodków, w przerwach między jednym i drugim niedzielnym nabożeństwem ze śpiewem chóralnym i podniosłą, ale mało zrozumiałą a przy tym chłodną muzyką organów.
   Mechaniczny instrument zgrzytał rozpaczliwie wciąż te same melodie, bezlitośnie zniekształcał dźwięki i tempo, ale dla nas, na podwórzu, była to czarodziejska szkatułka o nieprzeniknionych tajemnicach. Daleko było wówczas do epoki tranzystorów, nawet prymitywne gramofony stanowiły rzadkość. A kataryniarz miał jeszcze jedną niezmienną atrakcję: tresowaną papugę lub świnkę morską, która na rozkaz swego dręczyciela wyciągała dziobem lub pyszczkiem ze skrzyneczki maleńką kopertkę z pierścionkiem - błyszczącym, "złotym", z czerwonym lub szafirowym oczkiem - za jedyne 10 groszy! Cóż za radość dla ubogiej dziewczyny, przymierzanie tego klejnotu... Trzeba było widzieć ten rozmarzony uśmiech i gorączkowy błysk w oczach, gdy kolorowe szkiełko zalśniło na zgrubiałej dłoni. Namiastka marzeń o bogactwie, strojach i biżuterii, które nigdy nie miały być spełnione...
------------------------------------------------
Takie same klimaty panowały w tym czasie w stolicy. Poniżej tekst piosenki charakterystycznej dla tamtej epoki:
Chodził kiedyś kataryniarz
Nosił na plecach słowików chór
I papugę ze złotym dziobem
I pierścionków sznur

Nad warszawską, starą Wisłą
Za jeden grosik, za dwa lub trzy
Modry Dunaj w takt walca płynął
I papuga ciągnęła mi

Złoty pierścionek,
złoty pierścionek na szczęście
Z niebieskim oczkiem,
z błękitnym niebem na szczęście
Złoty pierścionek
kataryniarza jedyny
Na moje szczęście,
na szczęście każdej dziewczyny 

(http://eela1.blox.pl/tagi_b/1177/ludzie.html)
---------------------------------------------------
   Problem pomocy domowej był tym bardziej istotny, iż w owych czasach nie istniała państwowa sieć żłobków i przedszkoli. Funkcjonowały nieliczne prywatne, dość kosztowne. Przez jakiś czas, zresztą dość krótki, uczęszczałem do takiego przedszkola, zwanego "freblówką", przy ulicy Modlińskiej. Byłem odprowadzany i przyprowadzany przez matkę lub służącą i spędzałem tam około sześciu godzin. Przedszkole zajmowało trzy duże pokoje w prywatnym mieszkaniu. Na spacery nie wychodziliśmy. W pogodne, ciepłe dni wypuszczano dzieci do maleńkiego ogródka, gdzie można było grzebać się w piasku. Starsze pobierały lekcje w jednym pokoju, zamienionym na "klasę". Około Nowego Roku, wychowankowie freblówki przygotowali szopkę, którą odegrano w obecności rodziców. Ja byłem jednym z trzech Króli, ale musiałem być tego dnia silnie sfrustrowany, gdyż przez całe przedstawienie ryczałem i nie ukoiła mnie nawet torebka czekoladowych cukierków, jaką zdenerwowana matka wcisnęła mi do garści. Później przyzwyczaiłem się i chętnie brałem udział w podobnych imprezach, ale wkrótce odebrano mnie z tej wychowalni. Niewątpliwie była zbyt droga na wiecznie pustą kieszeń rodzicieli.

  

czwartek, 9 kwietnia 2015



(12) Życie w Białymstoku

   W tym samym czasie rodzice zamieszkali w Białymstoku, w dzielnicy Bojary, tej samej, w której przez szereg lat w ubiegłym wieku żyła rodzina Borkowskich i gdzie mieszkali również nasi dalsi krewni, Sztachelscy. W dzielnicy tej, w ciągu niecałych sześciu lat zmienialiśmy mieszkania cztery razy. Wszystkie one były niezwykle prymitywne, jak zazwyczaj w miastach i miasteczkach Kongresówki. Zresztą znakomita większość mieszkań w Białymstoku, należącym przecież do miast stutysięcznych, była pozbawiona elementarnych wygód a zatłoczenie 3-4 osoby na jedną izbę stanowiło objaw normalny, który nikogo nie dziwił i z którym wszyscy godzili się, jak z nieuchronnym fatum.

Miejsce położenia pierwszego mieszkania wynajmowanego przez Zabiełłów w Białymstoku (wedle mapy w google.pl)
   Dzielnica Bojary przedstawiała dziwną mieszaninę miasta i wsi. Były tu domki drewniane, niektóre z nich zmurszałe i zapadłe w ziemię, kryte gontem i dachówkami a nawet słomą - obok zaś brzydkie, często nieotynkowane kamienice czynszowe, stojące wolno lub rzędami, otaczające swymi oficynami podwórka-studnie. Gdzieniegdzie zaś, zwłaszcza bliżej krańców miasta, rozciągały się zagony żyta i ziemniaków, w porze wiosennej obficie obkładane nawozem zwierzęcym i ludzkimi odchodami, z których wiatr roznosił daleko wiercący w nosie fetor. Było też wiele sadów i ogrodów warzywnych, hodowano drób, kozy, króliki, świnie a nawet krowy i konie. Tylko kilka ulic miało bruk z kocich łbów i jakie takie chodniki; pozostałe o nawierzchni piaszczysto-gliniastej, stanowiły latem źródła niemiłosiernych tumanów kurzu, w okresie słoty zaś zamieniały się w bajora, trudne do ominięcia suchą nogą. Kilometrami ciągnęły się przedziwne płoty i parkany, ogradzające poszczególne posesje, a nie brak było i zagród z drutu kolczastego. Wśród tego wszystkiego wznosiły się tu i ówdzie zabudowania fabryczne z czerwonej cegły, otoczone murem i wysypiskami śmieci.
Urząd Wojewódzki w Pałacu Branickich, lata międzywojenne.
   Śródmieście prezentowało się bardziej okazale, jakkolwiek brak było budynków o architekturze przyciągającej oko. Ładnie położony pałac Branickich - wówczas siedziba urzędu wojewódzkiego - z zabytkową bramą wjazdową, neogotycki kościół farny i ciekawy ratusz w kształcie sześcianu ze sterczącą nad nim wierzą strażacką, stanowiły właściwie jedyne akcenty charakterystyczne wśród morza jedno- i dwupiętrowych kamienic, stłoczonych wzdłuż brzydkich ulic, biegnących we wszystkich kierunkach. A przecież i to tak zaniedbane miasto miało dwie oazy piękna i spokoju: park miejski, dawny ogród pałacowy, oraz tak zwany "Zwierzyniec", las parkowy na południowym krańcu miasta. 
Las Zwierzyniec. Stan z 1910 r.
Ogród miejski był doskonale utrzymany i spacer w nim stanowił prawdziwą przyjemność. Kilka lat przed II wojną ogród znacznie powiększono, tworząc z rozmachem planty pełne kwiatów, krzewów i fontann. Takiego parku śródmiejskiego mogła pozazdrościć niejedna metropolia.
Park miejski, data fotografii nieznana.
   Środkiem miasta przepływała kilkumetrowej szerokości rzeczka Biała. Pożal się Boże, cóż to był za rynsztok! Spływały do niej wszystkie ścieki miejskie i fabryczne, barwiąc jej wody na ciemno-stalowy kolor. Smród, zwłaszcza w porze letniej bił od niej tak przeraźliwy, że przechodząc przez mosty dostawałem zawrotu głowy. A przecież i jej brzegi były gęsto zabudowane ruderami, w których gnieździła się ludzka biedota. W porównaniu z doliną rzeczki, na Bojarach powietrze można uznać za niemal aromatyczne.
Rzeczka Biała przepływająca przez park, stan z 1910 r.
   W odróżnieniu od śródmieścia i kilku innych dzielnic, zamieszkałych niemal wyłącznie lub w większości przez ludność żydowską, Bojary były dzielnicą "chrześcijańską", w której zgodnie wegetowały rodziny polskie, rosyjskie i niemieckie. Taki polsko-niemiecki konglomerat zaludniał też kamienicę przy ul. Sobieskiego 20, która była moim pierwszym domem rodzinnym w Białymstoku. Był to budynek jednopiętrowy, wolnostojący, otoczony rozległym podwórkiem, graniczącym od południa z kartofliskiem. Kamienica miała dwa dojścia - od Sobieskiego i od małej uliczki-zaułka, bocznicy Kraszewskiego. Obie arterie, jak na Bojary przystało, nie miały bruku a i plac wokół kamienicy był właściwie wiejskim podwórkiem, porosłym nędzną trawą, którą skubały wychudłe kozy. Wzdłuż północnego skraju podwórza ciągnął się rząd komórek zwanych drewutniami, przeznaczonych na skład drewna opałowego, węgla i rupieci poszczególnych lokatorów. Był tu też śmietnik - drewniana skrzynia, z której różne odpadki i popiół wysypywały się górą i dołem, tworząc rodzaj smrodliwego kurhanu, opróżnianego jedynie przed nadejściem większych świąt.
   Kamienica była dość typowa. Nieotynkowana, z sienią pośrodku, z której prowadziły schody na piętro i drzwi wejściowe do wszystkich mieszkań. Z prawej strony sieni cały parter zajmował właściciel kamienicy, niewysoki człowieczek narodowości żydowskiej, zawsze ubrany na czarno. Na piętrze mieszkały cztery rodziny, w tym niemiecka robotnicza Wernerów. Ojciec rodziny, z siwym wąsem, chodził do pracy w fabryce w schludnym, niebieskim ubraniu roboczym. Miał dwóch synów, Edwarda i Heńka. Obaj stanowili klasyczny przykład "uliczników", czyli ówczesnych chuliganów. Ordynarni, zawsze skłonni do bójek i niewymyślnych dowcipów, stanowili utrapienie mieszkańców. Heniek był w moim wieku, toteż brałem udział we wspólnych z nim zabawach. W starszym odzywało się już chamstwo i niemiecka buta. Dzieci niemieckie traktował po koleżeńsku, Polaków ze swego podwórka tolerował, ale do dzieci z sąsiednich domów odnosił się ordynarnie. Kiedyś na nasze podwórze przyszedł bawić się  chłopiec z sąsiedztwa. Edek zwymyślał go, pobił a następnie kazał pocałować się w nogę i wypędził z podwórza. 
   Razu pewnego mój ojciec, wracając z pracy,  zauważył, że Heniek uderzył mnie w czasie zabawy. Natychmiast na to zareagował i zdzielił Henia pejczem, który stale nosił z sobą, czy to dla obrony przed chuliganami czy to dla fantazji. Wybuchła wielka awantura. Do naszego mieszkania przyszła najstarsza, już dorosła córka Wernerów, zwymyślała ojca i zagroziła sądem. Ojciec również gwałtownie replikował, że swego syna nie pozwoli bić ulicznikom. Odtąd nie pozwalano mi bawić się z Heniem. Zakaz ten jednak był dość iluzoryczny, jako że na wspólnym podwórzu stale musieliśmy się ze sobą stykać.

środa, 8 kwietnia 2015


(11) Pajdokracja czyli ciepły wychów

   Urodziłem się 28 kwietnia 1922 r. pod znakiem Byka. Fakt ten, jak się zdaje, nie miał większego znaczenia dla moich dalszych losów, gdyż i charakter rozmija się z horoskopami i dzieje życia, porwanego przez wiry historyczne epoki, kształtowane były nie tyle przez wyrok gwiazd, ile przez pomysły ludzi, których władzy podlegałem od urodzenia do emerytury.
   Na chrzcie dano mi dwa imiona: Jerzy - Michał, jak nietrudno się domyśleć, na pamiątkę Pana Wołodyjowskiego, gdyż Trylogia była w owym czasie podstawową lekturą pokolenia moich rodziców. Niestety, do pierwowzoru literackiego mi daleko; bezwstydnie przyznaję się do braku waleczności a bohaterska śmierć imiennika napełniała mnie zawsze raczej niesmakiem niż wzruszeniem.
   Dom rodzinny w Łucku Na Krasnem pamiętam jak przez mgłę, gdyż wyjechałem stamtąd na zawsze w 1925 r. Przypominam sobie dobrze rozkład mieszkania, składającego się z kuchni i dwóch pokoi w amfiladzie. Pamiętam nawet wstawienie mebli.
   Gdy wracam myślą wstecz do tych odległych lat, jawi się w pamięci kilka obrazów w postaci oderwanych kadrów filmu: wędrówka z matką ciemnymi ulicami i przez przeraźliwie długi most na Styrze; zabawa polegająca na bieganiu w ogródku przed domem z bacikiem w dłoni; pierwszy samodzielny zakup w sklepiku na rogu, dokąd trzyletniego berbecia posłała matka po cebulę. Widzę siebie w sklepie, dokoła mnóstwo nóg, wśród których błąkam się jak między ruchomymi kolumnami. I triumfalny powrót z dzierżonym oburącz warzywem, i mama oczekująca mnie z uśmiechem koło furtki. A przeżycia mniej przyjemne? Tylko jedno mi utkwiło w pamięci: gdy w nocy zrobiłem kupkę do łóżka. O ile wiem, nie płakałem jednak, wstałem i rezolutnie pobiegłem do łóżka rodziców, aby zbudzić matkę i powiadomić ją o tym nieszczęściu.

Irena Zabiełło i Jerzy Zabiełło, Łuck, 1925 r.
   Wyjazdu z Łucka nie pamiętam - rodzice przed wyprowadzką do Białegostoku zawieźli mnie na kilka miesięcy do dziadków do Żytynia. Stamtąd też pochodzą następne kadry filmu pamięci. W kilkupokojowym mieszkaniu dziadków zapamiętałem fortepian w saloniku i marmurkowe tapety w gabinecie dziadka Adama. Przez werandę wychodziło się do dużego sadu, pełnego starych drzew, a przez dziurę w płocie można było przejść na teren sąsiedniej posesji, wówczas niezamieszkałej, gdzie wczesną wiosną zrywało się świeże owoce z ogromnego orzechowca. Dotychczas czuję charakterystyczny zapach liści tego drzewa i smak miękkich jeszcze owoców. Na poddaszu był jeszcze jeden pokoik, w którym mieszkała ciężko chora, zapewne częściowo sparaliżowana, siostra babci, Helena Ostankowiczowa. Kiedyś wdrapałem się mozolnie po schodach i zajrzałem przez drzwi - ujrzałem, jak syn babki Heleny, Mietek, wówczas kilkunastoletni chłopiec, pracowicie i cierpliwie obsługiwał zniedołężniałą staruszkę.
   Inna scena: siedzę na nocniku, zajadam placki ziemniaczane i słyszę zgorszone okrzyki mych ciotecznych wujków - Bolka i Mietka, którym ta kombinacja przyjmowania pożywienia i wydalania wydała się wielce nieestetyczna.
   Żytyń pozostał we wspomnieniach jako oaza spokoju i beztroski. Lubiłem bardzo, gdy zabierano mnie na spacer na teren nieczynnej już cukrowni. Szczególnie pociągała mnie bocznica kolejowa z kilkoma zamarłymi wagonami. Jeszcze dziś czuję w nozdrzach zapach piołunu obficie porastającego zardzewiałe torowisko, zmieszany z wonią starego żelastwa i smaru. Tory prowadziły donikąd - zamykała je w oddali wielka, drewniana brama. Dla mnie jednak kojarzyły się z wizją dalekiej, tajemniczej podróży. Szczytem szczęścia było, gdy sadzano mnie na rozklekotaną drezynę i powoli, miarowym ruchem dźwigni uruchamiano pojazd na przestrzeni kilkudziesięciu metrów. Nigdy już chyba potem nie odczuwałem takiej szalonej przyjemności, prowadząc samochód setki kilometrów po drogach Europy, jak na tym krótkim odcinku na wysłużonej, kolejowej drezynie, dudniącej na złączach i drewnianych, zbutwiałych podkładach, porosłych zielskiem.


Spacer po terenie nieczynnej cukrowni. Jerzy Zabiełło, Mirosława Zabiełło i inni. Żytyń, 1925 r.
   Wśród tego spokoju i dziecięcych igraszek przeżyłem raz chwile grozy, kiedy po wieczornej burzy wybuchł pożar we wsi Horodyszcze, znajdującej się za rozległym stawem na wschód od cukrowni. Pamiętam łunę, ciemną chmurę dymu i migoczące chwilami czerwone jęzory ognia. Zapewne niezupełnie zdawałem sobie sprawę z istoty pożaru, ale strach i smutek osób, z którymi wybiegłem przed dom, również mnie napełniły przeczuciem dziejącego się na naszych oczach nieszczęścia. Wielokrotnie później widziałem wieczorem łuny pożarów i zawsze przejmowały mnie lękiem. 
   Jako jedyny trzylatek w domu, byłem rozpieszczany przez wszystkich; uczono mnie też mniej lub bardziej zabawnych wierszyków. Jeden zaczynał się od słów:

W Berdyczowie, w wielkiej sali,
gdzie sie jedne szczane wali,
w nowe portki i czewiki,
zebrali sie urzędniki.

Kużdy przyniós cóś w kiszeni,
coby biło do zjedzeni:
jeden przyniós aż dwa nogi,
drugi sera na pierogi,
a od pana z Horodnicy
lemoniada stał w miednicy... itd.
    
   Była to żartobliwa satyra na współobywateli narodowości żydowskiej. Nauczywszy się tego wiersza, zachodziłem do mieszkającej po sąsiedzku zaprzyjaźnionej rodziny żydowskiej i deklamowałem im, ku zgorszeniu i zażenowaniu mych domowników. Ale sąsiedzi nie obrażali się, słuchali z uśmiechem i cmokali z zachwytem: "uj, jakie to mądre dziecko..."